Pochodzący z Wrocławia, w którym zaczynał i zakończył granie w siatkówkę. Adrian Mihułka to postać znana w siatkarskim środowisku. Złoto na zapleczu PlusLigi, w barwach Victorii PWSZ Wałbrzych (rok 2015), z Łukaszem Kaczmarkiem w składzie, zaowocowało przebiciem się do elity.

Jako pracowity libero, przeżywał wiele wzlotów, ale też kilka spektakularnych upadków. Z rozsypaną organizacyjnie Stocznią Szczecin (2018) czy sportowo zdegradowaną do II ligi, zasłużoną dla polskiej siatkówki, Gwardią Wrocław (2024). O tym wszystkim porozmawialiśmy, już jako z byłym siatkarzem, choć mającym mnóstwo ciekawych wniosków i wspomnień.

Rozmowa z Adrianem Mihułką, byłym siatkarzem m.in. Jastrzębskiego Węgla, Stoczni Szczecin czy Gwardii Wrocław

Maciej Piasecki („Wprost”): Kiedy podjąłeś decyzję o końcu z graniem w siatkówkę?

Adrian Mihułka (były siatkarz, w przeszłości m.in. Jastrzębskiego Węgla, Stoczni Szczecin czy Gwardii Wrocław): Myślę, że ta decyzja we mnie dojrzewała już od dłuższego czasu. Siatkarzem nie można być całe życie. Powoli się do tego przygotowywałem. Przed rozpoczęciem sezonu 2023/24 już mocno się zastanawiałem, czy to nie czas na zakończenie grania. Zaczęły się pojawiać plany na to, co będę robił po siatkówce, dosyć szybko to poszło. Realizacja innego zawodowego życia, nabrała takiego tempa, że dzisiaj mogę ze spokojem spoglądać na kolejne miesiące.

Jasne, dalej czuję się dobrze fizycznie i z chęcią pograłbym o ligowe punkty. Pojawiały się również ciekawe oferty do występów na kolejny sezon. Ale mam rodzinę, dwie córki, starsza poszła właśnie do szkoły. Z żoną przed laty sobie powiedzieliśmy, że jak Zosia zacznie szkolne życie, to nie będziemy już planować wyjazdów w Polskę czy zagranicę, na dłuższą metę, ze względu na moje siatkarskie obowiązki. I tego dotrzymaliśmy.

Wycisnąłeś z zawodowego odbijania piłki tyle ile mogłeś?

Pytasz czy jestem spełniony?

Nie chciałem zadawać tego „sakramentalnego” pytania. Ale skoro chcesz, to nie widzę przeszkód. Więc?

Spróbujmy! (śmiech)

Mam wrażenie, że żaden ze sportowców tak do końca nie jest w stanie odpowiedzieć na takie pytanie.

No i masz, a sam chciał.

Już wyjaśniam dlaczego. Spełnienie jest różnie mierzone, składowych sportowej drogi może być mnóstwo. Wychodzę z założenia, że zawsze można było zrobić coś więcej. Ja nigdy nie uważałem się za jakiś super talent. Wiele musiałem sobie sam ciężko wypracować na treningach. Podchodziłem do nich jednak z pełnym zaangażowaniem i myślę, że to był klucz do stawiania kolejnych, coraz pewniejszych kroków.

Sportowa kariera, poza pracą, liczbą wykonanych powtórzeń na treningach czy wygranych meczów, to również kwestia szczęścia. Żeby ktoś wyciągnął do ciebie rękę, pomógł pójść gdzieś wyżej, wciągnął na tę siatkarską karuzelę. A wierz mi, że trudniej jest się na nią dostać niż z niej spaść.

Informacja o twoim zakończeniu siatkarskiej drogi została odnotowana w wielu miejscach. Były komentarze od kolegów z różnych szatni, ale też m.in. Jastrzębski Węgiel z uznaniem podszedł tego momentu. Miłe uczucie?

Bardzo miłe, zwłaszcza, że nie do końca się spodziewałem aż takiego odzewu. Wcześniej nie ogłaszałem wszem i wobec, że to będzie mój ostatni sezon. O decyzji wiedzieli właściwie tylko najbliżsi, ludzie z mojej otoczenia. A jednak, na koniec pojawiło się sporo telefonów, wiadomości, akcentów w mediach społecznościowych.

W takich momentach do człowieka dociera, że dobrze mu się wydawało. Że był gościem, który mnóstwo czasu spędził na boisku w halach, dawał z siebie maksimum i ludzie to jakoś zapamiętali. Liczę, że właśnie z takiej sportowej strony zostanę zapamiętany.

Żeby nie było jednak za wesoło, siatkówkę miałeś okazję poznać też od tej zdecydowanie gorszej strony.

No tak… Muszę przyznać, że moja siatkarska droga nie była łatwa.

Dostałem kilka mocnych kopów w plecy. Zaczęło się jeszcze w moim pierwszym klubie, czyli Burzy Wrocław. Pojawiła się perspektywa budowania czegoś od podstaw, rozpoczęciu na poziomie II ligi. Klub wycofał się jednak z rozgrywek, bo sponsor, który miał zainwestować w siatkówkę we Wrocławiu, ostatecznie nie postawił na sport. A plany były ciekawe, szykowało się coś fajnego na wrocławskim terenie, więc chciałem w tym uczestniczyć. Zebrała się grupa doświadczonych zawodników, ja byłem wtedy młodym chłopakiem, dopiero raczkowałem w seniorskiej siatkówce.

Wymienisz jakieś znane postaci z tamtej Burzy Wrocław?

Krzysiek Janczak był grającym trenerem. Do tego Wojtek Szczurowski czy Mariusz Dutkiewicz, więc taki wrocławski kręgosłup. To byli ludzie, którzy mieli do czynienia z PlusLigą czy jej zapleczem. Ja z Łukaszem Karpiewskim robiliśmy za młodych zawodników, ale na pewno gotowych do grania o awans do I ligi. Wyglądało to obiecująco, większość ze środowiska siatkarskiego stawiało nas w roli faworyta do wywalczenia promocji wyżej. Myślę, że sportowo byśmy się z tego wywiązali, aczkolwiek niestety, stanęły nam na drodze inne przeszkody.

Później trafiłem do Piły, gdzie też kolorowo pod względem finansowym nie było. Tam byłem tylko jeden sezon, ale wszystkich pieniędzy do dzisiaj nie odzyskałem. A klub zaliczył chyba jeszcze tylko rok w lidze, po czym też ogłosił upadłość.

Czyli co, klątwa Mihułki?

Nie wszędzie tak źle to się kończyło (śmiech). Spędziłem trzy lata w Ostrołęce, później był Wałbrzych i zwycięstwo w rozgrywach na zapleczu PlusLigi. Następnie trafiłem do Jastrzębskiego Węgla, gdzie podpisałem trzyletnią umowę. Ostatecznie zostałem w śląskim klubie tylko jeden sezon.

Powód?

Sytuacja nie była dla mnie komfortowa, bo dobrze wszystkim znany Kuba Popiwczak, jako wychowanek, takie „dziecko Jastrzębskiego Węgla”, był szykowany od młodych lat na człowieka numer 1 na pozycji libero. Wiedziałem na co się piszę, dodatkowo zaliczyłem wtedy debiut w PlusLidze, więc miło wspominam tamten sezon. Ambicja sportowa nie pozwoliła mi jednak wysiedzieć głównie w kwadracie dla rezerwowych. Zdecydowałem się na przenosiny do Szczecina.

Najbardziej spektakularna klęska w PlusLidze w dziejach rozgrywek.

Pierwsze dwa sezony, to był naprawdę dobry czas. Rozgrywałem je jako podstawowy libero, zbierając mnóstwo doświadczenia w PlusLidze. Zaczęliśmy jako Espadon, a w drugim sezonie klub przekształcił się w Stocznię Szczecin. Przyszedł trzeci rok, który miał być spełnieniem marzeń. Mówiło się o stworzeniu w Szczecinie gwiazdozbioru siatkarskiego, a plany szybko zostały przekute w rzeczywistość. Wiele osób porównywało to do siatkarskiego Realu Madryt i rzeczywiście, tak to wyglądało przez pewien czas.

Pamiętam takie grupowe zdjęcie, gdzie za plecami mieliście szczecińską Stocznię. To było faktycznie na miejscu, czy jakiś fotomontaż na potrzeby marketingu?

Byliśmy w Stoczni Szczecińskiej całą drużyną. Zobaczyć, jak nasz sponsor działa od środka. To grupowe zdjęcie, o którym wspominasz, mieliśmy robione na jakimś dachu. Widać, jak kapitalny skład udało się zebrać w PlusLidze, właśnie w Szczecinie.

Ale powróciła klątwa.

Niestety, ten sen nie trwał długo. Szybko okazało się, że sponsor główny jednak nie będzie wspierał siatkówki tak, jak zakładano. Sporo o Stoczni i jej krachu w PlusLidze już mówiono i pisano, więc nie ma co tego tutaj ponownie roztrząsać. Tak jak wspomniałeś, to była naprawdę klęska.

Dla ciebie osobiście duży cios?

To było przykre. Myślałem, że dotknąłem siatkarskiego nieba, będzie mi dane powalczyć o medale mistrzostw Polski. A skończyło się zanim tak naprawdę na dobre się zaczęło.

Moje, a właściwie nasze rodzinne życie przewróciło się do góry nogami. To był bardzo trudny moment. Nie wiedziałem, co mam ze sobą zrobić. To był środek sezonu. Jeśli mowa o pozycji libero, to naprawdę trudne wyzwanie, żeby znaleźć jakiekolwiek miejsce chociaż do dogrania sezonu, nie tylko w PlusLidze, ale też na jej zapleczu.

Ostatecznie przeniosłem się do Tomaszowa Mazowieckiego. Lechia walczyła o awans do PlusLigi, potrzebowała libero na już. Gdyby nie to, nie jest wykluczone, że po prostu zakończyłbym granie i wrócił do domu, szukać normalnej, pozasportowej pracy.

Takie życie w ciągłym stresie i niepewności, z dnia na dzień, tygodnia na tydzień, miesiąca na miesiąc, sprawiło, że w pewnym sensie po prostu się załamałem.

Tamten zespół Stoczni był najlepszym w jakim kiedykolwiek grałeś?

Jak najbardziej. Mieliśmy w drużynie dopiero co złotego, z nagrodą MVP mistrzostw świata, Bartosza Kurka. Do tego Matej Kazijski, Simon Van De Voorde, Łukasz Żygadło. Można tak wymieniać. Tam byli ludzie, którzy grali już na najwyższym poziomie, nie tylko klubowo, ale też reprezentacyjnie.

Do tego dyrektor sportowy, który spełniał rolę trenera w zastępstwie za Mieszko Gogola, kiedy ten był na mistrzostwach świata z kadrą u Vitala Heynena. Radostin Stojczew w siatkówce osiągnął wszystko, co było do wygrania i to kilkukrotnie.

Dla mnie to było zderzenie z czymś nowym, niemożliwym do dotknięcia wcześniej. Ale to tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że ciężka praca faktycznie się opłaca.

Stojczew to twarda ręka, stara szkoła, jak głoszą legendy?

Twarda, to prawda, ale mówimy o normalnym człowieku. Dodatkowo bardzo ciekawa postać, potrafiąca sypać anegdotami praktycznie na zawołanie. Miło wspominam czas, który z nami spędzał. To facet, z którym porozmawiasz na każdy temat.

Choć jest dosyć trudnym trenerem. Stojczew dąży do perfekcji we wszystkim, czego się dotyka. Szuka rywalizacji i zwycięstw wszędzie. Pamiętam, że nawet przed treningiem zakładał się o wszystko, że to on będzie lepszy. Taki po prostu się urodził. W głupiej gierce jeden na jednego, odbicie piłki palcami do kosza, nie było zmiłuj. Zakłady o czekoladę, batona proteinowego, cokolwiek. Stojczew chciał rywalizacji i tego, żeby ten zespół od początku nastawiony był tylko na jedno – na wygrywanie.

Trochę klubów już pozwiedzaliśmy w tej rozmowie, a widzimy się we Wrocławiu. Czy po spadku do II ligi męska Gwardia będzie w stanie jeszcze raz stanąć na nogi? A może we Wrocławiu potrzeba jakiegoś nowego pomysłu, np. wzorem ostatniej dekady i konsekwentnej budowy klubu w Lublinie?

To trudne pytanie. Jest kilka składowych.

Pieniądze? A raczej ich brak?

Na pewno. Jeśli chcesz być dzisiaj w czołówce, nawet na poziomie pierwszoligowym, to w budżecie muszą być poważne pieniądze. Inaczej to się po prostu nie uda.

We Wrocławiu największym problemem jest jednak brak hal dla zawodowego sportu. Wystarczy spojrzeć na drużyny o wyrobionej marce w PlusLidze. One mają swoje ośrodki, czy to mówimy o Asseco Resovii, Jastrzębskim Węglu, Skrze Bełchatów, ZAKSA. Mają swoje miejsce, czują się zupełnie inaczej, bo tułaczka nikomu nie pomaga.

Ja zaczynałem we Wrocławiu i pamiętam jeszcze czasy hali przy ulicy Krupniczej, dzielonej między siatkarki i siatkarzy. Funkcjonowały też inne sekcje, przede wszystkim sportów walki, wszystkie „na Gwardii”, jak to trafnie określano. Było takie poczucie swojego miejsca w mieście. Ten siatkarski dom został jednak klubowi odebrany i zaczęło się błąkanie. Wrocław będąc dużym miastem, nie ułatwia takiego funkcjonowania w realiach treningów, przykładowo w jednym tygodniu na kilku obiektach. A do takich sytuacji również wielokrotnie dochodziło.

Żeby myśleć o budowie czegoś trwałego, trzeba mieć swoje miejsce.

KGHM Ślęza Arena miała być takim miejscem, gdzie dzięki uprzejmości gospodarza, Gwardia chciała odnaleźć miejsce do spokojnego grania i trenowania.

To była kuriozalna sytuacja, niezależna od Gwardii, która dodatkowo podcięła nam skrzydła. Miało być spokojnie pod względem infrastruktury, nowy, piękny obiekt Ślęzy, gdzie mogliśmy grać i trenować. Okazało się jednak, że pojawiły się problemy z parkietem. To był niefart, ale też potwierdzenie, że granie „u kogoś” a nie „u siebie”, to duża różnica. Szukanie swojego miejsca, rozbicie jakiegoś systemu treningowego, wiele spraw dookoła sportu, to całościowo złożyło się na ostateczną degradację drużyny.

Dodatkowo sam Wrocław ma w czym sportowo wybierać. Wiemy, że budżet miejski nie jest z gumy i wszystkich klubów sportowych nie będzie w stanie wspierać w takiej formie, żeby każdy był w pełni szczęśliwy. Wiadomo, najwięcej pieniędzy idzie na piłkę nożną, której jestem fanem. Ale nie zawsze te duże kwoty są równomierne z wynikami.

A wolisz kolor niebieski, ten gwardyjski, czy zielony kojarzony ze Śląskiem?

Bliżej mi do niebieskiego (śmiech). Choć ten zielony też jest mi bliski od młodości, tak jak wspomniałem, jestem również kibicem i na mecze Śląska z chęcią się wybierałem i pewnie będę wybierał w przyszłości.

Wracając jednak do Gwardii. Dla mnie kluczowe są te trzy kwestie. Własne miejsce, czyli inwestycja w infrastrukturę, wsparcie ze strony miasta oraz sponsora. Bo to nie od samorządu powinno zależeć, jaką ma się przewagę nad konkurencją. Miejskie pieniądze to kwestia spokoju, fundamentu pod działanie np. grup młodzieżowych, czy właśnie zabezpieczenie codzienności działania klubu w danym miejscu. A sponsor wykłada odpowiednio dużą kwotę, żeby zespół mógł być konkurencyjny i mieć swoje cele.

Wspominana dawna hala Gwardii przy Krupniczej była najbardziej nietypowym miejscem, gdzie miałeś okazję grać?

Oj tak. Plusem była na pewno wysokość hali, bo obiekt ograniczony był miejscem z boku i z tyłu, praktycznie tuż za plecami filary, a obok od razu trybuny. Zatem bronienie i przyjmowanie tylko w wersji nad siebie.

Co do nietypowych obiektów siatkarskich, pamiętam też starą halę w Świdniku. Bardzo niska i bardzo mała. Choć klimat tam, podobnie jak na Krupniczej we Wrocławiu, był niesamowity. Stara hala w Nysie? Przysłowiowy duży pokój. Tamto miejsce pamięta piękne czasy siatkarskie, cieszę się, że mogłem tam zagrać.

W starej hali w Nysie zdobywałeś zresztą złoto z Victorią PWSZ Wałbrzych na pierwszoligowym poziomie.

I to zdecydowanie najlepsze wspomnienie z tamtym miejscem.

Grałeś wtedy ze stawiającym pierwsze poważniejsze, siatkarskie kroki, Łukaszem Kaczmarkiem. Dobrze się zapowiadał?

Widać było, że przed tym chłopakiem jest wiele lat grania i to na wysokim poziomie. Choć szczerze mówiąc nie sądziłem, że dojdzie aż tak daleko. W ostatnich latach to faktycznie była już ta najwyższa półka. Bardzo się jednak z tego cieszę.

Łukasz Kaczmarek wykorzystał swój potencjał, nie zmarnował go. Potrafił też przetrzymać trudne chwile, kiedy przeniósł się z Wałbrzycha do Lubina i musiał swoje wystać w kwadracie, jako przyjmujący. Dostał jednak w Cuprum szansę w roli atakującego i wykorzysta swoje pięć minut. To zaowocowało późniejszym transferem do ZAKSY, a co się wydarzyło dalej, raczej wszyscy wiemy.

Co było zauważalne u Łukasza Kaczmarka już w Wałbrzychu, to poza warunkami fizycznymi, świetne wyszkolenie techniczne. Jak na swój wzrost, był odpowiednio skoordynowany i miał bardzo dobrze ułożony nadgarstek. Mocno pomógł nam wygrać ligę w tamtym złotym sezonie, gra często opierała się na jego barkach.

Jakbyś zestawił „Zwierzaka” z Bartoszem Kurkiem, jako kolegą z zespołu?

Na pewno to atakujący o zupełnie innej charakterystyce gry.

Jeśli Bartek Kurek jest w swojej najlepszej formie, to jest siatkarzem nie do zatrzymania. Przede wszystkim ma świetne parametry i jest niezwykle silny fizycznie. Gotowy do wygrywania końcówek, brania na siebie odpowiedzialności w najważniejszych momentach. „Kuraś” to ma.

Pamiętam z czasów siatkówki młodzieżowej, kiedy spotykaliśmy się w rywalizacji z Bartkiem. Jak nie wróżono mu jakiejkolwiek poważnej kariery. Wielu skreślało Kurka, wskazywano na jego wady, to było przykre. Jak dzisiaj sobie o tym pomyślę, to tylko się uśmiecham.

Bartosz Kurek jest profesjonalistą od A do Z. W Szczecinie miałem okazję widzieć, jak „Kuraś” podchodzi do treningu. Nie jest skupiony tylko na sobie, stara się ciągnąć drużynę w górę, kiedy inni tego potrzebują. Pierwszy pojawia się w hali i ostatni z niej wychodzi. Każdą jednostkę treningową traktuje bardzo poważnie. Jeśli tylko zdrowie mu pozwala, nie ma mowy o jakimkolwiek odpuszczaniu. Zawsze zrobi więcej niż mniej podczas treningu, jestem przekonany, że w tej kwestii nic się nie zmieniło.

Z tego też względu doszedł tu, gdzie jest. Czyli na poziom światowej klasy gracza, tego nikt mu nie zabierze, nie musi nikomu nic udowadniać. Może jedynie zyskać jeszcze więcej, myślę w głównej mierze o wymarzonym, olimpijskim sukcesie.

Na takich ludziach jak Bartosz Kurek warto się wzorować. Ponieważ poświęcili w swoim życiu wiele, też miewając lepsze i gorsze momenty w swojej karierze. Fajnie, że w ostatnich latach zbiera te wszystkie laury, bo to mu się po prostu należy.

Największy „ananas” z siatkarskich szatni w których byłeś?

Mnóstwo jest takich osób, które mógłbym wymienić (śmiech).

Wiadomo, lata mijają i z niektórymi mam dzisiaj mniejszy bądź większy kontakt, ale on faktycznie się utrzymuje. W tym ostatnim czasie spędzonym we Wrocławiu to na pewno najlepsze klimaty szatniowe tworzyli: Damian Wierzbicki, Sebek Matula, z Łukaszem Lubaczewskim w Gwardii byliśmy przez lata i było wesoło, Arek Olczyk. To są chłopaki z którymi spędziliśmy mnóstwo czasu.

Z poprzednich lat miło wspominam Patryka Strzeżka, ze Szczecina Janka Gałązkę, Kamila Gutkowskiego z Lechii Tomaszów Mazowiecki. Wspomnienia z niektórych sytuacji w szatni i codziennym, drużynowym życiu, zostają na zawsze. Ale nie wymienię wszystkich, bo pewnie czasu by nam nie starczyło.

Siatkówka gromadzi mnóstwo świetnych ludzi.

Wspomniałeś wcześniej o Kubie Popiwczaku. „Dziecko Jastrzębskiego Węgla” też miało od startu papiery na duże granie?

Śmiałem się kiedyś, że trochę było mi żal braku takiej miłości ze strony klubu w czasach młodzieżowych, jaką od początku dostał Kuba (śmiech).

A tak już na poważnie, Kuba to bardzo dobrze ułożony technicznie siatkarz, praktycznie odkąd go tylko zobaczyłem. Miał dużo szczęścia, że od początku trafiał pod rękę dobrych, zagranicznych trenerów, którzy trochę wyprzedzali polską epokę szkoleniową. To później widać w każdym jego odbiciu, facet jest w pełni świadomy swoich zagrań. Element przyjęcia, jak się ustawia w obronie, porusza na boisku. To było i jest super.

Dodatkowo Kuba Popiwczak miał okazję obycia się z dużymi gwiazdami siatkówki, będąc jeszcze kadetem czy juniorem. Pojawiał się na treningach, był włączany do seniorskiej drużyny, zaliczał największe imprezy. To spowodowało, że płynnie przeszedł z młodzieżowego grania do tego w pełni zawodowego. Znamy przecież sporo przykładów bardzo utalentowanych chłopaków, którzy po zdobyciu wszystkiego w okresie juniorskim, nagle w seniorach przepadają, głównie ze względów mentalnych. Kuba nie miał z tym żadnych problemów, bo był wdrożony w struktury klubu.

Pamiętam, że widząc chęć inwestycji w Kubę, to, jak może się rozwinąć i moje nieprzyzwyczajenie do roli rezerwowego, skróciłem swój pobyt w Jastrzębskim Węglu. Sądzę, że nam obu pod względem sportowym to wyszło na dobre.

„Piwko” czy Paweł Zatorski na igrzyska w Paryżu?

Trener Nikola Grbić ma trudną decyzję do podjęcia. Mówimy o dwóch klasowych libero. Paweł Zatorski ma większe doświadczenie reprezentacyjne, na światowych imprezach spędził mnóstwo czasu. Jego ostatnie problemy zdrowotne są jednak niepokojące. To też może być decydujące przy olimpijskiej selekcji.

Kuba Popiwczak jest gotowy do bycia „jedynką” wśród libero w reprezentacji Polski. Dodajmy, że to też są trochę różni zawodnicy. Kuba ma trochę lepszą obronę od Pawła. Zatorski wydaje się być jednak stabilniejszy w przyjęciu.

A co z argumentem funkcjonowania w strukturze przyjęcia z Aleksandrem Śliwką czy Kamilem Semeniukiem?

Na pewno tego się nie zapomina. Jeśli grałeś z kimś ileś lat, w dziesiątkach spotkań, to boiskowe czucie może okazać się kluczowe. Nawet w przypadku, kiedy rozchodzicie się do różnych klubów i później spotykacie ponownie na boisku, przy okazji reprezentacji. Kilka treningów, sparingów i ten feeling wraca do linii przyjęcia.

Nie uważam jednak, że Kuba nie byłby w stanie wejść w te tryby, szybko znaleźć porozumienie z chłopakami z reprezentacji. Tym bardziej, że w kilku spotkaniach, kiedy dostawał więcej czasu i zaufania, potrafił udowodnić swoją wartość. Popiwczak to dodatkowo nadal rozwojowy siatkarz. A Zatorski osiągnął najwyższy poziom, to trzeba oddać i pamiętać. Obecnie jednak głównie mówi się w jego przypadku o zdrowiu, a to, jak wcześniej wspominałem, jest nie tylko martwiące, ale może być decydujące.

Obu życzę jak najlepiej i sam jestem ciekawy, jaką decyzję na libero podejmie trener.

Sporo było o tobie, wiele o twoich kolegach z boiska. Może spróbujmy na koniec zebrać taki dream team, jaki stworzyłbyś, z perspektywy tylu lat grania. Podejmujesz wyzwanie?

A mam wyjście? (śmiech)

Raczej nie, ale spokojnie, spróbujmy krok po kroku. Zacznijmy od rozgrywającego. Możesz wybrać duet, jeśli będzie prościej.

Michal Masný i Eemi Tervaportti. „Miśkin” to był gość, którego wcześniej oglądałem w telewizji, robił na mnie zawsze wrażenie, będąc widowiskowym rozgrywającym. Dodatkowo miałem z nim też dosyć twarde zderzenie podczas swoich początków w Jastrzębskim Węglu. Które do dzisiaj wspominamy, ale już z uśmiechem.

Eemi to też talenciak, który w większość klubów z PlusLigi mógłby być czołową postacią. A do tego świetny człowiek również poza boiskiem i mój były sąsiad.

Przyjmujący?

Tu będzie najtrudniej. Do tego jeszcze wrócimy.

Atakujący?

Stawiam na dwóch naszych etatowych, przynajmniej w poprzednim sezonie, kadrowiczów. Czyli Bartosz Kurek i Łukasz Kaczmarek, którego również przestawiłem z przyjęcia na atak, jak było przed laty. Świetni gracze i to była czysta przyjemność grać z nimi i trenować w przeszłości.

Ale najwyżej z kolegów skakał chyba Maciej Muzaj?

O widzisz, jeszcze Maciek… Tak, to prawda, trudno jest przeskoczyć Muzaja (śmiech). Jego talent jest ogromny i z pewnością też zalicza się do czołówki atakujących. Ale skoro już wybrałem duet Kurek i Kaczmarek, to niech tak zostanie.

Dokoptuję tu jeszcze wspomnianego Damiana Wierzbickiego. To jest atakujący ze świetnym charakterem, wrodzonymi cechami bycia liderem drużyny. Bardzo pozytywna postać, tak z perspektywy lat i wielu poznanych charakterów.

Wracamy do przyjmujących?

Spróbujmy…

Zacznę od Mateja Kazijskiego. Kolejna postać, którą oglądałem za małolata w telewizji, następnie już jako senior, podziwiałem grę Bułgara m.in. w rozgrywkach Ligi Mistrzów czy w wydaniu reprezentacyjnym.

Matej jest przede wszystkim ofensywnym przyjmującym, typową „piątką”, aczkolwiek tym przyjęciem potrafił się wybronić. To nigdy nie była taka dziura, że rywale strzelali tylko w niego, licząc na łatwe taktyczne rozwiązania w polu serwisowym. Ten facet miał duży talent, ale wiele zawdzięcza swojej ciężkiej pracy. Matej, jak na siatkarza, przerzucał niesamowite ciężary na siłowni. Można to było później poczuć na zagrywce czy w ataku. Jego uderzenia były piorunujące i czasami zostawały siniaki na rękach po treningach.

Do pary z Kazijskim może jakiś bardziej defensywny przyjmujący?

Zaczynają się coraz większe schody, trochę tych ludzi było…

Może jednak, skoro bierzemy defensywnego, to postawię na Nikołaja Penczewa. To był gość, któremu piłka odbijała się zawsze tam, gdzie chciał. Robiło to wrażenie.

Dopisałbym też do tej listy Marcina Wikę. W Szczecinie, kiedy razem graliśmy, był już u schyłku swojej kariery, ale potrafił pokarać wielu młodszych po drugiej stronie siatki. Michał Ruciak, też duża klasa, nieprzypadkowo tyle lat był w reprezentacji Polski. Naprawdę doceniam to, że po iluś latach oglądania tych ludzi w telewizji, z czasem staliśmy się kumplami z boiska, a oni potwierdzili, że mają nie tylko klasę sportową, ale też prywatnie są bardzo w porządku.

Środkowi?

Simon Van De Voorde. Olbrzymi chłop, który miał wiele niekonwencjonalnych zagrań. Do tego kawał czapy. I kto do niego? Myślę, że dorzuciłbym do duetu Piotrka Haina.

Człowiek-anegdota.

Zdecydowanie! Świetny facet, zawsze uśmiechnięty. Do tego wielki pracuś. Niestety ze względu na kontuzje trochę jego kariera wyhamowała w kluczowym momencie, ale na pewno siatkarsko dużo potrafi.

I najtrudniejszy wybór, czyli libero. Kto poza Mihułką?

Bez żartów proszę (śmiech).

Nie będzie tu niespodzianki, stawiam na Kubę Popiwczaka. Super, że jego kariera tak dobrze się układa. Myślę, że może dożywotnio zostać w Jastrzębskim Węglu, zebrać wszystkie możliwe siatkarskie laury, dostanie pewnie klucze do bram miasta. A tak poważnie, to po prostu odpowiedni człowiek w odpowiednim miejscu i za to też brawo.

Obok Kuby wymienię jeszcze Dawida Murka. Dwa lata spędziliśmy w Szczecinie. On był wcześniej przyjmującym, to jasne, ale wówczas w PlusLidze stawiano na niego już jako spełniającego rolę libero. Co tu kryć, właśnie na nim wzorowałem się, kiedy zaczynałem granie w młodzieżówce, nawet jeszcze w mini-siatkówce. Pamiętam transmisje jeszcze na TV4, kiedy występował w barwach AZS Częstochowa. Później mecze reprezentacji Polski, rozgrywane nawet we Wrocławiu, w dawnej Hali Ludowej.

Podziwiałem Dawida na boisku. Później spotykaliśmy się po dwóch stronach siatki. Aż wreszcie trafiliśmy do tej samej drużyny, współdzieląc jedną pozycję. A historia zakończyła się tak, że na koniec Dawid został moim trenerem w Gwardii.

A uzupełnimy ten skład o trenera?

Z jednym może być problem.

Każdy trener ma swoje przekonania, system pracy, podejście do siatkówki. Starałem się od każdego wyciągać jak najwięcej, ale najmocniej ceniłem to, z jakimi ludźmi się spotykałem. Trener nie może być tylko świetnym warsztatowcem, taktykiem, perfekcjonistą na treningach czy w temacie statystyk. Do zespołu poza tym merytorycznym fundamentem przemawia to, jakim szkoleniowiec jest człowiekiem. Dlatego właśnie ceniłem tych najbardziej ludzkich.

Udział
© 2024 Wiadomości. Wszelkie prawa zastrzeżone.