Interia współpracuje z czołowymi redakcjami na świecie. W naszym cotygodniowym, piątkowym cyklu „Interia bliżej świata” publikujemy najciekawsze teksty najważniejszych zagranicznych gazet. Brytyjski „The Economist”, z którego pochodzi poniższy artykuł, ukazuje się nieprzerwanie od 1843 r. i należy do najpopularniejszych na świecie magazynów poświęconych tematyce politycznej i biznesowej. Ma opinię jednego z bardziej wpływowych tytułów prasowych na świecie. Tygodnik od samego początku niezmiennie trzyma się liberalnego kursu.
Wyobraźmy sobie, że ktoś chciałby stworzyć straszaka działającego idealnie na europejską wyobraźnię. Taki fikcyjny wróg byłby ogromnym państwem, być może wyznającym tę samą komunistyczną ideologię, która przez dziesięciolecia krępowała Europę Wschodnią. Wykorzystywałby potęgę centralnie sterowanej gospodarki, by eksportować dokładnie te produkty, na których Europa niegdyś budowała swój dobrobyt – choćby samochody – tyle że lepsze i tańsze.
By dopełnić obrazu geopolitycznego zagrożenia, wróg ten wspierałby Rosję w jej napaści na Ukrainę, przez co można by go pośrednio obarczać odpowiedzialnością za kryzys bezpieczeństwa, z którym mierzy się dziś kontynent. A na domiar złego można by mu jeszcze przypisywać odpowiedzialność za pojawienie się wirusa, który zaledwie kilka lat temu na długie miesiące zamknął Europejczyków w domach.
Dla populistycznego polityka ataki na takiego przeciwnika właściwie powinny pisać się sama. A jednak tak się nie dzieje.
Populiści, którzy z wprawą obarczają zagranicznych wrogów lub migrantów winą za niemal każdy problem społeczny, jakimś sposobem zdają się nie dostrzegać przeciwnika wielkości Chin.
Dlaczego europejscy populiści oszczędzają Chiny?
Zarówno na lewicy, jak i na prawicy europejscy radykałowie zaskakująco niechętnie czynią z Pekinu czarny charakter.
Alternatywa dla Niemiec (AfD) jest Chinami zafascynowana do tego stopnia, że opowiada się za przystąpieniem Niemiec do chińskiej inicjatywy infrastrukturalnej „Pasa i Szlaku”. Na Węgrzech Fidesz Viktora Orbana, który wyrósł na ostrej krytyce sowieckiego komunizmu, z czasem stał się gorącym orędownikiem zbliżenia z Pekinem. Z kolei po lewej stronie francuska partia Francja Nieujarzmiona ostrzegała Europę przed „wtrącaniem się”, gdyby Chiny pewnego dnia zaatakowały Tajwan.
Ta pobłażliwość wobec Pekinu dziwi tym bardziej, że ostre ataki na Chiny przyniosły kiedyś ogromne polityczne korzyści Donaldowi Trumpowi. Podczas swojej pierwszej kadencji prezydenckiej bez końca powtarzał, że Chiny „okradają” Amerykę, a później atakował Pekin w związku z pandemią koronawirusa, używając określenia „Kung flu” (ang. flu – grypa – przyp. red.).
Te same zjawiska gospodarcze, na których Trump budował swój przekaz – ogromna nierównowaga handlowa napędzana napływem tanich chińskich towarów oraz związana z nią utrata miejsc pracy w USA – dziś z pełną mocą dają o sobie znać w Europie.
Gigantyczne subsydia dla chińskich potentatów przemysłowych przyczyniły się do powstania potężnego deficytu Europy w handlu towarami z Chinami, sięgającego miliarda euro dziennie. To także jedna z przyczyn zamykania zakładów w europejskich regionach przemysłowych, zwłaszcza w Niemczech.
Chiny, niegdyś jeden z największych odbiorców europejskich samochodów i chemikaliów, dziś same stały się ich eksporterem – również na rynek europejski. Pekin groził nawet ograniczeniem dostaw kluczowych surowców i mikrochipów niezbędnych do utrzymania produkcji w Europie.
Nic więc dziwnego, że zarówno związki zawodowe, jak i pracodawcy obawiają się nowego „chińskiego szoku”. W większości krajów Europy przeważają też negatywne opinie o Chinach. Dla demagoga powinno to być polityczną żyłą złota. Oczywiście populista, który chce wzniecać społeczne oburzenie, ma łatwiejsze zadanie, gdy może wskazać miejscowego migranta, który „wyłudza nasze świadczenia”, niż pracownika fabryki w Shenzhen, który „kradnie nam miejsca pracy”.
Liderka AfD kocha Chiny
Niektóre partie nacjonalistyczne rzeczywiście od czasu do czasu uderzają w Chiny. Premier Włoch Giorgia Meloni wycofała swój kraj z Inicjatywy Pasa i Szlaku. Jeden z holenderskich parlamentarzystów skrajnej prawicy ostrzegał kiedyś przed „trojańskim smokiem” nadciągającym nad Europę. W krajach nordyckich przedstawiciele radykalnej prawicy oskarżają Chiny o szpiegostwo, wywieranie presji gospodarczej i inne zakulisowe działania.
Tematów, które mogliby wykorzystać populistyczni politycy, jest jednak znacznie więcej. Ci, którzy budują polityczny kapitał na społecznych lękach i poczuciu krzywdy, z niewiadomych powodów omijają wyjątkowo bogate źródło potencjalnego niezadowolenia.
Skąd bierze się ta powściągliwość populistów wobec Chin? W Niemczech częściowo może chodzić o konkretne osoby. Liderka AfD Alice Weidel od dawna uchodzi za sinofila. Przez kilka lat pracowała w tym kraju, podobno całkiem dobrze mówi po mandaryńsku, a doktorat poświęciła chińskiemu systemowi emerytalnemu. Dlaczego równie pobłażliwie podchodzi do Rosji, to już osobna kwestia.
Z kolei w krajach, w których populiści sprawują władzę, ogromne inwestycje chińskich firm przyniosły wymierne korzyści osobom związanym z tymi ugrupowaniami. Zaledwie kilka tygodni po odejściu z urzędu wieloletni minister spraw zagranicznych w rządzie Viktora Orbana ponownie dał się poznać jako lobbysta chińskiego producenta samochodów BYD.

Co więcej, dla wielu populistów Chiny są nie tyle czarnym charakterem, ile wzorem do naśladowania. Pekiński autorytaryzm może być atrakcyjny dla europejskich polityków marzących o roli silnego przywódcy.
Otwarcie manifestowany chiński nacjonalizm wyraźnie kontrastuje z rozmytym globalizmem, który – w oczach populistów – uosabia Unia Europejska. W tej narracji Europa sama wiąże sobie ręce, przestrzegając międzynarodowych norm dotyczących klimatu, handlu czy praw człowieka, podczas gdy Chiny traktują je co najwyżej wybiórczo.
Europejczycy jawią się w takim ujęciu jako naiwni uczestnicy międzynarodowego porządku, który Chiny – a być może dziś także Stany Zjednoczone – nauczyły się wykorzystywać na własną korzyść. Skoro Chin nie da się pokonać, politycy żywiący się społecznym oburzeniem mogą dojść do wniosku, że lepiej spróbować je naśladować.
Panda-monium
Największy problem europejskich populistów, którzy chcieliby obrać Chiny za przeciwnika, polega jednak na tym, że skuteczna konfrontacja z Pekinem wymagałaby właśnie tego, czego – jak sami deklarują – nie znoszą najbardziej: „więcej Europy”.
Tylko działając wspólnie za pośrednictwem Brukseli, Europejczycy mają bowiem realną szansę wpłynąć na politykę Chin. Unia Europejska nałożyła już cła na chińskie samochody elektryczne, choć ich import nadal rośnie. 16 września przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen stwierdziła, że deficyt handlowy z Chinami osiągnął „punkt krytyczny”, i zasugerowała możliwość podjęcia kolejnych działań, jeśli sytuacja się nie zmieni.
Populiści sceptyczni wobec wolnego handlu powinni właściwie temu przyklaskiwać. Na razie jednak milczą, uważając, by przypadkiem nie przyznać, że Unia Europejska robi coś dobrze. Wkrótce mogą jednak nie mieć wyboru i będą musieli jasno określić swoje stanowisko – uważa Janka Oertel z Europejskiej Rady Spraw Zagranicznych (ECFR).
Do niedawna Chiny były przede wszystkim tematem polityki zagranicznej, który niespecjalnie interesował wyborców. Jeśli jednak dojdzie do wojny handlowej między Chinami a Europą, demagogom coraz trudniej będzie lawirować między obiema stronami, a tym bardziej otwarcie kibicować Pekinowi. Europejscy populiści będą więc musieli w końcu zdecydować: czy Chiny są dla nich wzorem, z którego warto czerpać, czy zagrożeniem, któremu należy się przeciwstawić.
Tekst przetłumaczony z „The Economist” © The Economist Newspaper Limited, London, 2026
Tłumaczenie: Monika Bortnowska
Tytuł, śródtytuły, lead oraz skróty pochodzą od redakcji.
-
Niemcy w uścisku Chin. Boją się ruszyć na wojnę z Pekinem
-
„The Economist”: UE chce uwolnić swoją gospodarkę. Tym razem naprawdę


