– Miałam wrażenie, że moje małżeństwo było bardzo udane, dopóki nie zaczęłam odkrywać siebie – mówi Aleksandra.
Dorastała w domu, w którym mama była przemocowa. Później, w swoim pierwszym długim związku, również doświadczała przemocy fizycznej, psychicznej i finansowej.
– Kiedy miałam dwuletniego synka, mama wyrzuciła mnie z domu i powiedziała, że mam się wyprowadzić. Mój przemocowy partner mieszkał wtedy w Stanach Zjednoczonych, więc zostałam właściwie sama. Zamieszkałam z koleżanką. Wtedy poznałam online mojego obecnego jeszcze męża – opowiada.
To do niego, na Cypr, postanowiła się przeprowadzić.
– Naprawdę jedynym wyznacznikiem w tamtym momencie mojego życia było to, że ktoś jest dla mnie miły i dobry. Potrzebowałam dobroci, łagodności i poczucia, że nikt mnie nie skrzywdzi – mówi.
Była szczęśliwa. Zaczęła nowe życie w nowym miejscu.
– Mąż jest dobrym człowiekiem. Mamy razem troje dzieci, a zarówno dla nich, jak i dla mojego syna z poprzedniego związku, jest dobrym ojcem – podkreśla.
„Wiedziałam, że nie jest w stanie mnie zrozumieć”
Z czasem jednak zaczęła dostrzegać, że chociaż czuje się przy nim bezpiecznie, ich małżeństwo nie jest związkiem, w którym oboje mogą w pełni być sobą.
– Zaczęły wychodzić różnice, dotyczące chociażby podejścia do wiary, ale też do życia w ogóle – mówi. Poczucie bezpieczeństwa pozwoliło jej stopniowo odkrywać własne potrzeby, zainteresowania i marzenia.
– Zaczęłam grać na saksofonie. Wcześniej myślałam, że to może być jakiś problem, bo nie dość, że wiąże się z dużymi wydatkami, to jeszcze zajmuje czas. Okazało się, że moje lęki były nieprawdziwe – wspomina.
Później zmieniła pracę.
– Mój mąż tego nie rozumiał. Dla niego priorytetem było to, żeby praca była stabilna i dobrze płatna. Tylko że ja się w niej wypalałam. Finanse, ciągłe podróże, to nie było dla mnie – mówi.
Aleksandra coraz mniej dzieliła się z mężem swoim światem.
– Od wielu lat przestałam się z nim czymkolwiek dzielić, ponieważ wiedziałam, że nie jest w stanie mnie zrozumieć. Przestałam też tego oczekiwać. Stopniowo po prostu zaczęłam się od niego oddalać – opowiada.
Zaczęła również samodzielnie dbać o swoje finanse.
– Do tamtej pory to on gospodarował naszymi pieniędzmi. Nie mieliśmy oszczędności. Kiedy zaczęłam sama o nie dbać, nagle okazało się, że jestem w stanie oszczędzać – mówi.
Otworzyła własną firmę i zaczęła wspierać osoby, które, podobnie jak ona, znalazły się na życiowym rozstaju. W końcu powiedziała mężowi, że chce się rozwieść.
– Poprosił mnie o jeszcze kilka miesięcy. Przez część miesiąca mieszkamy razem, a drugą część spędzam w wynajętym domu. Zależy mi na spokojnym rozwodzie, z troską o drugą osobę i z poszanowaniem jego uczuć, ponieważ to przede wszystkim moja decyzja – zaznacza.
Bardzo ważne jest dla niej również dobro dzieci.
– Jestem pewna, że ten proces byłby natychmiastowy, gdyby nie było dzieci. Jeżeli ktoś ma siłę i możliwości, żeby zakończyć taki związek szybciej, to być może warto to zrobić. Lata mijają, a dzieci cały czas widzą małżeństwo, które nie powinno tak funkcjonować. Jestem tego świadoma. Z drugiej strony staram się nie skupiać wyłącznie na tym. Próbuję po prostu wybrać w tej sytuacji mniejsze zło – dodaje.
Cichy rozwód
Niby razem, ale osobno. Są małżeństwa, które od lat właściwie ze sobą nie żyją, a mimo to nie decydują się na formalne rozstanie. To tak zwane ciche rozwody. Nadal dzielą dom czy mieszkanie, ale prowadzą osobne życia.
– Taka sytuacja może wynikać z bardzo wielu rzeczy. Znam takie małżeństwa, które żyją w ten sposób nawet kilkadziesiąt lat. To trochę historia o kwestiach obyczajowych i ekonomicznych – mówi psycholog i psychoterapeutka Dorota Minta.
Z jednej strony, jeśli małżonkowie mają dzieci, pojawia się obawa o to, jak będą funkcjonować po rozstaniu.
– U nas ciągle jest tak, że jeżeli odejdą od partnera, to będą mieli ograniczony kontakt z dzieckiem. Że nie będą już w pełni mieć wpływu na życie dziecka, na jego funkcjonowanie. Często nadal wygląda to tak, że ten podział pomiędzy rodzicami jest nierównomierny – tłumaczy.
Z drugiej strony są kwestie finansowe: kredyty, zobowiązania czy sytuacje, w których jedna osoba nie pracuje zawodowo.
– Pojawia się wówczas lęk o to, jak poradzi sobie bez tej drugiej osoby. Znam taką sytuację, gdzie kobieta przyznaje, że absolutnie nigdy nie uczestniczyła w płaceniu rat czy załatwianiu różnych spraw i nagle boi się, że nie wie, czy się odnajdzie – tłumaczy psycholog.
Przed rozwodem mogą powstrzymywać również kwestie wyznaniowe.
– Osoby głęboko wierzące, bo też takie spotykam w swojej pracy w gabinecie, uważają, że skoro zobowiązały się, że to jest do końca życia, to faktycznie jest do końca życia. I trwając w nieszczęśliwym małżeństwie, budują jakieś osobne życie, często w dużej samotności – wyjaśnia Dorota Minta.
Małżonkowie zaczynają prowadzić równoległe życia
– Koncentrują się na pracy, na dzieciach, potem na wnukach, ale jest w tym duża samotność. Bywa, że takie osoby znajdują sobie sens gdzie indziej. Mają ciekawą pracę, działają charytatywnie i zdarza się, że w ten sposób kompensują brak bliskości w domu. Znam osobę, która bardzo zaangażowała się w pracę wolontariacką, będąc w takiej sytuacji. Tam znajdowała zarówno głębokie relacje, jak i sens życia – mówi.
Bywa i tak, że małżonkowie budują sobie całkowicie niezależne życie poza wspólnym domem.
– Zaczynają mieć partnera, zaczynają gdzieś tam funkcjonować równolegle. Mają wspólne mieszkanie, przychodzą tam trochę jak do hotelu, a oprócz tego układają sobie życie po swojemu. Czasem nawet mają partnera, z którym wyjeżdżają na wakacje, spędzają czas, a pewne rzeczy robią wspólnie z małżonkiem – mówi Dorota Minta.
Nawet w niewielkim mieszkaniu małżonkowie potrafią funkcjonować zupełnie osobno. Czasem żyją obok siebie z przyzwyczajenia, czasem dlatego, że nie widzą możliwości zmiany swojej sytuacji.
– I tutaj znowu są skrajności. Są tacy, którzy w tym wszystkim mają dużo agresji, kłócą się, awanturują, a są też tacy, u których pojawia się obojętność i takie życie współlokatorów, trochę jak w mieszkaniu studenckim – wyjaśnia psychoterapeutka.
Zdarza się jednak, że po latach to dorosłe dzieci mają pretensje do rodziców, że nie podjęli decyzji o rozstaniu.
– Dzieci widzą ten chłód emocjonalny. Widzą nieszczęście, widzą osobność rodziców. To powoduje, że same nie są szczęśliwe w tej sytuacji, a potem mogą mieć problemy we własnych relacjach – zaznacza.
Mąż współlokator
– Dzieci dorastały, mieliśmy coraz więcej czasu dla siebie. Bardzo mnie to cieszyło. Planowałam wyjazdy na wakacje, nawet na święta, tak żebyśmy w tej codzienności mieli chwile tylko dla siebie. Niestety, mimo moich starań, czułam, jak mąż oddalał się coraz bardziej – mówi Beata.
Kiedyś łączące ich zainteresowania przestały mieć znaczenie.
– Później rozmawialiśmy już tylko o rachunkach, zakupach, chorobach. Ja byłam coraz bardziej zmęczona. Czułam, że znikam, że zaczynam siebie zaniedbywać, że przestałam siebie kochać. Uczucie do męża również bardzo straciło na sile. Stawał się dla mnie bardziej współlokatorem niż partnerem, a każda propozycja wyjścia gdzieś razem kończyła się pytaniem czy musimy, albo żebym poszła z koleżanką – tłumaczy.
Pierwszy raz o rozwodzie Beata pomyślała siedem, może osiem lat temu.
– Odwlekałam tę decyzję, bo miałam nadzieję, że mój mąż wyjdzie ze swojej skorupy chorób i wszelkich niemocy – zaznacza. Dwa lata temu zdiagnozowano u niej raka piersi. Nie dostała jednak wsparcia, którego wtedy potrzebowała.
– Gdy wróciłam od onkologa z diagnozą, powiedział tylko, że poradzę sobie, bo jestem silna. Przepłakałam w łazience całą noc, w poduszkę, żeby nikt nie słyszał. Czułam, że jestem w klatce. Dorosły, samodzielny syn, córki prawie pełnoletnie. Byłam zdruzgotana. Jego obojętność stała się ostatecznym impulsem do podjęcia decyzji o rozwodzie – mówi.
Najpierw powiedziała to sama sobie, przed lustrem.
– Poczułam ulgę i wolę walki o swoje zdrowie. Poczułam, że to mój czas – zaznacza.
Beata rozpoczęła leczenie i podjęła zaoczne studia z psychologii klinicznej. Wielkim wsparciem okazały się dla niej córki.
– Dałam mężowi ostatnią szansę. Zaplanowałam wyjazd na ferie. Pojechaliśmy nad morze z córkami. Było miło, ale gdyby nie dziewczyny, to pewnie nawet byśmy ze sobą nie rozmawiali – wspomina.
Mąż, jak tłumaczy, był zmęczony i poirytowany. Po powrocie do domu Beata poczuła, że nie ma już siły.
– Miałam dość. Czułam się okropnie. Zamiast energii była totalna niemoc. Przede mną była biopsja i usuwanie guza. Po zabiegu, a później po operacji, odebrał mnie kolega, bo mąż źle się czuł – wspomina.
Rok temu Beata powiedziała mężowi, że odchodzi, bo chce żyć. Wynajęła mieszkanie i ustanowiła rozdzielność majątkową.
– Mam 56 lat, od 29 lat jestem mężatką i zaczynam od zera. Żyję, pracuję, mam oparcie w koledze i w moich córkach. To moje wsparcie – mówi.
Z mężem, mimo rozstania, Beata ma dziś pozytywną relację.
– Rozmawiamy ze sobą, czasami spotykamy się na kawę. Łączą nas dzieci. Szanuję go jako człowieka i ojca moich dzieci, lubię go, ale już nie kocham. Jego obojętność zabiła uczucie między nami. Nie potrafiłam dawać tyle, żeby wystarczyło na dwoje – mówi.
Przed Beatą rozprawa rozwodowa. Jak mówi, ma w sobie spokój i nadzieję, że wszystko będzie dobrze.
– Stawiam siebie i swoje potrzeby na swoim miejscu. Jest trochę smutku, ale to nie były stracone lata. Były dobre momenty, kiedy byliśmy szczęśliwi i zakochani. Przyszedł jednak czas, kiedy uczucia osłabły, a mimo to ogień jeszcze się palił. Ostatnie trzy lata były zamknięte w bańce obojętności. To trauma, która pozostanie z nami na długo. Ale żyję. I to jest moja wartość dodana – podsumowuje.
Obok siebie, ale nie razem
Co można zrobić, jeśli małżonkowie przez lata funkcjonują obok siebie, ale nie razem?
– Myślę, że to wszystko zależy od etapu życia. Ale jeżeli to już jest taki etap, że dzieci są dorosłe, żyją własnym życiem, a my zostaliśmy sami we dwoje w tym mieszkaniu, to myślę, że trzeba sobie otwarcie w końcu powiedzieć, jak wygląda nasza sytuacja – mówi Dorota Minta.
Jak podkreśla, w takiej sytuacji kluczowa może być komunikacja.
– Żeby się po prostu dogadać. Powiedzieć sobie otwarcie: słuchaj, ileś lat tak żyjemy, ale mamy do siebie szacunek, nie jesteśmy agresywni, dzielimy się trochę obowiązkami w tym wspólnym mieszkaniu, jedno drugiemu poda lekarstwo, kiedy zachoruje. Jeżeli otwarcie sobie to powiemy, to myślę, że nie ma w tym nic złego. Tak, żeby być wobec siebie, ale i też względem tej drugiej osoby szczerym – dodaje ekspertka.
A czasami jedynym rozwiązaniem pozostaje rozwód, przy którym też, o ile to możliwe, ważna jest dobra komunikacja.


