
Ponad połowa ludzkości mieszka w miastach. Coraz więcej osób się do nich przeprowadza. W cyklu „Międzymiastowa” na łamach Interii Paulina Wilk przygląda się wielkim globalnym metropoliom i nieznanym miasteczkom. Mierzy puls codzienności, ogląda z bliska współczesne fenomeny i pyta o naszą zurbanizowaną przyszłość.
Wiele musiało się wydarzyć, by coś tak z pozoru prostego jak kilkudniowy pobyt w atrakcyjnym mieście, stało się łatwą i przyjemną normą w Europie. Swoboda podróżowania, tanie linie lotnicze, internet, bezpłatny roaming. Dziś nie potrzeba paszportu ani przewodnika. Rezerwujesz nocleg przez platformę, bilet w tanich liniach lotniczych (choć o ich względnej taniości można dyskutować), lecisz z bagażem podręcznym.
W serwisach online i na miejscu czekają gotowe podpowiedzi. 10 muzeów wartych zobaczenia w Sztokholmie? Trasa śladem tapas barów w Barcelonie? Sześć zabytków, bez których nie wypada wyjeżdżać z Rzymu? Poznaj osiem obłędnych śniadaniowni w Kopenhadze albo najlepsze niezależne galerie w Berlinie. A może kręcą cię zrewitalizowane postindustrialne miejscówki w Łodzi? Recept bez liku. Trudno wyobrazić sobie wypoczynek wygodniejszy i bardziej napakowany atrakcjami. W europejskich miastach gama doświadczeń jest w odległości spaceru.
Według badań Eurostatu krótkie wypady na jedną, dwie lub trzy noce w innym mieście na kontynencie to już ponad 56 proc. wszystkich wakacyjnych wyjazdów.
I to są dane z ostatnich miesięcy, pokazujące, że zamiłowaniu do krótkich wycieczek miejskich nie zaszkodziła trwale ani pandemia, ani także wzmocniony nią alternatywny trend tzw. staycation, czyli „zostawanie u siebie” w wolne dni, w tym wyjazdy pod miasto, w kraju, na wieś, ku ciszy i przyrodzie. Ci, którzy nie lecą, robią to nie tylko z braku możliwości, istnieje świadomy trend niepodróżowania, ograniczania śladu węglowego, nieuczestniczenia w konsumenckich trendach szkodzących środowisku i życiu społecznemu miast. Do ciemnej strony miłych weekendów jeszcze wrócimy.
City break trwa zwykle trzy dni i nie zastępuje dłuższego odpoczynku, ale staje się niemal oczywistym dodatkiem w rocznym kalendarzu dni wolnych, upragnioną – i podkreślaną przez uczestników badań – przerwą od życia, ucieczką z codzienności. Łączy się z innym ważnym trendem urlopowym – coraz chętniej mieszkańcy Europy, także Polacy, dzielą przysługujące im urlopy na mniejsze odcinki, by łapać oddech od coraz intensywniejszej codzienności. Wyjazd raz do roku już nie wystarcza.
Dla obywateli najpopularniejszych miast turystyka to koszmar uniemożliwiający życie. Weekendy od Barcelony po Edynburg przypominają najazd barbarzyńców
Ale ta zmiana nie oznacza tylko bycia nadmiernie dociskanym przez pędzącą rzeczywistość, city breaks są wisienką na torcie europejskiego stylu życia, w którym obiekty historyczne, sprzyjająca pieszym wędrówkom skoncentrowana zabudowa oraz przystępna komunikacja miejska łączy się z atrakcjami kulinarnymi i kulturalnymi, a przyjemnościom tym towarzyszy poczucie bezpieczeństwa. Takiej kombinacji wygody i warunków do relaksu nie oferuje żadna inna część świata.
Moda na city break to dowód na rosnącą zamożność. Wypady do innych miasta nie są na ogół kosztowne i cały ich urok polega właśnie na tym, by wydać niedużo, a w krótkim czasie skorzystać z głównych atrakcji i „pooglądać, jak żyją inni” (to jedna z kluczowych motywacji wyjeżdżających), ale wypad do innego miasta to zawsze wydatki. I rodzaj przywileju, zasilanego przez coraz liczniejsze, na przykład w Polsce, dni wolne od pracy w oficjalnych państwowych kalendarza. Na polskich lotniskach tłok zaczął się na kilka dnia przed Bożym Ciałem, czyli początkiem tzw. czerwcówki.
Szybka popularyzacja tej nazwy, wzorowanej na majówce, sugeruje, że Polacy już przyswajają sobie drugi długi weekend wiosenny jako czas gwarantowany na odpoczynek i wyjazdy (kolejny w sierpniu). Dodają do weekendu dni z urlopu i wyjeżdżają na cały tydzień, a planują to nawet pół roku wcześniej.
Na czerwcówkę wyjeżdża w tym roku aż połowa Polaków. Wśród tych, którzy wybrali pobyt w kraju, królują miejscowości nadbałtyckie, a wśród podróży zagranicznych (90 proc. z nich odbywamy samolotami do innych miast) wygrał Rzym, za nim są: Alicante, Paryż, Mediolan, Londyn, Barcelona i Malta.
Rzym od lat pozostaje liderem destynacji weekendowych w całej Europie, za nim zwykle plasuje się Paryż, a trzecia jest Praga. Decyduje nagromadzenie zabytków i atrakcji kulturalnych, dlatego mocno na listach popularności trzymają się Wiedeń i Amsterdam, Barcelona i Berlin. Ale Europie zachodniej rośnie już mocna konkurencja w środku i na południu kontynentu. Warszawa i Kraków są od niemal dekady w trendzie rosnącej popularności – ona przyciąga świeżością i nowością, on historycznym urokiem. Ale w tym sezonie polskie miasta będą się ścigać z bałkańskimi.
Nowy lider – Sarajewo i Bałkany
Ceny przelotów rosną na skutek trwającej od ponad trzech miesięcy wojny w Zatoce Perskiej. Przypomnijmy – kluczowa dla eksportu ropy cieśnina Ormuz jest zablokowana dla tankowców, branża lotnicza wyczerpuje zapasy paliw, poczucie bezpieczeństwa i atrakcyjności długodystansowych lotów przez Dubaj i Dohę będzie odbudowywać się długo, dlatego wielu Europejczyków pozostanie latem na kontynencie, walcząc o odrobinę spokoju w sporym tłoku i wśród wyższych cen. Więcej osób zredukuje urlop zagraniczny do kilkudniowego wypadu.
Ta kombinacja sprawia, że w zestawieniach najatrakcyjniejszych, a zarazem najtańszych, destynacji na city break 2026 w Europie pojawił się nowy lider – Sarajewo. Brytyjskie badanie City Costs Barometer (Barometr Kosztów Miejskich) bierze pod uwagę 12 czynności i usług, które towarzyszą każdemu miejskiemu wypadowi. Od przejazdu z lotniska do centrum, zakwaterowanie, po zakup kawy. Stolica Bośni i Hercegowiny w zestawieniu wygrała, ale jest jaskółką dla całego regionu, bo tuż za nią na liście są: Bukareszt, Tirana, Belgrad i słowacki Trenčin.
Południe Europy ma szansę podbić serca turystów, ponieważ ma pyszną i tanią kuchnię, niedrogi transport publicznych, dużo zabytków, piękne krajobrazy i złożoną, słabo rozpoznaną historię najnowszą, a to walor nieomal egzotyczny dla mieszkańców innych części kontynentu.
Albania (nota bene spopularyzowana przez podróżnych z Polski) ma wśród zalet plaże i niespieszność, Belgrad i Sarajewo kuszą imprezami i nocnym życiem, a Trenčin to miniraj dla lubiących spokój i historyczne zabytki.
W europejskim top 10 na małe miejskie wypady znalazły się też francuskie Lille oraz Strasbug, Wilno, Ryga i stolica Czarnogóry – Podgorica.
Kartki na drzwiach, czyli blaski i cienie sławy miast
Jak te nowe w rankingach miasta poradzą sobie na wypadek wybuchu popularności? Może nie od razu grozi im nawał problemów, z jakimi mierzą się Rzym, Barcelona czy Amsterdam, ale krótka historia city breaks rzuca długie cienie.
Dla miasta, jego mieszkańców, biznesów i infrastruktury gwałtowne i krótkie naloty turystów są okazją do liczenia szybkich i dość łatwych zysków, ale też mniej spektakularnych, a za to trudnych do zaleczenia strat.
Najpierw blaski: turyści kupują, konsumują, odwiedzają zabytki, nocują, zamawiają przejazdy i bilety – z tego wszystkiego lokalni sprzedawcy, instytucje oraz ponadnarodowe koncerny (od taksówkarskich po hotelowe) liczą swoje przychody. A teraz cienie: turyści śmiecą, zużywają zasoby, hałasują, zostawiają ślad węglowy, korkują place, uliczki, promenady, sklepy i kawiarnie. Ich obecność radyklanie zmienia atmosferę miasta, powoduje, że stali mieszkańcy uciekają na prowincję, zostawiając na drzwiach kartki z napisem „Prosimy nie obsikiwać drzwi!”.
Dla obywateli najpopularniejszych miast turystyka to koszmar uniemożliwiający życie. Także w nocy, bo w środku wielkiej imprezy nie da się spać.
Coraz więcej stolic reguluje zachowania turystów. Nie tylko dlatego, że weekendy od Barcelony po Edynburg przypominają najazd barbarzyńców: przewalające się śmieci, wymiociny i fekalia na chodnikach. Także z powodu konsekwencji znacznie poważniejszych. Wiadomo, że na krótkich wynajmach można dobrze zarobić i platformy, które to umożliwiają, pośrednio doprowadziły do zmiany struktury zamieszkania całych dzielnic, patrosząc je z mieszkańców na rzecz chwilowych wizyt. A to po pierwsze winduje czynsze i ceny nieruchomości dla wszystkich, po drugie zabija ducha miasta. Po to przecież podróżujemy do innych miejsc, by na chwilę zanurzyć się w codzienności i zwykłym życiu Madrytu, Helsinek czy Brugii.
Tymczasem każdy kolejny szybki pobyt przyczynia się do unicestwiania zwykłego życia. Całe obszary zmieniają się w nieautentyczne scenografie wypełnione sklepikami i knajpkami skrojonymi pod przybyszów, w których nie uświadczysz zwykłego człowieka, bo większość obecnych przywędrowała tym samym, instagramowym szlakiem i zajmuje się streamowaniem lub fotografowaniem tych samych chwil i okoliczności. Kto ma odrobinę fantazji (a także rozumu i godności), skręci w boczną uliczkę i sam wytyczy ścieżkę, ale nie wiadomo, czy w nieskażonych turystyką dzielnicach zostanie dobrze przyjęty.
Coraz więcej mieszkańców ma dosyć: protestują, oblewają turystów wodą lub obrzucają wyzwiskami, zmuszają włodarzy do nowych ograniczeń. Za każdą noc w Barcelonie trzeba zapłacić pięć euro podatku (za miejską wodę, prąd, sprzątanie, itd.), w Amsterdamie za publiczne picie alkoholu i sikanie poza toaletami są już mandaty do 150 euro, wydawane z obowiązkiem natychmiastowej zapłaty. Na Schodach Hiszpańskich w Rzymie już nie wolno siadać, za moczenie ręki w fontannie Di Trevi i pływanie w weneckich kanałach – także kary.
Wszystko to desperackie i raczej nieskuteczne starania – nic nie broni przed nawałnicą, a raz wypromowaną popularność miasta trudno udźwignąć i ugasić. Wiedzą to dobrze mieszkańcy Krakowa, od dekady unikający własnego miasta w ciepłe weekendy. Wie to obsługa praskiej Café Louvre, która próbuje zapanować nad tłumami szturmującymi ją w czasie niedzielnych śniadań. Sukces bywa wycieńczający.
A ludzie lubią to, co znają – stara maksyma nabiera nowej intensywności w erze mediów społecznościowych, które nakręcają mody błyskawicznie i schematycznie. Odbiorcy treści są jednocześnie ich promotorami. Im więcej osób robi sobie zdjęcie w lizbońskiej kolejce, tym więcej osób chce mieć identyczne. I nie zatrzymają tego łaknienia nawet tragiczne wypadki, jak ten z września 2025 r.
W malignie konsumpcyjnej wiele jest z nieracjonalności – działają impulsy i odruchy. Trudno je zatrzymać, nawet jeśli wymarzony city break był rozczarowaniem: wszędzie kolejki, te same twarze, wysokie ceny i tłok. Ale zaliczamy, wrzucamy rolki i fotki, a za jakiś czas pakujemy znów miniwalizkę. Bo częścią europejskiego stylu życia stała się chwilowa wyprowadzka z własnej codzienności, by pobyć w cudzej. Pragnienie odpoczynku zmienia się w rotację dokuczliwości.
Także w ten weekend wielu Europejczyków wywiesi na drzwiach kartkę „Nikogo nie ma w domu”. Może więc pora wykreować trend na europejski weekend bez podróżowania, w którym wszyscy zostaniemy u siebie, na chwilę.

