
Liczba legalnie pracujących w Polsce obcokrajowców wzrosła w 2025 roku o 96 tysięcy (8 proc.), do około 1,29 mln osób. To nowy rekord w ZUS. W tym samym okresie liczba osób zatrudnionych w sektorze przedsiębiorstw spadła o 46 tys., a stopa bezrobocia rejestrowanego wzrosła z 5,1 do 5,7 proc.
Najliczniej reprezentowaną na polskim rynku pracy nacją są Ukraińcy – 857,1 tys. Drugich w kolejności Białorusinów jest aż sześć razy mniej – 138,7 tys. Jeszcze mniej jest Gruzinów (26 tys.), Hindusów (25,1 tys.), czy Kolumbijczyków (19,5 tys.). Ranking zamykają Filipińczycy (15,5 tys.), Mołdawianie (14 tys.), Nepalczycy (13,1 tys.), Wietnamczycy (12,2 tys.) i Rosjanie (12 tys.).
Według raportu NBP z końca 2025 roku, po zakończeniu wojny w Polsce planuje zostać około 51 proc. migrantów przedwojennych z Ukrainy oraz 24 proc. uchodźców wojennych. Inne źródła wskazują, że nawet 70 proc. Ukraińców może chcieć wrócić do swojego kraju. Co wtedy zrobią polscy pracodawcy?
Wkład Ukraińców w PKB Polski
Problem nie jest wydumany. W 2025 roku w rankingu najbogatszych gospodarek świata przeskoczyliśmy Szwajcarię i gonimy Holandię. Przekroczyliśmy bilion dolarów nominalnego PKB, co uczyniło Polskę 20. największą gospodarką świata. Swój wkład w ten sukces mają też pracownicy ze Wschodu, dlatego dla prof. Leszka Balcerowicza sprawa jest jasna.
– W Polsce wskutek tendencji demograficznych spada liczba osób w wieku produkcyjnym. W tej sytuacji napływ osób z Ukrainy do pracy w Polsce jest dla naszej gospodarki wzmocnieniem a nie obciążeniem. Wedle dostępnych szacunków bez tego napływu polskie PKB byłoby o około 7 proc. niższe – wyjaśnia dla Wprost.pl.
Gdzie pracują Ukraińcy?
W 2025 roku stałą pracę miało ponad 90 proc. przedwojennych migrantów z Ukrainy i 54 proc. uchodźców – wynika z raportu NBP. Mediana wynagrodzeń imigrantów z Ukrainy wzrosła, ale utrzymuje się poniżej mediany zarobków polskich pracowników. „W próbie ankietowanych pracujących imigrantów mediana wynagrodzeń miesięcznych netto wyniosła niecałe 4,5 tys. zł” – poinformował Narodowy Bank Polski.
Wśród imigrantów, którzy przyjechali do Polski przed wojną, sukcesywnie wzrasta udział pracujących na własny rachunek. W 2019 roku było to około 3 proc. W 2025 roku udział ten wynosi 8 proc. i rośnie.
Własną działalność prowadzą najczęściej w branży IT lub usługach osobistych (27 proc. pracujących), budownictwie (około 22 proc. pracujących) i transporcie (około 10 proc. pracujących).
Strata uprzywilejowanej pozycji
Wiele wskazuje na to, że 26 marca 2026 roku Ukraińcy w Polsce stracą uprzywilejowaną pozycję względem innych nacji. Polski rząd chce jednolitych zasad zatrudnienia dla wszystkich cudzoziemców, które wyrównają warunki dostępu do rynku pracy, świadczeń socjalnych (zwłaszcza 800+) i usług medycznych, a także zmniejszą obciążenia budżetu państwa. Ustawa przeszła już przez Sejm i Senat. Czeka na podpis prezydenta.
Skoro tak, co będzie kiedy Ukraińcy nagle wyjadą? – Nie da się w krótkim czasie w taki sposób zwiększyć wydajności pracy i produkcji, żeby można było zastąpić pracowników z Ukrainy. Polskie firmy nie mają wystarczającej ilości kapitału, by myśleć, na przykład o pilnym podniesieniu poziomu technologicznego w wymiarze powszechnym – twierdzi Piotr Rogowiecki, dyrektor Departamentu Analiz i Legislacji Pracodawców RP w rozmowie z Wprost.pl.
Dodaje, że rentowność polskich firm jest na tyle niska, że wiele z nich nie jest po prostu w stanie spełnić oczekiwań płacowych Polaków w tych obszarach, w których konkurują z migrantami – wjaśnia Piotr Rogowiecki. Problemem jest także demografia i starzejące się polskie społczeństwo.
Dalszy wzrost PKB pod znakiem zapytania?
Mariusz Zielonka, główny ekonomista Konfederacji Lewiatan przypomina, że w 2022 roku po wybuchu wojny na Ukrainie Polska już się mierzyła z takim problemem. Ucierpiała wtedy zwłaszcza branża budowlana i transportowa, gdzie pracowało najwięcej mężczyzn. – Nie możemy sobie jako kraj pozwolić na taki odpływ pracowników – tłumaczy w rozmowie z Wprost.pl Mariusz Zielonka.
Jego zdaniem, przez pierwszy rok czy dwa będziemy mieli mniejsze wpływy do budżetu, ale przy obecnym deficycie 270 mld zł strata kilku miliardów nie będzie mocno zauważalna. – Poważne problemy zaczną się w perspektywnie 5 – 7 lat, kiedy pracowników ze Wschodu będzie coraz mniej i rzeczywiście nie będzie ich kim zastąpić. Wtedy to na pewno zauważymy – uważa Mariusz Zielonka.
Problem jest poważniejszy. – W Polsce brakuje myśli przewodniej dotyczącej dalszego rozwoju gospodarczego. Tania praca już nie wystarczy, bo jej nie ma, a na dodatek jest droga energia. Nikt nie wyznaczył nowej ścieżki, na której powinniśmy oprzeć już teraz swoją konkurencyjność – przestrzega Piotr Rogowiecki.

