
„W dzisiejszych czasach słyszy się, że Europa musi suwerennie stawić czoła Trumpowi i Putinowi. Brzmi to jak determinacja, jasność. Jakby istniała Europa, która przemawia jednym głosem” – pisze w komentarzu tygodnika „Der Spiegel” Sabine Rennefanz. Zdaniem autorki trudno jednak taki głos usłyszeć.
Publicystka wymienia kluczowe kwestie, w których 27 państw członkowskich jest głęboko podzielonych. Zalicza do tego w szczególności trudności w radzeniu sobie z neoimperialnymi ambicjami USA i Rosji. W samej UE są zaś państwa, takie jak np. Węgry, których przywódcy „stawiani są za wzór” w atakowaniu praworządności, wymiaru sprawiedliwości i wolności mediów.
Prawicowi populiści silni w wielu krajach
Ale nie tylko tam. „W Polsce, Włoszech, Słowacji i Czechach rządzili lub obecnie rządzą prawicowi populiści, którzy postrzegają UE nie jako wspólnotę polityczną, lecz jako siłę destrukcyjną. We Francji nacjonaliści mogliby zapewnić sobie w kolejnych wyborach prezydenta Jordana Bardellę” – czytamy. Autorka dodaje, że nawet w Niemczech nie wyklucza się objęcia stanowiska kanclerza przez liderkę częściowo skrajnie prawicowej partii AfD Alice Weidel, „której partia otwarcie flirtuje z wyjściem z UE”.
W tej sytuacji – zdaniem publicystki – brakuje politycznego przywództwa z długoterminową perspektywą, a politycy skupiają się głównie na cyklach wyborczych. „Sam kanclerz Friedrich Merz zdaje się nie do końca wierzyć w tę Europę. Niedawno zasugerował Donaldowi Trumpowi, że Stany Zjednoczone mogłyby przynajmniej wybrać Niemcy jako partnera, gdyby nie były zainteresowane Europą. Nie zostało to odebrane jako manewr taktyczny. Raczej jako rezygnacja” – czytamy w „Spieglu”.
Autorka przypomina, że Unia Europejska – będąc początkowo „sojuszem z rozsądku” – stała się projektem pokojowym, obiecującym dobrobyt, wolność i bezpieczeństwo. Zdaniem Rennefanz od ponad dwóch dekad już nikt nie mówi o dalszym zacieśnianiu unii, a zamiast tego „UE przekształciła się w obszar gospodarczy oparty na regułach: ze sztywnymi regulacjami, deficytami demokratycznymi”.
Jak czytamy, od 2017 roku prezydent Francji Emmanuel Macron wielokrotnie próbował rozwijać Europę politycznie, m.in. poprzez wspólne inwestycje, koordynację fiskalną i strategiczną autonomię. „Jego działania były hamowane, opóźniane i odsuwane na boczny tor przez ówczesną kanclerz Angelę Merkel. Europa nadal działała w trybie ciągłego kryzysu, nieustannie reagując” – stwierdza Rennefanz.
Za najmniejszy wspólny mianownik polityki europejskiej autorka uważa projekty zbrojeniowe. Dodaje jednak, że odstraszanie nie jest projektem europejskim.
„Unia Europejska sprawia wrażenie zmęczonej. Nie rozpada się, nie jest niezdolna do działania, ale wewnętrznie osłabła. Nadal funkcjonuje, technicznie i umownie. Jednak nie jest już tak przekonująca. Europa istnieje, ale nie ma już takiej siły” – czytamy.
Autorka dodaje, że przez wiele lat koniec UE wydawał się nie do pomyślenia. „Nie zdziwiłabym się, gdyby za dziesięć lat Unii Europejskiej już nie było. Nie z powodu wielkiego wybuchu, ale z powodu stopniowej utraty znaczenia. Traktaty pozostałyby, budynki również. Zniknęłaby tylko idea polityczna, która za nimi stoi” – konkluduje komentatorka.
Monika Stefanek / polska redakcja Deutsche Welle
-
Reparacje od Niemiec w innej formie? Szef MSC wyszedł z propozycją
-
Polacy utknęli na wyspie. Jest przełom, ambasada wskazała datę

