
– Dramatyzm jest wyczuwalny. Natomiast nie ma szoku – mówi Interii doświadczony polski europoseł.
– Trump ma już za sobą czas, gdy wywołuje druzgocące emocje. Dzisiaj jest już przewidywalny w tym, że jest nieprzewidywalny. Wszyscy pukają się w głowę i zastanawiają nad jego kolejnymi krokami, ale nie ma zaskoczenia żadną decyzją, żadnymi wymuszeniami – wyjaśnia.
– Rzeczywistość jest brutalna, więc jako UE musimy być twardym graczem, tak jak twardy jest Trump, jakkolwiek by jego poczynań nie oceniać – dodaje inne ze źródeł Interii w europarlamencie.
Wiadro zimnej wody na głowę Europy
Najnowszy etap eskalacji w relacjach amerykańsko-europejskich to efekt jawnego szantażu gospodarczego w wykonaniu Donalda Trumpa.
Wieczorem 17 stycznia prezydent Stanów Zjednoczonych ogłosił światu, że 1 lutego nałoży dodatkowe cła w wysokości 10 proc. na siedem krajów, które w ramach solidarności z Danią wysłały na Grenlandię swoje symboliczne siły na ćwiczenia „Arctic Endurance”. Cłami objęta ma zostać również sama Dania. Co więcej, Trump zapowiedział, że jeśli kraje europejskie nie przekażą mu pełnej kontroli nad Grenlandią do czerwca, wówczas karne cła wzrosną z 10 do 25 proc.
– Wszyscy wiemy już, że apetyt Trumpa się nie wyczerpie. Niezależnie, ile byśmy mu dali i jak wiele razy ustąpili. Nie ma tu już żadnych złudzeń, nie ma nawet szoku – konstatuje jeden z ważnych polskich europosłów. I dodaje: – Jest w UE świadomość tego, że mamy moment przełomowy.
Powagę sytuacji i wspomnianą świadomość historycznej chwili widać też w wypowiedziach wielu europejskich przywódców – m.in. premiera Wielkiej Brytanii Keira Starmera, kanclerza Niemiec Friedricha Merza czy premier Włoch Giorgii Meloni. Na czoło grupy przeciwników Trumpa i jego administracji wybija się jednak Emmanuel Macron. Prezydent Francji najpierw na gorąco w zdecydowanych słowach odrzucił żądania Waszyngtonu, a później krytykę administracji Trumpa powtórzył podczas swojego wystąpienia na Światowym Forum Ekonomicznym w Davos.
– Zbliżamy się do świata bez zasad, gdzie prawo międzynarodowe jest deptane, a jedynym prawem staje się prawo silniejszego – przestrzegł francuski przywódca, podkreślając jednocześnie, że ta droga doprowadzi Europę do wasalizacji i „nowego kolonializmu”.
– Celem jest osłabienie i podporządkowanie Europy – tłumaczył Macron, wskazując na coraz ostrzejszą konkurencję ze strony Stanów Zjednoczonych i coraz mniej korzystne dla krajów Starego Kontynentu umowy handlowe, które wymusza administracja Trumpa. Wezwał przy tym UE do wzmocnienia narzędzi obrony handlowej, wymuszenia na Ameryce przestrzegania jednolitych standardów i silniejszego postawienia na innowacyjność unijnej gospodarki.
Wszystkie opcje Brukseli. „Bazooka handlowa” pójdzie w ruch?
Kierunek zaproponowany przez Emmanuela Macrona wydaje się znajdywać coraz większą grupę zwolenników w innych krajów członkowskich.
Potwierdzają to również rozmówcy Interii z Parlamentu Europejskiego. – Nikomu w Europie, poza Węgrami i Orbanem, polityka Trumpa się nie podoba – mówi nam wprost jeden z europosłów należących do Europejskiej Partii Ludowej (EPL), czyli największej frakcji w Parlamencie Europejskim.
Inne z naszych źródeł w europarlamencie wskazuje, że polityka cofania się i kolejnych ustępstw wobec administracji Trumpa właśnie się wyczerpała.
– Porównałabym strategię UE wobec Trumpa do strategii z początku wojny w Ukrainie wobec Putina: rozmawiajmy, bądźmy dyplomatyczni, tłumaczmy, on w końcu zrozumie i się cofnie – nie przebiera w słowach nasza rozmówczyni. – Otóż nie. Są przywódcy, którzy rozumieją wyłącznie język siły. Komisja Europejska i kraje członkowskie – wszystkie kraje, bez oglądania się na swoje partykularne interesy – muszą tym samym językiem Trumpowi odpowiedzieć – podkreśla.
Wszyscy wiemy już, że apetyt Trumpa się nie wyczerpie. Niezależnie, ile byśmy mu dali i jak wiele razy ustąpili
Jak ta odpowiedź miałaby wyglądać? O tym najpewniej zadecydują przywódcy krajów członkowskich na zwołanym w trybie pilnym szczycie, który odbędzie się 22 stycznia. Jednak już przed spotkaniem liderów UE wiemy o sporej części opcji, które leżą na stole.
Już w mniej więcej dobę po szantażu Trumpa brytyjski „Financial Times” napisał, że pierwszym z brzegu narzędziem nacisku na Waszyngton jest pakiet ceł odwetowych o wartości 93 mld euro. Nie jest to nowa broń w rękach Brukseli, bowiem wspomniany pakiet unijni urzędnicy przygotowali już w lipcu ubiegłego roku na ewentualność fiaska negocjacji handlowych ze Stanami Zjednoczonymi i nieuchronnej w takim wypadku wojny handlowej. UE zawiesiła wówczas wprowadzenie w życie ceł, teraz miałaby je odwiesić.
Inną potężną opcją jest tzw. Instrument Przeciwdziałania Przymusowi (ang. Anti-Coercion Instrument). Mowa o narzędziu przygotowanym w 2023 roku na okoliczności gospodarczego szantażu bądź nacisku ze strony państw trzecich. Wówczas myślano głównie o Chinach i Rosji, jednak pierwsze w historii użycie „handlowej bazooki” – tak mechanizm jest nazywany w brukselskich kuluarach – może dotyczyć Stanów Zjednoczonych, a więc dotychczasowego strategicznego partnera i sojusznika.
Cel jego stworzenia i wykorzystania był prosty: zwiększenie konkurencyjności i bezpieczeństwa UE w relacjach gospodarczych z zewnętrznymi partnerami. Zakres możliwości tego narzędzia wykracza poza standardowe formy handlowych działań odwetowych. Zakłada m.in. cła odwetowe wobec agresora, ograniczenia inwestycji firm agresora na terenie UE, ograniczenie dostępu tychże firm do unijnych zamówień publicznych.
Na kolejne ważne, aczkolwiek zazwyczaj pomijane nawet w dyskursie medialnym, narzędzie wskazuje jeden z europosłów Europejskiej Partii Ludowej, z którym rozmawiamy o odpowiedzi na szantaż Trumpa. – Pamiętajmy, że Unia posiada mniej więcej jedną trzecią amerykańskich obligacji skarbowych. To daje nam potencjał do ściągnięcia lejców Trumpowi – zaznacza polityk.
Na tym jednak nie kończy. – Jesteśmy też największym rynkiem zbytu dla Amerykanów. Relacje handlowe nie działają tylko w jedną stronę. Poza tym jako Europa jesteśmy też największym odbiorcą uzbrojenia amerykańskiego – kontynuuje.
Na koniec mówi: – Trump lubi licytować wysoko, a ponadto wie, w jakiej sytuacji bezpieczeństwa jest Europa i prowadząc agresywny izolacjonizm, próbuje narzucić swoje prywatne reguły gry. Musimy mu równie twardo odpowiedzieć.
Pierwsze reperkusje szantażu amerykańskiego prezydenta wobec krajów UE już zresztą są. Parlament Europejski zawiesił bezterminowo ratyfikację zawartej latem ubiegłego roku umowy handlowej między Stanami Zjednoczonymi i Unią Europejską. Tej samej, którą Trump wielokrotnie zachwalał i określał jako „najlepszą w dziejach”. Na Starym Kontynencie entuzjazmu wobec porozumienia było znacznie mniej, bowiem nawet rozmówcy Interii z Komisji Europejskiej i Parlamentu Europejskiego wprost przyznawali, że była to „negocjacyjna kapitulacja” Ursuli von der Leyen i „przyjęcie warunków Trumpa”.
O tym, jaki będzie dalszy los wspomnianej umowy, zadecyduje sam Trump i jego dalsze działania. – Dopóki sytuacja się nie uspokoi, nie ma mowy o ratyfikacji. To jest też zawsze lewar UE na Trumpa. Nie możemy wyzbyć się wszystkich kart, zanim nie rozegra się główna partia – analizuje jedno z naszych źródeł w Brukseli, dobrze zaznajomione z polityczną rozgrywką wokół umowy.
Wszyscy nasi rozmówcy zgodnie przyznają, że największym wyzwaniem stojącym obecnie przed UE nie jest wcale wybranie optymalnej opcji odpowiedzi na agresywne działania Amerykanów, ale zebranie i utrzymanie jedności 27 krajów członkowskich wobec Trumpa.
Tajemnicą poliszynela jest bowiem, że administracja amerykańska od początku drugiej kadencji Trumpa gra na rozłam jedności UE. Założenie jest bardzo proste: w bilateralnych rozmowach ze Stanami Zjednoczonymi nawet najsilniejsze państwa UE nie będą mieć wiele do powiedzenia i Waszyngton z łatwością je sobie podporządkuje; z kolei UE jako całość stanowi poważnego przeciwnika, który ma możliwość zadania dotkliwych strat gospodarczych, politycznych i wizerunkowych.
Amerykanie jako karty atutowej w rozmowach z Brukselą używają też parasola bezpieczeństwa, który zapewniają (i który coraz mocniej wypominają) Europie, a który w obliczu rosyjskiego agresywnego imperializmu ma dla krajów Starego Kontynentu strategiczne znaczenie. To również z tego powodu kraje europejskie tolerowały i ustępowały Trumpowi w sprawie aneksji Grenlandii, aż doszły do momentu, gdy cofnąć dalej się nie mogą, bo dalej jest już tylko rozpad NATO.
– To byłaby największa tragedia. Chyba wszyscy mają tę świadomość, dlatego cofają się przed Trumpem. Tylko ile można się cofać? Jak daleko? – pyta jeden z europosłów, którego pytamy o sprawę Grenlandii.
Kluczowym wyzwaniem zaplanowanego na 22 stycznia szczytu europejskich przywódców będzie nie tylko wybór odpowiedzi na coraz większą agresję Trumpa, ale również zbudowanie możliwie jak najszerszej i jak najtrwalszej większości dla nowej polityki unijnej wobec Stanów Zjednoczonych.
– Trump musi mieć świadomość, że po drugiej stronie jest solidarna, zwarta Europa, która mówi jednym głosem, która z determinacją broni swoich praw, interesów i wartości. On musi wiedzieć, że ani on, ani nikt inny nie zdoła rozbić Europy – ocenia jedna z polskich europosłanek.

