
Tomasz Walczak, Interia: Elon Musk na naszych oczach staje się pierwszym bilionerem w historii. W swojego książce jego życie i twórczość określacie mianem „muskizmu”. Czym on jest? To jakaś spójna ideologia w rodzaju leninizmu czy neoliberalizmu?
Ben Tarnoff, amerykański dziennikarz i komentator, współautor książki „Muskizm. Świat według Elona Muska”: – Naszym punktem odniesienia jest fordyzm, który badacze używali, by określić wpływ Henry’ego Forda na świat. Różni ludzie różnie definiowali fordyzm, ale ich metodologia była podobna: nie interesowało ich to, dlaczego Henry Ford stał się Henrym Fordem. Ani co dokładnie doprowadziło go do innowacji takich jak ruchoma linia montażowa. Chodziło im o to, jakiego rodzaju świata wymagało istnienie fabryk zorganizowanych na wzór tych fordowskich. To samo podejście staraliśmy się przyjąć w przypadku Muska.
Musk sprzedaje ideę, że zarówno jednostki, jak i państwa narodowe mogą w coraz bardziej niestabilnym świecie wzmocnić swoją samowystarczalność poprzez podłączenie się do oferowanej przez niego infrastruktury
Czyli muskizm, podobnie jak fordyzm, jest symptomem świata, w którym żyjemy, tak jak fordyzm był symptomem świata z początku XX wieku?
– Powiedziałbym, że Musk jest awatarem, symbolem konkretnej ery kapitalizmu, w taki sam sposób, w jaki Ford był reprezentatywny dla wcześniejszego etapu kapitalizmu. Nasza najkrótsza definicja muskizmu brzmi tak: jest to obietnica suwerenności poprzez technologię.
– W naszym przekonaniu Musk nie tyle sprzedaje samochody, rakiety czy satelity, co ideę, że zarówno jednostki, jak i państwa narodowe mogą w coraz bardziej niestabilnym świecie wzmocnić swoją samowystarczalność poprzez podłączenie się do oferowanej przez niego infrastruktury. Oczywiście, robiąc to, pogłębiają one swoją zależność od człowieka, który ją kontroluje – w tym przypadku samego Muska.
Czy coś Muska wyróżnia na tyle innych szefów gigantów technologicznych z Doliny Krzemowej takich jak właściciel Amazona Jeff Bezos czy właściciel Facebooka Mark Zuckerberg?
– Musk jest jednocześnie z Doliny Krzemowej i spoza niej. Powiedziałbym, że stoi w niej jedną nogą. Dolina Krzemowa to miejsce, gdzie Musk zbił swoją pierwszą fortunę jako przedsiębiorca internetowy w latach 90. To tam zarobił pieniądze, które później wykorzystał do założenia SpaceX w 2002 roku i stania się głównym inwestorem oraz dyrektorem generalnym Tesli w 2008 roku. To przejście od stron internetowych do samochodów i rakiet naprawdę odróżnia Muska od jego rówieśników i kolegów.
– Jeśli pomyślimy zwłaszcza o latach 2000., to bogaty biznesmen internetowy, który wziął swoje zyski, przeniósł się do Południowej Kalifornii i powiedział: „Hej, kupię magazyn i będę budował rakiety”, był postrzegany jako szaleniec.
– Tymczasem Musk zbudował swoją reputację jako ktoś, kto wytwarza realne produkty, w przeciwieństwie do np. Marka Zuckerberga. To podtrzymało jego renomę w sposób, który nie dotyczy wielu innych postaci z Doliny Krzemowej, nawet do dziś. Nie tworzy tylko aplikacji uzależniających nastolatki od algorytmu; on faktycznie wysyła rzeczy w kosmos, buduje cały sektor pojazdów elektrycznych.
Nie możemy wejść do jego umysłu, ale uważamy, że jeśli zestawimy jego unikalną filozofię przemysłową z ekonomią polityczną RPA czasów apartheidu, znajdziemy intrygujące analogie, które mogą pomóc wyjaśnić, dlaczego był zmotywowany do pójścia ścieżką, której nikt inny wtedy nie wybierał
– W jaki sposób jest więc jedną nogą w Dolinie Krzemowej?
– Wchodząc w świat fizycznych produktów, zabiera ze sobą techniki i technologie Doliny Krzemowej. One nie znikają. To właśnie odróżnia go jako przemysłowca od dotychczasowych liderów rynku, których stara się wyprzeć: pozostaje on połączony ze światem oprogramowania. Tesla jest idealnym przykładem.
– Często opisuje ją jako „laptopa na kołach”. Jest to urządzenie podłączone do internetu, które może otrzymywać aktualizacje bezprzewodowo. Nie trzeba go zawozić do dealera – w środku nocy, podobnie jak komputer automatycznie aktualizujący system operacyjny, Tesla może wchłonąć nowe funkcje i nagle auto potrafi rzeczy, których wcześniej nie potrafiło. Zatem Tesla jest w dużej mierze obiektem z Doliny Krzemowej, ale Musk różni się w istotny sposób od tamtejszej elity technologicznej i to prawdopodobnie pozwoliło mu ich wyprzedzić.
Goethe pisał, że „jeśli chcesz zrozumieć poetę, musisz udać się do jego kraju. Wybierzmy się więc do Republiki Południowej Afryki epoki aparthaidu, w której wychował się Elon Musk. Bo przekonująco piszecie w swojej książce, że tamten reżim wiele może nam powiedzieć o działalności Muska.
– Dla krytyków Muska fakt, że dorastał w RPA w czasach apartheidu, jest często przywoływany jako sposób na wyjaśnienie jego późniejszego skrętu ku retoryce skrajnej prawicy. Mój współautor i ja nie odrzucamy tego argumentu z góry, ale nie na nim kładziemy nacisk. Patrzymy na RPA czasów apartheidu bardziej przez pryzmat ekonomii politycznej.
– Reżim apartheidu dążył do pewnego stopnia samowystarczalności zarówno ekonomicznej, jak i technologicznej. Ówcześni biali przywódcy RPA postrzegali siebie jako osaczonych przez wrogów wewnętrznych i zewnętrznych. Aby zagwarantować przetrwanie reżimu, chcieli z jednej strony budować swoje zdolności technologiczne w nowoczesny sposób.
– RPA stworzyło program badań nuklearnych i do początku lat 80., z pomocą amerykańskich i izraelskich naukowców, zbudowało operacyjną bombę atomową.
– Importowali również komputery typu mainframe od IBM – bardzo zaawansowaną technologię w tamtym czasie – aby z pomocą ich mocy obliczeniowych wprowadzać system segregacji rasowej.
– Próbowali także budować niezależne moce produkcyjne: uzyskali licencje od Forda i Datsuna na budowę własnych fabryk samochodów na rynek wewnętrzny. Do dziś RPA jest wiodącym producentem samochodów w Afryce Subsaharyjskiej.
Tak jak my wszyscy jako konsumenci subskrybujemy usługi oprogramowania – na przykład Netfliksa, pakiet Google czy obecnie ChatGPT – tak samo państwo, stając się ściślej powiązane z dostawcami technologii, wchodzi w logikę suwerenności jako usługi
– Wszystkie te wysiłki miały na celu przetrwanie polityczne, ponieważ postrzegano świat jako wrogie, niestabilne miejsce, a człowiek musi produkować jak najwięcej samemu, aby chronić się przed wrogami. To doświadczenie staje się interesujące, gdy spojrzymy na filozofię przemysłową Muska w SpaceX i Tesli.
Muskizm rymuje się z ekonomią polityczną rasistowego reżimu w RPA?
– Musk od samego początku swojej działalności przemysłowej kładł nacisk na coś, co nazywa się integracją pionową. Mówiąc prościej, w swoich firmach próbuje ograniczyć poleganie na zewnętrznych dostawcach i budować jak najwięcej własnymi siłami. Na początku XXI w. w szczycie wolnorynkowej globalizacji z jej rozbudowanymi łańcuchami dostaw z różnych krajów było to raczej ekstrawaganckie podejście. Musk sprzeciwił się ówczesnej powszechnej mądrości rynkowej. Skąd wziął ten pomysł?
– Nie możemy wejść do jego umysłu, ale uważamy, że jeśli zestawimy jego unikalną filozofię przemysłową z ekonomią polityczną RPA czasów apartheidu, znajdziemy intrygujące analogie, które mogą pomóc wyjaśnić, dlaczego był zmotywowany do pójścia ścieżką, której nikt inny wtedy nie wybierał.
Muska, jako wielu ludzi z Doliny Krzemowej uważa się za wściekłego przeciwnika państwa. Piszecie jednak wyraźnie, że kocha on państwo na swój własny nieco perwersyjny sposób.
– Musk zawsze dążył do tego, by wykorzystywać instytucje państwa dla poszerzania swojej władzy i zysku. Można to zobaczyć bardzo konkretnie na przykładzie SpaceX i Tesli. SpaceX zaczynał jako wykonawca rządowy w pierwszych latach globalnej wojny z terroryzmem, kiedy Donald Rumsfeld w Pentagonie chciał zmienić sposób prowadzenia wojen. W szczególności chciał zwiększyć zależność armii od zaawansowanych technologii, zwłaszcza satelitów.
Jak sami piszecie, Rumsfeld, stary republikański jastrząb, chciał w końcu wcielić w życie program „gwiezdnych wojen” Reagana. Musk chętnie z tego skorzystał.
– Musk zaproponował umieszczenie na orbicie większej liczby tańszych satelitów przy znacznie niższych kosztach niż jakikolwiek z uznanych kontrahentów obronnych. Miało to pozwolić państwu na prowadzenie inwigilacji, rozpoznania i naprowadzania amunicji.
– I faktycznie, Musk spełnił tę obietnicę. W ciągu 20 lat obniżył koszt wyniesienia rzeczy na orbitę o 90 proc. Przekształcił ekonomię startów orbitalnych poprzez innowacje procesowe na hali produkcyjnej, rozwijanie innowacji takich jak rakiety wielokrotnego użytku i tak dalej. Dla naszej argumentacji ważne jest, aby nie postrzegać Muska wyłącznie jako libertarianina, ale też nie jako przedstawiciela kapitalizmu kolesiowskiego (ang. crony capitalism), czyli kogoś, kto jest po prostu pasożytem państwa, wyciągającym wartość i nieoferującym nic w zamian.
Wizja przyszłości Muska jest dość postludzka. Z jednej strony twierdzi, że jego przedsięwzięcia służą interesom całej ludzkości. Jeśli jednak przyjrzeć się bliżej, on mocno wierzy, że ludzkość zanika, stając się coraz głębiej spleciona z technologią
Co to jest, jeśli nie pasożytnictwo?
– W ekologii mówimy o symbiozie jako o relacji między dwoma organizmami przynoszącej obopólne korzyści. Chcemy to podkreślić, ponieważ jeśli jesteś Pentagonem, doświadczasz wzrostu zdolności i – można by rzec – wzrostu możliwości sprawowania suwerenności. Jednak ten wzrost ma swoją cenę.
– Ceną jest pogłębienie zależności od prywatnego monopolisty. Musk kontroluje obecnie ponad 80 proc. amerykańskiego rynku startów orbitalnych. Jeśli jesteś wojskowym lub pracujesz w służbach wywiadowczych w USA, musisz pytać Muska o zgodę, gdy chcesz umieścić swojego satelitę w kosmosie.
– Zatem muskizm polega na zwiększaniu zdolności państwa, ale za pomocą prywatnych środków, co wprowadza nowe słabe punkty, które wcześniej nie istniały.
Państwo traci swoją suwerenność na rzecz Muska?
– Opisujemy tę dynamikę jako „suwerenność jako usługa” (ang. sovereignty as a service). Tak jak my wszyscy jako konsumenci subskrybujemy usługi oprogramowania – na przykład Netfliksa, pakiet Google czy obecnie ChatGPT – tak samo państwo, stając się ściślej powiązane z dostawcami technologii, wchodzi w logikę suwerenności jako usługi. Możliwość sprawowania suwerenności przez Pentagon w zakresie prowadzenia wojny staje się coraz bardziej zależna od jego relacji z niewielką liczbą firm technologicznych.
Obecny sekretarz obrony USA starał się jakiś czas temu nie poddać dyktatowi jednej z firm.
– Tak, mieliśmy konflikt między Pete’em Hegsethem a firmą Anthropic wokół wojny w Iranie. Anthropic wyznaczało czerwone linie dotyczące zastosowań, do których nie chciało udostępniać swojej technologii, a Hegseth z Pentagonu mówił: „Nie możemy tego zaakceptować, musimy móc jej używać do wszystkiego, do czego chcemy”. Ilustruje to ważny aspekt tej relacji państwa i kapitału.
– Symbioza z państwem nie jest stabilną relacją. To relacja, w której każdy podmiot walczy o prymat. Równowaga sił między nimi musi być ciągle negocjowana. Myślę, że niezwykły ruch Pentagonu pod wodzą Hegsetha, by uznać Anthropic za ryzyko dla łańcucha dostaw – co jest dość radykalnym krokiem – można interpretować jako sposób na odzyskanie kontroli nad prywatnym monopolistą.
Musk zyskał ogromną kontrolę nad suwerennością państw, ale nie poprzestaje na tym. Dąży do jeszcze większej władzy, ponieważ przeszedł od produkcji przemysłowej do kontrolowania przestrzeni cyfrowej. Chce być jak Aleksander Wielki, który, jak pisze Plutarch, widząc ogrom swojego królestwa, zapłakał, albowiem nie było już nic więcej do zdobycia?
– Musk z jednej strony zaczął bardziej interesować się światem wirtualnym, odchodząc od nacisku na ciężką materialność samochodów i rakiet ku światom sieci społecznościowych i AI. Ale co równie ważne, łączy te przedsięwzięcia w sposób bardziej zintegrowany pionowo.
– Opisuje SpaceX jako silnik innowacji i chce połączyć przedsięwzięcia, które wydają się dość odległe i odmienne – jak firma AI i media społecznościowe – z rakietami. To zmotywowało go do wysunięcia kilku bardziej osobliwych pomysłów. Propozycją, która zyskała największy rozgłos w związku z debiutem giełdowym SpaceX, jest koncepcja orbitalnych centrów danych: idea, że Musk będzie mógł umieścić na orbicie sieć małych satelitów służących do trenowania i wdrażania dużych modeli językowych, które będą czerpać energię ze słońca.
Z co osobliwszych koncepcji Muska szczególnie uderza mnie jego przeświadczenie, że w jego świecie istoty ludzkie są w gruncie rzeczy zbędne.
– Wizja przyszłości Muska jest dość postludzka. Z jednej strony twierdzi, że jego przedsięwzięcia służą interesom całej ludzkości. Jeśli jednak przyjrzeć się bliżej, on mocno wierzy, że ludzkość zanika, stając się coraz głębiej spleciona z technologią. Co więcej – uważa, że powinniśmy celebrować i przyspieszać ten proces dezintegracji człowieka poprzez cybernetyczne ulepszenia.
– Pamiętajmy, że jedną z jego firm jest Neuralink, który tworzy interfejsy mózg-komputer pozwalające jednostkom manipulować komputerem wyłącznie za pomocą myśli. Musk chce tworzyć cyborgi i mówił o tym bardzo wyraźnie.
Naczytał się za dużo powieści s-f i nic z nich nie zrozumiał? Bo opisane w nich dystopijne światy miały być ostrzeżeniem, a nie instrukcją obsługi.
– Cóż, przyszłość według Muska to taka, w której istoty ludzkie zajmują coraz mniejszy udział w działalności gospodarczej, a także w tym, co Musk rozumie przez inteligencję i aktywność poznawczą. Uważa on, że z czasem sztuczna inteligencja będzie stanowić coraz większy procent globalnej inteligencji, a ludzie będą się wycofywać. Jego zdaniem najlepsze, na co możemy liczyć, to nasycenie sztucznej inteligencji naszymi wartościami i naszym sposobem myślenia, zanim znikniemy.
Wysokie technologie i niskie życie – tak najkrócej opisuje się podgatunek s-f znany jako cyberpunk, w którym ludzkość jest zrośnięta fizycznie z technologią. Nie przynosi to jednak zbawienia, tylko cierpienie. Taki świat chce nam zbudować Musk?
– Nawiązanie do cyberpunka jest interesujące, ponieważ jako gatunek science fiction jest on, jak pan mówi, bardzo skupiony na kwestii cybernetycznych ulepszeń. Zazwyczaj jednak akcja toczy się w realiach skrajnych nierówności społecznych.
– Dystopijny aspekt cyberpunka jest zazwyczaj mniej techniczny, a bardziej społeczny. Jest to świat, który – w czasie swojego powstania – wyobrażał sobie antyspołeczny ład polityczny stworzony przez Margaret Thatcher w wersji turbo. Był to sposób na przetworzenie tego, co działo się w USA w latach 80. i przełożenie tego na kilka dekad w przód. Nie chodzi więc po prostu o to, że ludzkość jako całość zniknie, ale o to, że następuje będzie jeszcze bardziej podzielona na zwycięzców i przegranych.
– Hierarchie klasowe, rasowe i płciowe ulegają wzmocnieniu i utwierdzeniu; ludzkość zostaje podzielona wzdłuż tych linii w jeszcze bardziej ekstremalnej formie. W książce opisujemy tę dynamikę jako cyborg-konserwatyzm, gdzie zaawansowane technologie są zaprzęgane do służby konserwatywnemu porządkowi społecznemu.
– Potencjał tych technologii do inspirowania i koordynowania równościowych ruchów społecznych czy eksperymentowania z nowymi formami tożsamości i cielesności zostaje zduszony na rzecz tradycyjnej hierarchii i tradycyjnych tożsamości społecznych, które są ożywiane, przywracane i wzmacniane poprzez użycie technologii.
Perspektywa muskizmu, którą pan tu zarysował wygląda trochę jak próba roszczenia sobie boskich praw. Musk poczuł się bogiem?
– Na pewno czuje się przekonany o własnej wyjątkowości. Z jednej strony mamy bowiem oczywiście ekstremalną koncentrację władzy oraz przekonanie Muska i wielu innych postaci z jego kręgu, że taka koncentracja jest naturalna i nieunikniona – że zdobyli tę władzę, ponieważ na nią zasłużyli.
– Z drugiej strony tradycyjnie Dolina Krzemowa była postrzegana jako miejsce obojętne lub wrogie religii. W ostatnich latach coś się zmieniło i sam Musk nie jest na to odporny. Opisał siebie jako „chrześcijanina kulturowego”, co moim zdaniem oznacza po prostu przywiązane do ideologii „białej supremacji”.
– Sądzę, że zmiana, jaka zaszła – jeśli miałbym spekulować – wynika z tego, że w miarę wzrostu potęgi tej branży i prób wynegocjowania nowego kontraktu społecznego, który legitymizowałby ich władzę w oczach świata.
Religijny aspekt się tu przydaje?
– Religia, a konkretnie religia instytucjonalna, stała się użytecznym punktem odniesienia. Są to instytucje, które wciąż cieszą się sporym uznaniem w oczach ludzi. Odwołanie się do nich przez wielu przedstawicieli Big Techu postrzegam jako część szerszego wysiłku, by wyjść z enklaw Doliny Krzemowej i spróbować budować legitymację potrzebną do skonsolidowania własnej władzy.
Rozmawiał Tomasz Walczak
-
Padnie twierdza Teksas? W amerykańskich wyborach może dojść do sensacji
-
Znienawidzeni. Przez Europę przetacza się bezprecedensowa fala, zalewa Niemcy i Francję

