
-
Ostatnia samica dropia padła we wrześniu 1996 roku w zamkniętej hodowli w Stobnicy koło Obornik pod Poznaniem.
-
Drop, największy ptak Polski, wyginął w Polsce, ale przetrwał w Niemczech, Austrii i na Węgrzech, gdzie podejmowane są działania na rzecz jego ochrony.
-
W Niemczech za znalezione jaja dropi państwo wypłaca nagrody, a lęgi są sztucznie wykluwane w inkubatorach.
-
Więcej podobnych informacji znajdziesz na stronie głównej serwisu
Tekst o wilkach musiał zatem chwilę poczekać i rozmowa z prof. Andrzejem Bereszyńskim z Akademii Rolniczej w Poznaniu (dzisiaj to Uniwersytet Przyrodniczy) – również. Odłożyłem obfite notatki i przemyślenia, przełożyłem, wątpliwości na temat tego, jak ludzie zareagują na pomysł, by objąć ochroną prawą w Polsce najbardziej znienawidzone od wieków zwierzę, jakim jest wilk. Przesunąłem całą kaskadę argumentów, że to baśnie, mity i ponure opowieści stworzyły taki czarny PR wokół drapieżnika, który jest niezbędny polskim lasom i ekosystemom, gdyż bez niego one nie funkcjonują. Nie funkcjonują już od dziesiątków lat, gdyż wprowadzone w 1955 r. w Polsce prawo (ktoś to zatwierdził i podpisał i do dzisiaj nie poniósł konsekwencji!) pozwalało legalnie (sic!) mordować wilki, ich rodziny, ich szczenięta, a nawet wypłacać nagrody za ich zabicie.
Właśnie rozmawialiśmy z profesorem, że czeka nas wszystkich przełom w myśleniu, jakiego w Polsce nie było. Odwrócenie pojęć i bzdur, jakoby wilk był szkodnikiem i zagrożeniem, jakoby należało go wytępić. Długa droga, by wyjaśnić ludziom jak jest ważny, jak sama jego obecność zmienia las i zachowania zwierząt, jakim absurdem są opowieści o tym, że wilk atakuje i zabija ludzi. Rozmawialiśmy o tym, że na pewno wybuchną protesty, dlatego należy ochronę wprowadzić małymi krokami – najpierw w dawnym województwie poznańskim (gdzie w zasadzie niemal ich już nie było), potem stopniowo w reszcie kraju, w tym w newralgicznych miejscach – Białowieży, Karpatach, wschodniej Polsce. O tym, że ustawa powstaje, ale bez zrozumienia i wsparcia mediów i opinii społecznej wilk wymrze lada moment, gdyż już zostało może 150-200 zwierząt. Wymrze, to się stanie w każdej chwili, o ile nic nie zrobimy.
Ostatnia samica dropia padła we wrześniu 1996 r.
To był początek września 1996 r. Wtedy zadzwonił telefon, a prof. Andrzej Bereszyński podniósł słuchawkę. Po chwili rzekł: – Straciliśmy ostatniego dropia. Największego polskiego ptaka.
Dzisiaj jest nim łabędź niemy, ale drop był od łabędzi znacznie większy. Ważył dobre pięć kilogramów więcej, rozpościerał skrzydła na dobre pół metra więcej, a głowę wznosił na ponad metr. Głowę charakterystyczną, z piórami układającymi się w rodzaj wąsów, czujnie wystającą ponad polne i łąkowe trawy i zboża, wśród których drop mieszkał. Wymagał bezleśnych, otwartych terenów takich jak stepy, pola, łąki, zasiewy rzepaku, lucerny czy miękkie rośliny z chwastami między nimi. Towarzyszył bohaterom trylogii Sienkiewicza, był na obrazie Chełmońskiego, jeszcze w latach osiemdziesiątych grupy dropi można było zobaczyć w Wielkopolsce.
Gdy wybuchała druga wojna światowa, udało się naliczyć w Polsce 700 dropi. W 1960 r. było ich już tylko czterysta, w 1975 r. mieliśmy 123 sztuki, a w latach osiemdziesiątych – ostatnie dwadzieścia. W 1989 r. widziano ostatniego dropia na wolności. Po kilku latach istniała już tylko zamknięta hodowla w Stobnicy koło Obornik pod Poznaniem. I to tam we wrześniu 1996 r. zginęła ostatnia kura.
Dropie przetrwały w Niemczech, Austrii, Węgrzech
Owszem, pojawiały się informacje o pojedynczych dropiach widzianych w różnych miejscach kraju nawet w XXI w., np. w 2016 r. pod Cichawą koło Krakowa i w 2018 r. w Lubuskiem, ale jako gatunek drop w Polsce nie przetrwał. Ostatnie informacje o tym jakoby maszerował gdzieś w Polsce były primaaprilisowym żartem.
Drop idealnie się na taki żart nadaje, bo stał się ptakiem widomo i z racji tego, że wymarł, ale jednak niektórzy wciąż go pamiętają i o nim słyszeli, pamięć o nim nie zginęła. To idealna pożywka do tego, by drop stał się ptakiem kultowym. A to z kolei prowadzi do prób wskrzeszenia go u nas. Takie pomysły są i w Pławinie, na terenie Natura 2000, powstała stacja hodowli dropi. To przygotowania do jego powrotu do polskiej przyrody.
Skoro bowiem dobrze ma się w Niemczech albo w Austrii czy na Węgrzech, to dlaczego u nas nie może?
Różnica między nami a Niemcami, Austrią czy Węgrami jest jednak spora. Dropie są reliktem dawnej fauny stepowej i w środkowej Europie mocno związały się z krajobrazem rolniczym. Czyli akurat tym krajobrazem, który w Polsce ginie najmocniej i którego mieszkańcy najsilniej obrywają. – Drop wymaga odpowiedniej przestrzeni. Paradoksalnie duże pola uprawne mogą mu służyć, o ile znajdą się na nich fragmenty, miedze, gdzie drop może znaleźć swój specyficzny pokarm. To nie tylko nasiona chwastów, ale także owady, zwłaszcza podczas wodzenia młodych. Szansą dla niego jest boom na ekologiczne rolnictwo w Polsce – mówi prof. Piotr Tryjanowski z Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu, który zwraca uwagę także na problem linii energetycznych. One zbierają spore żniwo wśród tych ciężkich ptaków.
Niemcy płacą za znalezione jaja dropi
Niemcy stworzyli na terenach dawnej Niemieckiej Republiki Demokratycznej, które zachowały swój rolniczy charakter, specjalny system dbania o te ptaki. Chodzi głównie o ochronę ich jaj. Dropie budują bardzo proste gniazda w formie dołków czy zagłębień w ziemi. Wyprowadzają zaledwie jeden lęg, albo wiosną, albo w lipcu. Ten lęg składa się z dwóch zaskakująco małych i lekkich jaj. Ważą one niecałe 150 gramów, więc wśród ptaków trudno znaleźć drugi gatunek, który miałby tak ogromną dysproporcję między masą ciała rodzica (kura dropia waży 10 kg, a samiec nawet 16 kg) a jajami. To jednak również sprawia, że takie jaja łatwo mogą paść łupem drapieżników, nie mówiąc o zniszczeniu ich przez maszyny rolnicze podczas prac polowych.
– Lis, jenot, tchórz, kruk chętnie konsumują jaja dropi – zwraca uwagę prof. Tadeusz Mizera, który podkreśla, że niemiecki system ochrony ptaka opiera się właśnie na tym założeniu, że dropie nie będą w stanie wysiedzieć lęgu i wychować piskląt. Stracą większość z nich. Dlatego niemieckie służby ich w tym wyręczają. Jaja są wykrywane w polu, zbożu, na łące, zabierane i wkładane do inkubatorów. Tam następuje wyklucie.
Jaj nie szukają tylko przyrodnicy, ale wszyscy, bo państwo za to płaci. To dobry zarobek i rolnik we wschodnich Niemczech woli zadbać o jaja dropia zamiast je niszczyć. To z kolei sprawia, że drop z pomocą człowieka wyprowadza lęgi sztucznie i nie traci ich na taką skalę, na jaką traciłby je w naturze.

