Wiktor Przybyłek pochodzi z Kalisza, a swoje poważniejsze siatkarskie kroki zaczął stawiać w Gwardii Wrocław oraz Szkole Mistrzostwa Sportowego w Spale. W sezonie 2023/24 środkowy mierzący równo dwa metry wzrostu przeniósł się do pierwszoligowej Lechii Tomaszów Mazowiecki. A co najważniejsze w perspektywie otwarcia 2024 roku, został kapitanem reprezentacji Polski U-20 podczas turnieju EEVZA, gdzie Biało-Czerwoni z kompletem zwycięstw przypieczętowali awans do ME 2024.

Przybyłek opowiedział „Wprost” m.in. jak wygląda układ sił młodzieżowych reprezentacji, jakie problemy mają młodzi-zdolni siatkarze w krajowych ligach, a przy okazji wspomnień ze Spały, za co szczególnie podziwia drużynę trener Nikoli Grbicia.

Rozmowa z Wiktorem Przybyłkiem, kapitanem siatkarskiej reprezentacji Polski U-20

Maciej Piasecki („Wprost”): W Polskę ruszyłeś z rodzinnego Kalisza. Niedawno skończyłeś 19 lat, grasz w młodzieżowej reprezentacji Polski. Szybko się potoczyło.

Wiktor Przybyłek (kapitan reprezentacji Polski siatkarzy U-20): Kiedyś nie myślałem nawet, że będę grał w siatkówkę. Sprawy rzeczywiście potoczyły się jednak w moim życiu błyskawicznie. Szybko trafiłem do kadry Wielkopolski, ktoś mnie tam zauważył, następnie również przy odrobinie szczęścia, dotarłem do młodzieżowej reprezentacji Polski. Później przyszedł czas na SMS w Spale, no i zrobiło się już poważniej, jeśli mowa o siatkówce w moim życiu. Choć nadal jestem na początku tej swojej sportowej drogi.

Pamiętasz pierwszy mecz siatkówki, który obejrzałeś?

Tak, trafiłem akurat wyjątkowo dobrze. To był mecz Niemców z Polakami, kiedy walczyliśmy o awans na igrzyska olimpijskie w 2016 roku.

Do teraz mam dreszcze, jak sobie przypomnę tamten thriller.

To prawda (śmiech).

Właściwie odkąd pamiętam interesowałem się siatkówką. Fajnie się złożyło, bo trener w Kaliszu szukał któregoś razu chłopaków do grania na turniejach międzyszkolnych. Tam się pokazałem i później nie tylko oglądałem siatkówkę w telewizji, ale mogłem zacząć ją też regularnie trenować.

Kalisz kojarzę przede wszystkim z siatkówką żeńską. Chłopakom trudniej się przebić do poważniejszego grania?

Na pewno coś w tym jest. Trudniej chłopakom w Kaliszu grać w siatkówkę głównie ze względu na brak seniorskiego zespołu z prawdziwego zdarzenia. Miejscowi nie stawiają na siatkówkę męską tak, jak w przypadku żeńskiej drużyny. No i wiadomo, do tego dochodzi jeszcze piłka nożna.

Miałem jednak szczęście, że trafiłem do SMS, a dodatkowo wylądowałem w Gwardii Wrocław, gdzie również mogłem rozwijać swoje umiejętności. To wiele mi dało. Więc jestem wdzięczny, że trafiałem i trafiam na odpowiednich ludzi.

Spalska rzeczywistość, jak głosi legenda, bywa monotonne. Potwierdzasz?

Najtrudniejszy jest pierwszy rok pobytu w Spale. Trzeba się przestawić z normalnej codzienności na bardziej monotonne funkcjonowanie, jak słusznie to określiłeś.

W Spale jednak staramy sobie pomagać, raczej chłopaki z takim nastawieniem podchodzą, co do początków każdego, bo wiadomo, że jest ciężko. Zawiązują się przyjaźnie i z czasem okazuje się, że poza siatkówką nie trzeba narzekać na nudę w spalskich lasach. Do tego dużo trenowania, grania, w ostatniej klasie nawet w systemie środa-sobota.

Kiedy poczułeś, że tego talentu jest trochę więcej i przygoda z siatkówką może być poważniejsza?

Na przełomie 2021 i 2022 roku. Zaczynasz grać w szkole, jesteś jednym z elementów trzonu zespołu w SMS. Później w kadrze młodzieżowej również okazuje się, że masz miejsce w wyjściowym składzie. Takie sygnały dodatkowo napędzają do pracy, zdajesz sobie sprawę, że to może iść w dobrym kierunku. Tak było w moim przypadku.

Koledzy z boiska, z którymi debiutowałeś w młodzieżowych kadrach Polski, są w nich do dzisiaj, czy spora część towarzystwa się zmieniła?

Niekoniecznie, raczej nie ma wiele zmian względem tego, co zastałem kilka lat temu. Choć nie mogę też powiedzieć, że nie ma żadnych roszad. Trzon jest jednak zachowany, dzięki czemu z roku na rok tworzymy coraz groźniejszy zespół dla przeciwników.

Turniej w Gorzowie Wielkopolskim, choć zakończyliście z medalami na szyjach i pucharem, można określić mianem eliminacyjnego?

W pewnym sensie to faktycznie były eliminacje. Nazywają się mistrzostwami Europy Wschodniej. Najważniejszym celem było zwycięstwo w całym turnieju, które dawało awans na imprezę główną. To zadanie wykonaliśmy i pojedziemy na mistrzostwa Europy za kilka miesięcy.

Wyróżnisz kogoś szczególnie z kadry U-20?

Maks Granieczny, czyli chłopak, który od tego sezonu zaczął już regularnie grać w PlusLidze w KGHM Cuprum Lubin. Do tego wcześniej był w składzie Jastrzębskiego Węgla, choć tam nie było łatwo o miejsce na boisku, kiedy rywalizujesz z Jakubem Popiwczakiem, czyli jednym z najlepszych w kraju w swoim fachu.

Na pewno spory potencjał ma Kuba Kiedos, bardzo solidnym zawodnikiem jest też obecnie niestety kontuzjowany Bartek Potrykus. Maksiu to na pewno jest taki przykład z naszego zespołu, że mając ogromny talent, można grać w PlusLidze, zbierać bezcenne doświadczenie. Wspomniany Kuba to gracz leworęczny, przyjmujący. Ogrywa się na pierwszoligowym poziomie w Spale. Indywidualnie bardzo dobrze sobie radzi.

Szkoda mi szczególnie Bartka Potrykusa, bo jego kontuzje nie opuszczają. Ten chłopak ma papiery na duże granie, jestem o tym przekonany. Ale wiadomo, potrzeba zdrowia.

A jak to się stało, że zostałeś kapitanem reprezentacji? Najgłośniej krzyczysz w szatni?

Mieliśmy drużynowe spotkanie podczas którego trener wziął każdego z nas na rozmowę. Była tam poruszana kwestia roli kapitana i tego, kto będzie w zespole spełniał tę funkcję najlepiej. Zarówno na boisku, jak i poza nim. Dodatkowo nie był obecny nasz wcześniejszy kapitan Mateusz Szpernalowski, a kontuzja wykluczyła Bartka Potrykusa. Więc padło na mnie.

Już nie bądź taki skromny. Coś z kapitańskiego charakteru musisz w sobie mieć, skoro koledzy ostatecznie postawili na ciebie. Jak się czujesz w takiej roli?

To dla mnie duże wyróżnienie i satysfakcja. Dziękuję chłopakom za zaufanie. Myślę, że dobrze sprawdziłem się w tej roli. Będąc kapitanem tym bardziej nie możesz zawieść kolegów z drużyny, dlatego to jeszcze większa motywacja do jak najlepszych występów.

Raczej dyskutant z sędziami czy wersja spokojnego kapitana?

Bliżej mi do tego drugiego wydania. Na szczęście na turnieju w Gorzowie Wielkopolskim nie było zbyt wielu okazji, żeby wchodzić w dyskusje z arbitrami. Dlatego nie miałem okazji sprawdzić się w takim wydaniu. Zazwyczaj dostosowuję się do sytuacji. Jeśli drużynie potrzebny jest spokój, wyciszenie, to próbuję do tego dążyć. Podobnie w drugą stronę, stanowczość czy chęć rozbudzenia emocji, to też nic złego.

Sztuką w przypadku kapitana jest stopniowanie tych zachowań.

Twoim siatkarskim idolem był Jakub Kochanowski. Nic się nie zmieniło?

Nie.

Wyjaśnisz wybór poza oczywistymi skojarzeniami, czyli Spałą i pozycją na boisku?

Wiadomo, że zawsze bliżej środkowemu do środkowych. A ja na tej pozycji gram właściwie od samego początku.

Co do Kuby Kochanowskiego, to mimo tego, że nie jest wysokim środkowym, w wieku 21 lat był już mistrzem świata w seniorskiej siatkówce. Uważam, że jest jednym z najlepszych graczy na swojej pozycji na świecie. Bardzo imponuje mi to, jak jest szybki, zawsze świetnie przygotowany motorycznie.

Można powiedzieć, że jesteśmy podobnego wzrostu i przyznam, że chciałbym mieć taką motorykę jak Kuba Kochanowski i szybkości na boisku.

Sebastian Pawlik, czyli m.in. trener reprezentacji, w której występujesz, przed kilkoma laty trenował Kochanowskiego, Fornala czy Kwolka. Była okazja porozmawiać o tym „złotym zespole”?

Może nie mieliśmy jakiejś konkretnej rozmowy na temat tamtej świetnej drużyny. Ale w przypadku trenera Pawlika możemy liczyć na wiele podpowiedzi. Dodatkowo odnoszę wrażenie, że szkolenie siatkarskie w Spale uległo zmianie.

Co się zmieniło?

Inaczej gra się w siatkówkę. Pięć lat temu, kiedy w szkole byli wspomniany Kochanowski, Kwolek, Fornal, to wyglądało to pewnie trochę inaczej. Co mam na myśli? Ze swojej perspektywy, czyli środkowego, zauważam szereg elementów, które dodatkowo doszkalamy. Przykładowo praca na tzw. szybkiej piłce, do bloku. Kilka razy już zmieniano u mnie kroki, żebym był jeszcze skuteczniejszy.

Czyli siatkówka jeszcze przyspieszyła?

Tak.

Ale nie wyczuwam zachwytu.

Trzeba się szybciej zwijać, nie ma wyjścia (śmiech).

Jesteś z rocznika 2005. Czy ludzie z takiego pokolenia, załóżmy, urodzonego już w XXI wieku, interesują się na co dzień siatkówką?

Osobiście lubię obejrzeć dobry mecz siatkówki. Nie powiem jednak, że oglądam każdy mecz PlusLigi. Bo też różnie bywa z poziomem tego grania, kiedy spotkają się zespoły z dalszych rejonów tabeli.

Jest też trochę przejedzenie tymi meczami, które są grane praktycznie na okrągło. Tym bardziej, kiedy masz na co dzień do czynienia z treningami czy pobytem w Spale. Człowiek wpada w rytm takiego jednego, wielkiego, ciągłego obozu. Oczywiście mówię to ze swojej perspektywy. Bo domyślam się, że nieporównywalne obciążenia są na tym w pełni zawodowym poziomie. Taka monotonna praca. Choć druga strona jest też taka, że jak ktoś to lubi, to mu taka rzeczywistość pewnie nie przeszkadza.

Czasami jednak, po jakimś dłuższym rytmie siatkarskim, jak w telewizji czy internecie coś tam jest grane, to raczej niekoniecznie siatkówka jest moim pierwszym wyborem.

A rówieśnicy, koledzy z zespołów?

Wygląda to podobnie. Jest sporo chłopaków, którzy interesują się poza siatkówką np. dartem, coraz bardziej popularnym w Polsce. Znajdzie się też grupa, która spogląda w stronę sztuk walki. Nie brakuje rzecz jasna zapaleńców piłkarskich.

Pamiętam, że w czasach mojego pobytu w Spale spotykaliśmy się u kogoś w jednym pokoju i oglądaliśmy np. mundial czy ważny siatkarski turniej. Więc nie jest też tak, że ludzie z naszego pokolenia, tego z początku XXI wieku poruszonego w pytaniu, zupełnie nie chcą oglądać sportu, bo moim zdaniem tak po prostu nie jest.

Wróćmy do reprezentacji Polski U-20. Spoglądając na konkurencję, kogo w przyszłości należy się obawiać?

Bardzo mocną drużynę mają Francuzi. Jest tam paru siatkarzy, którzy już teraz grają w pierwszym składzie we francuskiej lidze.

Najwyższej lidze?

Tak.

Techniczni jak seniorzy?

Mają trójkę chłopaków, którzy robią różnicę na boisku. Jeden z nich to rozgrywający, który ma naprawdę dobre odbicie i do tego jest wysoki. Chłopak nazywa się Amir Tizi-Oualou. Do tego środkowy z bardzo dobrymi warunkami, a dodatkowo, pomimo imponującego wzrostu, jest odpowiednio skoordynowany i ma solidną motorykę. Nazywa się Joris Seddik. A na deser przyjmujący, który już na ten moment swojego grania, moim zdaniem, jest siatkarzem kompletnym. Mam na myśli młodzieżowe granie, ale mam wrażenie, że odnalazłby się też w seniorskiej kadrze, gdyby dostał odpowiednio dużo czasu i cierpliwości, do odpowiedniej adaptacji.

Pamiętasz jak się nazywał?

Jasne, chłopak nazywa się Mathis Henno. To jest syn Huberta Henno, przed laty libero reprezentacji Francji. Mocno utytułowanego gracza.

Z Rosjanami przed wybuchem wojny była okazja się zmierzyć?

Dwa razy graliśmy, właśnie na turnieju rangi wspomnianego wcześniej turnieju EEVZA. Nie zaskoczę tu nikogo, Rosjanie w młodzieżówce sprzed kilku lat, to taka sama historia, jak zazwyczaj – siła, fizyczność – to ich cechowało.

Czego możemy pozazdrościć kilku czołowym reprezentacjom z Europy w młodzieżówce, to fakt, że czołowi siatkarze tych drużyn grają regularnie w swoich klubach na co dzień.

U nas, jak rozumiem, nie ma takiego komfortu?

Jest dużo gorzej. Ważne, żeby młodzi siatkarze mieli okazję do regularnego ogrywania. Nic tak nie pomaga jak obecność na boisku, w rywalizacji o punkty.

Z czego wynika wasz brak grania? Może złe wybory klubów?

Nie chcę tu generalizować. To zależy od wyborów zawodników, od trenera klubowego. Ale nie ukrywajmy, że też liga w Polsce jest mocna, zestawiając ją np. z rozgrywkami we Francji. Jest spora rywalizacja, czasem okazuje się na miejscu, że ktoś może mieć z góry ułożoną hierarchię na pozycji i młodemu siatkarzowi trudno jest się przebić.

Nie zmienia to jednak faktu, że często w tych najmocniejszych kadrach młodzieżowych, z którymi się mierzymy, bez problemu połowa składu gra w seniorskich drużynach i to regularnie, łapiąc doświadczenie.

Kogoś obok Francuzów jeszcze byś dopisał?

Dużym zaskoczeniem na plus w reprezentacjach młodzieżowych są Czesi. Mają w sobie duży potencjał. Jest dwóch graczy z naprawdę dobrymi warunkami fizycznymi. Matej Pastrnak występuje w Karlovarsko w pierwszej szóstce. A drugi jest młodszy od nas o kilka lat (rocznik 2006 dop. eMPe), jest atakującym, nazywa się Tomas Brichta. Chłopak ze świetnym zasięgiem, solidnymi warunkami fizycznymi, będzie to duży gracz.

Nie można też zapominać o Włochach. Choć w zderzeniu z Francuzami to jednak ci drudzy są lepsi, mając na koncie chociażby złoty medal mistrzostw świata. Choć jak przyszło do rywalizacji o bezpośredni awans na ME, jak u nas na turnieju w Gorzowie Wielkopolskim, to Francja pokonała Włochy minimalnie po tie-breaku.

W którym miejscu ustawiłbyś wasz zespół?

Jeśli mielibyśmy do dyspozycji wszystkich zawodników, bez kontuzji, które nas niestety nie omijają, to mam wrażenie, że moglibyśmy się bić z najlepszymi o najwyższe miejsce. Bez żadnych obaw, że możemy z kimś przegrać.

Problemem są te braki kadrowe, które przy niemal każdym ważniejszym turnieju nas dotykają. Gdybyśmy mieli dostępnych Igora Rybaka czy Bartka Potrykusa, to nie widzę powodu dla którego nie mielibyśmy walczyć o najwyższe cele na naszym kontynencie.

Kiedy odbędą się wspomniane mistrzostwa Europy?

Tegoroczne mistrzostwa Europy zostaną rozegrane na przełomie sierpnia-września, miejsce to Serbia i Grecja. Z kim dokładnie zagramy, tego nie wiemy, bo w kwietniu są rozgrywane baraże. Bezpośredni awans wywalczyło bodajże sześć-siedem drużyn, a udział docelowo weźmie szesnaście. I w tej barażowej części, niepewnej awansu, są wspomniani Włosi po porażce z Francuzami.

Sukcesy seniorskiej reprezentacji dodatkowo motywują młodzieżówkę?

Spoglądamy na seniorów, chcielibyśmy też wygrywać, dawać radość Polsce. Dodatkowo wiemy też, jak dobrze radził sobie całkiem niedawno rocznik 2003. Chciałoby się nawiązać również do ich rezultatów. Każdy marzy o tym, żeby później przebić się do pierwszej reprezentacji, choć na dzisiaj wydaje się to być odległe marzenie. Ale po to się też gra, tak uważam, żeby pokonywać kolejne szczeble, grać w coraz lepszych klubach i przede wszystkim reprezentować kraj na arenie międzynarodowej.

Co najbardziej imponuje Wiktorowi Przybyłkowi w zespole trenera Nikoli Grbicia?

Imponująca w reprezentacji Polski siatkarzy jest jej jedność. Można mieć wrażenie, że niezależnie od wyniku kadrowicze są razem jako zespół i mają bardzo dobrą atmosferę. A to się przekłada na późniejsze sukcesy.

Pamiętam, że ten aspekt był widoczny również wtedy, kiedy reprezentacja seniorów miała zgrupowania w Spale. Mijaliśmy się z nimi, obserwowaliśmy ich treningi. No i widać było, jak duży potencjał ma ta drużyna, a przy tym, że oni potrafią ze sobą super działać. I to nie tylko na boisku.

Na to przekłada się też silna PlusLiga, większość siatkarzy nie musi wyjeżdżać poza granice, żeby grać na najwyższym poziomie. Takim przykładem jest z ostatnich lat ZAKSA. Przecież tam grało i gra pół reprezentacji, był też nasz selekcjoner. To zgranie na boisku wypracowane w klubie procentuje na porozumienie w reprezentacji.

Jak rozumiem, przy wizycie seniorskiej kadry, była okazja porozmawiać z idolem?

Nie jestem takim typem człowieka, żeby robić sobie zdjęcie z Kubą Kochanowskim, jak tylko bym go zobaczył na korytarzu (śmiech).

Ale na pewno fajne było to, że do naszych kadrowiczów można było swobodnie podejść, porozmawiać. Byli i są bardzo otwarci. Niektórzy nawet rozdawali sprzęt siatkarski, jak mieli go za dużo. To były takie fajne gesty, które na pewno znaczyły wiele dla takich chłopaków, jak ci młodzieżowych reprezentacji.

Pamiętam, że dochodziło do zabawnych sytuacji, kiedy mówiliśmy do któregoś z naszych reprezentantów per Pan. Od razu było zmniejszenie dystansu, uśmiech i przechodziliśmy na wersję po imieniu, choć wiadomo, to wcale nie było takie proste (śmiech).

Udział
© 2024 Wiadomości. Wszelkie prawa zastrzeżone.