O finalizacji negocjowanej od dawna transakcji pomiędzy Irańczykami a Rosjanami pisze agencja Reutera. Powołując się na sześć anonimowych źródeł, jej dziennikarze twierdzą, że „duże dostawy” irańskich rakiet balistycznych zaczęły się już w styczniu. Mowa o docelowo nawet 400 pociskach rodziny Fateh-110, w tym jednym z ich najnowszych wariantów, Zulfikar (mityczny miecz Mahometa, który prorok przekazał Alemu, pierwszemu szyickiemu imamowi, uznawanemu za najważniejszego świętego w nurcie islamu wyznawanym w Iranie).

Oficjalnie ani Iran, ani Rosja sprawy nie komentują, jak też nie informują o transferze rakiet publicznie. Władze USA informowały o takiej potencjalnej transakcji już wielokrotnie, począwszy od 2022 roku. W styczniu Biały Dom twierdził, że negocjacje są na ostatniej prostej. Według agencji Reutera faktycznie zostały domknięte w grudniu. Jeśli przekazanie kilkuset irańskich rakiet do Rosji jest prawdą, to niedługo powinno być potwierdzenie w postaci użycia ich do ataku na Ukrainę.

Ajatollahowie wspierają Rosję rakietami

Pociski z Iranu, zwłaszcza w takiej liczbie, będą wydatnym wsparciem potencjału Rosjan do przeprowadzania ataków na ukraińskie zaplecze. Nie nową jakością, bo rosyjskie wojsko dysponuje swoimi lepszymi rakietami systemu Iskander, ale ma ich za mało względem potrzeb, a istotne zwiększenie produkcji nie powiodło się od początku wojny. Irańskie rakiety będą więc pomocą ilościową. Umożliwią Rosjanom częściej przeprowadzać ataki na cenne cele, zwłaszcza takie mogące być bronione przez systemy przeciwlotnicze, radzące sobie z irańskimi dronami uderzeniowymi i rakietami manewrującymi. Do tego rakiety balistyczne są idealne do atakowania celów wymagającej szybkiej reakcji. Czyli takich, które mogą szybko zmienić swoją lokalizację. Rakieta balistyczna może pokonać kilkaset kilometrów w kilka-kilkanaście minut, podczas gdy rakiecie manewrującej może to zająć pół godziny albo i więcej. Nie licząc czasu koniecznego do przygotowania odpalenia, który też jest w większości wypadków krótszy.

Dużą niewiadomą pozostaje skuteczność irańskich rakiet. Zwłaszcza ich celność. Irańskie deklaracje na temat bezbłędnej precyzji ich rakiet można zignorować. Nie ma niezależnych źródeł informacji na ten temat. Wśród zachodnich ekspertów od lat toczone są na ten temat spory i dyskusje. Głównym źródłem wiedzy na temat celności rakiet Zulfikar jest atak na bazę Państwa Islamskiego w Deri ez-Zoir w Syrii w 2017 roku. Wystrzelono sześć pocisków, z czego dwie lub cztery wylądowały w rejonie celu. Celność i niezawodność została uznana między innymi przez agencję Janes za niską. Okazało się jednak, że rakiety tego typu mają ponad 700 kilometrów zasięgu, co jest bardzo przyzwoitym wynikiem jak na kategorię rakiet balistycznych krótkiego zasięgu. Pociski Fateh-110 były do tej pory używane tylko do ataków na cele w irackim Kurdystanie, ale nie pojawiły się rzeczowe analizy na temat ich efektów. Zasięg tych rakiet jest szacowany na 300 kilometrów. Celność ma ograniczoną. Pierwsze wersje sprzed 20 lat miały mieć CEP, czyli promień okręgu wokół celu, w którym powinna spaść co druga rakieta, wynoszący 600 metrów. To kiepski wynik. Nowoczesne zachodnie rakiety osiągają takie rzędu kilku metrów. Najnowsza wersja rakiet Fateh-110 pochodzi z 2012 roku i jest czwartą znaną generacją, więc jej celność może być poprawiona, ale jest wątpliwe, aby była porównywalna z zachodnią czy nawet rosyjską.

Przemawia za tym też fakt, że rakiety irańskie i północnokoreańskie mają ze sobą wiele wspólnego. Wszystkie wywodzą się z tych samych chińskich i radzieckich technologii, pozyskanych początkowo w latach 80. i 90. Oba reżimy, które są objęte od dekad sankcjami, musiały rozwijać swoje programy rakietowe bez dostępu do najlepszych światowych technologii, opierając się głównie na wspomnianych starszych rozwiązaniach, wzajemnej współpracy i własnej pomysłowości w działaniu przy bardzo ograniczonych środkach. Zarówno Irańczycy, jak i Koreańczycy z północy osiągnęli w tym zakresie wiele, ale jest bardzo wątpliwe, aby byli w stanie dorównać najlepszym światowym standardom. Zwłaszcza jeśli chodzi o elektronikę układów nawigacyjnych.

Broń reżimów na częściach ze świata demokracji

W tym kontekście bardzo interesujące są wyniki najnowszych analiz szczątków północnokoreańskich rakiet, które od początku stycznia są używane przez Rosjan przeciw Ukrainie. Pisaliśmy wcześniej, co to za pociski i jakie jest ich pochodzenie. Teraz wiadomo więcej na temat właśnie ich systemów elektronicznych, będących kluczowym czynnikiem decydującym o ich celności. Analizowała je brytyjska grupa badawcza Conflict Armament Research, która już wielokrotnie od początku wojny badała różnego rodzaju systemy uzbrojenia używane przez Rosjan w Ukrainie. Głównie drony i rakiety. W połowie stycznia specjaliści CAR po raz pierwszy zapoznali się ze szczątkami rakiety, która spadła na Charków 2 stycznia. Po elementach konstrukcyjnych i napisach oraz oznaczeniach we wnętrzu zidentyfikowali ją jako północnokoreańską KN-23 lub KN-24. Oba typy mają wspólną cześć napędową i różnią się umieszczonymi na niej stopniami bojowymi z głowicami oraz elektroniką.

Na przełomie stycznia i lutego zespół CAR uzyskał też dostęp do fragmentów elektroniki tej samej rakiety, pozbieranych z miejsca upadku w Charkowie. Większość ma pochodzić z systemu nawigacji bezwładnościowej, która odpowiada za naprowadzanie rakiety na podstawie analizy jej ruchów w przestrzeni. Raport skupia się na pochodzeniu części użytych do jego skonstruowania. Zidentyfikowano 290 różnych komponentów, z czego aż 75,5 procent to produkty firm zarejestrowanych w USA. Kolejne 16 procent z Europy Zachodniej (Niemcy, Szwajcaria i Holandia), a jedynie pozostałe dziewięć procent z krajów azjatyckich. Przy czym ze względnie przychylnych Chin jedynie dwa procent. Reszta to mało przychylne lub wręcz wrogie Singapur, Japonia i Tajwan.

Dodatkowo połowa z elementów miała zachowane pełne oznaczenia, co umożliwiło stwierdzenie, że 75 procent z nich wyprodukowano w latach 2021-23. Na tej podstawie specjaliści CAR szacują, że rakieta musiała zostać wyprodukowana nie wcześniej niż w marcu 2023 roku. Jak doprecyzował w odpowiedzi na pytania Gazeta.pl zastępca dyrektora operacyjnego CAR Damien Spleeters, stan badanych elementów nie pozwolił na wyciąganie żadnych wniosków na temat jakości północnokoreańskiej produkcji czy osiągów rakiety.

Na ten temat nieco wypowiedzieli się ci, którzy są nimi atakowani, czyli Ukraińcy. 16 lutego mówił o tym na konferencji prasowej prokurator generalny Andrij Kostin. Według niego na 24 zidentyfikowane północnokoreańskie rakiety KN-23/24 wystrzelone przez Rosjan na Ukrainę, tylko dwie osiągnęły „względną celność” i trafiły w pobliżu domniemanych celów na terenie niesprecyzowanej rafinerii oraz lotniska. Kostin nazwał ich niezawodność i celność „dyskusyjnymi”. Niezależnie od tego, spadłszy gdzieś w rejonie swoich celów, miały zabić łącznie 17 cywilów i ranić 70.

Można się spodziewać, że jakość irańskich rakiet będzie tej samej kategorii co północnokoreańskich, choć Irańczycy mieli okazje do przetestowania ich w warunkach przypominających bojowe. Oba państwa są obłożone podobnymi sankcjami na dostawy uzbrojenia oraz produktów i technologii cywilnych mogących zostać zastosowanych do jego produkcji. Choć jak widać na przykładzie analizy części północnokoreańskiej rakiety, są one tylko częściowo skuteczne. Proste elementy elektroniczne produkcji zachodniej i tak są sprowadzane przez sieci pośredników. Można je znaleźć zarówno w uzbrojeniu rosyjskim, jak i irańskim, a teraz też wiadomo o północnokoreańskim. Skuteczna kontrola obrotu tego rodzaju produktami pozostaje na razie nieosiągalna w warunkach globalizacji.

Udział
© 2024 Wiadomości. Wszelkie prawa zastrzeżone.