
W najbliższą niedzielę Krakowianie zdecydują o politycznej przyszłości Aleksandra Miszalskiego. Odwołanie prezydenta Krakowa ze stanowiska jest realne, a nawet prawdopodobne – tak sugerują najnowsze sondaże. Jeszcze rok temu taki scenariusz wydawał się niemożliwy. W sierpniu 2025 r. Miszalski cieszył się silnym poparciem. Ponad 30 proc. mieszkańców oceniało go pozytywnie, a kolejne 40 proc. zachowywało wobec niego neutralności.
Gdyby trzeba było jednak wskazać moment, w którym „narodziła się idea” krakowskiego referendum, byłby to właśnie sierpień 2025 r.
To wtedy Aleksander Miszalski opublikował w sieci nagranie, na którym tańczy na dachu urzędu, tuż pod polską flagą, a w tle słychać anglojęzyczny utwór, którego tekst w tłumaczeniu brzmi: „Nawet nie będę się wściekać, jestem młody, czarny i bogaty”. Coś w wizerunku Miszalskiego pęka, a on sam po raz pierwszy musi się zmierzyć z falą krytyki.
I choć prezydent wrzucił do sieci setki filmików, ten jeden przylgnął do niego na stałe. Doszło nawet do tego, że sam Jacek Majchrowski (rządził Krakowem 22 lata) poprosił Miszalskiego, by więcej tego nie robił.
Podążanie prezydenta Krakowa za internetowymi trendami być może było oryginalnym sposobem na budowanie wizerunku, ale nie było odpowiedzią na narastające problemy miasta. W prywatnych rozmowach z najbliższymi współpracownikami sam Miszalski przyznał później, że ta rolka była błędem. Pierwszym z wielu, które doprowadziły do referendum.
Jak wynika z sondaży Ogólnopolskiej Grupy Badawczej (OGB), wizerunkowa machina prezydenta zacina się na przełomie listopada i grudnia zeszłego roku, a sondaże zaczynają spadać.
Z miesiąca na miesiąc gwałtownie kurczy się grupa zadowolonych Krakowian, a przybywa tych, którzy prezydenturę oceniają źle. Liczby mówią same za siebie. Jeszcze na początku roku negatywne zdanie o Miszalskim miało 41,7 proc. mieszkańców, ale już w lutym było to blisko 60 proc.
Analogicznie w tym czasie topniało poparcie. W styczniu dobrą ocenę wystawiło Miszalskiemu 26 proc. badanych, a zaledwie miesiąc później co piąty krakowianin (20 proc.).
Tąpnięcie w sondażach nie było dziełem przypadku, a zbiegło się z potężnym uderzeniem w kieszenie Krakowian: podwyżka opłat za śmieci, wyższy podatek od nieruchomości, zapowiedzi podwyżki cen biletów, opłat za wodę oraz wydłużenie godzin funkcjonowania strefy płatnego parkowania i nowe, wyższe opłaty.
– To rzeczywiście był moment kumulacji wielu trudnych zmian i to mój błąd – powie z perspektywy czasu Miszalski w wywiadzie dla LoveKrakow.
Spór o Strefę Czystego Transportu
Czarę goryczy przelała jednak dyskusja o Strefie Czystego Transportu, która działa w Krakowie od stycznia i swoim obszarem objęła ponad 60 proc. obszaru miasta. Pojawiły się ogromne emocje, a mieszkańcy w konsultacjach społecznych złożyli blisko 20 tys. uwag. Te zostały zignorowane, a urzędnicy tłumaczyli, że zdanie Krakowian było „sprzeczne z ideą Strefy Czystego Transportu”.
Miszalski bagatelizował też styczniowe protesty mieszkańców. – Zaskoczyła mnie ta fala. W największym wzięło udział może tysiąc osób, pod magistratem kilkanaście. Myślałem, że będzie ich więcej – mówił prezydent Krakowa w połowie stycznia w wywiadzie dla Interii.
Zaledwie kilkanaście dni po tej wypowiedzi oficjalnie ogłoszono zbiórkę podpisów pod wnioskiem o odwołanie prezydenta i Rady Miasta, a ekipa Miszalskiego, mimo krążących w kuluarach plotek, była nieprzygotowana na taki obrót sytuacji.
Prezydent Miszalski przekonywał, że sami Krakowianie nazywają tę inicjatywę „politycznym referendum nienawiści”. Sugerował, że za akcją stoją wyłącznie „przegrani ostatnich wyborów” oraz środowiska skrajnej prawicy, dla których referendum ma być jedynie polityczną „dogrywką”. „Nie mogą pogodzić się z przegraną, o moim odwołaniu mówili jeszcze przed zaprzysiężeniem” – pisał prezydent.
Podczas konferencji prasowej poszedł o krok dalej i zadał retoryczne pytanie: „Skąd ci biedni obywatele mają setki tysięcy, a może miliony złotych na kampanię hejtu, którą obserwujemy? Kto to finansuje?”.
Kwestia finansów rzeczywiście stała się tematem przewodnim debaty o referendum, ale uderzyła w samego Miszalskiego. Zaledwie kilkanaście godzin po starcie zbiórki podpisów.
Interia ujawniła, że miasto zamierza przeznaczyć ponad 1,5 mln zł na druk urzędowej gazety. Nakład ma wynieść 220 tys. egzemplarzy, z czego 200 tys. ma trafić bezpośrednio do skrzynek pocztowych mieszkańców. Wywołało to falę krytyki.
Jednocześnie teoria o „politycznej dogrywce” zaczęła pękać w starciu z rzeczywistością. Skala niezadowolenia mieszkańców okazała się autentyczna i masowa: 5 tys. podpisów w pierwszych godzinach i 20 tys. w cztery dni. Do wolontariuszy ustawiały się kolejki, których nie dało się wytłumaczyć wyłącznie partyjną mobilizacją. Ostatecznie pod wnioskiem o referendum podpisało się 134,5 tys. osób.
Zaledwie dwa dni po starcie zbiórki podpisów magistrat przeszedł do medialnej ofensywy. Na specjalnej konferencji Aleksander Miszalski wraz z zastępcami roztaczali wizję Krakowa jutra: budowa metra, inwestycje osiedlowe oraz inicjatywa „Da się!”. Rok 2026 ma być dla mieszkańców czasem nowych projektów i kończeniem wielkich inwestycji.
Kiedy prezydent kreślił optymistyczne plany, jego zaplecze polityczne postawiło na zniechęcanie obywateli do udziału w inicjatywie referendalnej. Radny Koalicji Obywatelskiej Bartłomiej Kocurek ostrzegał w sieci przed podawaniem numeru PESEL „ankieterom”, sugerując ryzyko wyłudzeń. Wpis opatrzył grafiką przedstawiającą postać z wampirzymi zębami, łudząco podobną do jednego z organizatorów referendum, Wojciecha Jakubowskiego. Gdy w dyskusję włączył się przedsiębiorca Mariusz Szczygieł, radny życzył mu „spadającej sprzedaży”.
Sam Jakubowski zresztą wytoczył potem Kocurkowi proces, a sąd nakazał radnemu sprostowanie nieprawdziwych informacji, które rozpowszechniał.
W podobnym tonie wypowiadał się Bogusław Kośmider, polityk Koalicji Obywatelskiej i prezes miejskiej spółki KHK. Polityk grzmiał o „obrzydliwych atakach” i zapowiadał procesy. Straszył „spoconych i przerażonych młodych ludzi” upublicznieniem ich danych.
„Wielka korekta” i wyciszenie sporu
Tymczasem wraz z lawinowo rosnącą liczbą podpisów pod wnioskiem o referendum, Aleksander Miszalski zaczął gwałtownie wycofywać się ze swoich wcześniejszych decyzji. W połowie lutego zapowiedział „wielką korektę” Strefy Czystego Transportu, a niedługo później przyznał, że forsowane zmiany w strefie płatnego parkowania były pójściem „o krok za daleko”. Z kolei podwyżki cen biletów autobusowych i tramwajowych, choć ostatecznie weszły w życie, okazały się znacznie łagodniejsze, niż pierwotnie planowano.
Choć inicjatorzy referendum na zebranie podpisów mieli ustawowe 60 dni, zakończyli zbiórkę znacznie wcześniej, w połowie marca. Od tego momentu temat w Krakowie zaczął wyraźnie przycichać.
Prezydent Miszalski ruszył w teren w ramach „Ławki Dialogu”, odwiedzając kolejne dzielnice i chwaląc się w sieci sukcesami, a referendalne emocje powoli opadały. Wyraźny spadek temperatury sporu widać było choćby w mediach społecznościowych. W kwietniu fala negatywnych komentarzy pod wpisami prezydenta była zdecydowanie mniejsza niż w lutym czy marcu.
Tym większym wstrząsem dla Koalicji Obywatelskiej okazały się wyniki wewnętrznego sondażu, zamówionego przez partię przeprowadzony pod koniec kwietnia. Wynikało z niego, że frekwencja – od której zależy ważność głosowania – balansuje na niebezpiecznej dla przyszłości Miszalskiego granicy.
Referendalne nastroje ponownie zaczęły rosnąć, kiedy na początku maja podczas meczu Wisły Kraków z Chrobrym Głogów decydującym o powrocie krakowskiego klubu do piłkarskiej elity, ktoś wywiesił transparent z napisem: „Prezydencie od nas druga szansa. Na referendum nie idziemy”.
Profil „Sok z Buraka” sympatyzujący z Koalicją Obywatelską natychmiast poinformował, że „kibice murem stanęli za urzędującym prezydentem”, a lokalni politycy KO zaczęli zamieszczać w swoich mediach społecznościowych zdjęcie transparentu.
Ostatecznie płachta wisiała na płocie przez kilka minut, ale wywołała spore emocje w środowisku kibicowskim, a wielu sympatyków „Białej Gwiazdy” zaczęło się publicznie od niej odcinać. W odpowiedzi kibice Cracovii i Hutnika podczas meczów swoich drużyn wywiesili transparenty zachęcające do pójścia do referendum.
21 maja na kilka dni przed niedzielnym referendum w Krakowie miała odbyć się nadzwyczajna sesja Rady Miasta. Miały na niej paść pytania o plan ogólny Krakowa (wpłynęło do niego ponad 20 tys. uwag), który zdecyduje o tym, co i gdzie będzie mogło w mieście powstać. Dokument miał być upubliczniony w styczniu, ale ruszyła zbiórka podpisów pod referendum i go nie pokazano.
Do sesji jednak nie doszło, bo radni Koalicji Obywatelskiej i Nowej Lewicy nie przyszli, a bez nich nie było kworum. Na sali obrad zabrakło także samego Miszalskiego.
Gra o frekwencję. „Zostańcie w domu”
Aby wyniki głosowania były wiążące, do urn musi pójść co najmniej 158 555 mieszkańców w przypadku karty dotyczącej odwołania prezydenta miasta oraz 179 792 mieszkańców w przypadku odwołania rady miejskiej. Najnowsze sondaże OGB pokazują, że do urn referendalnych ma pójść 27-33 proc. mieszkańców.
Na ostatniej prostej prezydent Miszalski apeluje do mieszkańców: „Zostańcie w domu”.
„Dlatego proszę nie bierzcie udziału w tym referendum. Poczekajcie z oceną mojego urzędowania do wyborów. Wtedy – jeśli okaże się, że Was zawiodłem, pokażecie mi czerwoną kartę. Dziś chciałbym wbiec na drugą połowę tego meczu – napisał Miszalski na kilkanaście godzin przed rozpoczęciem ciszy referendalnej.
Chcesz porozmawiać z autorem? Napisz: dawid.serafin@firma.interia.pl

