Analityk w rozmowie z Gazeta.pl podkreśla, że istotne w tym przypadku jest zrozumienie kontekstu wypowiedzi francuskiego prezydenta. W poniedziałek odbyło się w Paryżu spotkanie przywódców 20 państw europejskich, tematem była wojna w Ukrainie i to, co Europa powinna robić dalej w jej kwestii.

Jak zaznacza Maślanka, pierwszy temat żołnierzy NATO w Ukrainie poruszył po spotkaniu premier Słowacji Robert Fico, znany ze sceptycznego nastawienia do wspierania Ukraińców i sympatii prorosyjskich. Była to wypowiedź skierowana do odbiorców słowackich w tonie ostrzeżenia przed jego zdaniem niebezpiecznymi pomysłami pojawiającymi się w trakcie dyskusji za zamkniętymi drzwiami.

Na późniejszej konferencji prasowej prezydent Francji został o tę kwestię zapytany. – Macron jako gospodarz spotkania tylko potwierdził, że taki temat był poruszany – mówi Maślanka. Dokładna wypowiedź prezydenta Francji brzmiała: „Na obecnym etapie nie ma konsensusu w kwestii wysyłania wojsk do Ukrainy. Nic nie powinno być jednak wykluczone. Zrobimy wszystko, co konieczne, żeby Rosja nie wygrała”. – I co istotniejsze dodał, że Francja nie była wśród państw, które się sprzeciwiały pomysłowi na wysyłanie żołnierzy NATO do Ukrainy – dodaje Maślanka.

Wiele pieczeni na jednym ogniu

Zdaniem analityka taki przekaz był skierowany pod cztery adresy. Po pierwsze do Berlina. – To element rywalizacji o rolę największego europejskiego sojusznika Ukrainy. Taka odpłata między innymi za niemieckie sugestie, że Francja pomaga mniej i jest mało zaangażowana – mówi Maślanka. Niemcy od razu deklarowali, że absolutnie nie ma mowy o bezpośrednim zaangażowaniu się NATO w wojnę, a kanclerz Olaf Scholz aż sam szybko napisał to na X (niegdyś Twitter). W ten sposób sami mocno pokazali, że ich wsparcie dla Ukrainy ma wyraźne granice.

Drugim adresatem zdaniem Maślanki były USA, które mają problem z przegłosowaniem przez Kongres dalszego finansowania wsparcia dla Ukrainy, oraz mogą pod koniec roku wybrać na prezydenta Donalda Trumpa, sceptycznego wobec NATO i pomocy dla Kijowa. – Macron dał w ten sposób do zrozumienia Waszyngtonowi, że jeśli ten przestanie się angażować we wspieranie Ukrainy i szerzej europejskich sojuszników, to ci przestaną respektować czerwone linie nakreślone przez USA i zaczną grać według własnych reguł – mówi analityk. Administracja Joe Bidena stoi bowiem na stanowisku, że nie ma mowy o bezpośrednim zaangażowaniu NATO w konflikt. Sam prezydent deklarował to wielokrotnie.

Trzeci odbiorca przekazu Francuza to Moskwa. – Jeśli chodzi o Rosjan, to po pierwsze chodzi o wprowadzenie dwuznaczności strategicznej. Czyli sprawienie, aby przeciwnik nigdy nie mógł być pewien tego, jaka będzie nasza reakcja – tłumaczy Maślanka. Wypowiedź Macrona celowo nie było jednoznaczna. Nie powiedział, że NATO wyśle wojsko do Ukrainy, ale też powiedział, że nie jest to wykluczone. Generalnie „to zależy” i to Rosjanie mają się zastanawiać od czego.

W ocenie analityka OSW Macron mógł chcieć to zrobić szczególnie teraz, w kontekście wzrostu napięcia wokół Mołdawii. W ostatnich dniach nasiliły się bowiem spekulacje na temat ewentualnego wystąpienia władz separatystycznej republiki Naddniestrza z prośbą o aneksję przez Rosję. – Paryż ma ambicję, aby to UE była gwarantem bezpieczeństwa Mołdawii i próby jej destabilizacji przez Rosję mogą być jakąś czerwoną linią – mówi Maślanka. – Może też chodzić o trudną sytuację na froncie w Ukrainie i chęć podkreślenia, że jakieś potencjalne duże sukcesy Rosjan mogłyby zmienić reguły gry – dodaje.

Ostatnim adresatem wypowiedzi Macrona mogą być zdaniem analityka stolice państw Europy Środkowej, w których utrzymuje się niepewność co do postawy Francji wobec Rosji, po tym jak w początkowej fazie rosyjskiej agresji prezydent Francji mówił dużo o konieczności negocjacji z Moskwą i szukania rozwiązania dyplomatycznego. Co było postrzegane jako przejaw słabości i niezrozumienia sytuacji. – W tym kontekście Macron mógł chcieć zasygnalizować brak skłonności do uległości wobec Rosji – uważa analityk.

Wypowiedź z problemami, ale też z sensem

Według Maślanki słowa Macrona, zwłaszcza te o braku automatycznego francuskiego sprzeciwu dla pomysłu wysłania żołnierzy NATO do Ukrainy, nie były dziełem przypadku i nie są przejawem jakiegoś gwałtownego zwrotu polityki Francji. – To efekt ewolucji jego postawy wobec Rosji. Po pierwsze przekonania podjętego pod koniec 2022 roku, że droga do wynegocjowania pokoju z Rosją jest bardzo odległa i bez znalezienia się Kremla pod ścianą nie ma co na to liczyć – mówi analityk OSW. Po drugie to efekt poważnej niepewności co do postawy USA w kwestii NATO oraz sojuszu z Europą. – To z jednej strony szansa dla promowanej od lat przez Macrona koncepcji europejskiej niezależności strategicznej, ale z drugiej strony to jednak zagrożenie, bo w krótkim okresie wycofanie się USA oznaczałoby bardzo poważny ubytek potencjału NATO w sytuacji niewykluczonego konfliktu z Rosją – opisuje Maślanka.

Nie jest jednak tak, że słowa Macrona mają wielką moc i faktycznie z miejsca zmieniły reguły gry albo zmusiły któregoś z adresatów do poważniejszej reakcji. – Problem z jego deklaracją jest taki, że ma ona problematyczną wiarygodność. Po pierwsze ze względu na jednak ograniczone wsparcie Francji dla Ukrainy – mówi Maślanka. Dokładne dane są trudne do ustalenia, ponieważ w przeciwieństwie do na przykład Niemiec, Francuzi w ograniczonym stopniu informują publicznie o broni przekazanej Ukrainie. Jest jednak bardzo prawdopodobne, że Francja nie jest nawet na podium wśród państw europejskich w tej kwestii.

– Druga kwestia osłabiająca siłę wypowiedzi Macrona to ograniczony potencjał francuskich wojsk lądowych. Choć całościowo nie ulega wątpliwości, że Francja jest najsilniejszym militarnie państwem europejskiego NATO, to jej wojska lądowe, kluczowe w przypadku potencjalnego zaangażowania w Ukrainie, liczą tylko 77 tysięcy ludzi i nie ma planów ich rozbudowy ilościowej – mówi Maślanka. Analityk tłumaczy, że Francuzi nie mają zamiaru zmieniać swojej długofalowej strategii oparcia swojego bezpieczeństwa przede wszystkim o arsenał jądrowy, przy jednoczesnym utrzymaniu ograniczonej zdolności wojsk lądowych do wystawienia około jednej dywizji do wsparcia obrony wschodnich granic NATO. – To też przekłada się na brak istotnego zwiększenia zamówień dla krajowego przemysłu zbrojeniowego, którego potencjał miałby też znaczenie w kontekście pomocy dla Ukrainy – dodaje analityk.

W kontekście wypowiedzi Macrona i rozważań na temat zaangażowania NATO w Ukrainie Maślanka dodaje, iż trzeba pamiętać, że żołnierze Sojuszu nie musieliby automatycznie trafić na front celem bezpośredniego udziału w walkach z Rosjanami. – Mogliby na przykład uczestniczyć w szkoleniach Ukraińców i byłoby to w pełni legalne. Rosja stanęłaby przed dylematem, czy w takiej sytuacji ryzykować przeprowadzanie ataków mogących skutkować trafieniem członków sił NATO – opisuje i dodaje, że to właśnie element gry niepewnością i zmuszania Kremla do podejmowania trudnych decyzji w niekomfortowych warunkach.

– Sądząc po reakcji na słowa Macrona, uczestnicy rozmów w Paryżu nie byli przygotowani na otwarte poruszenie tego tematu. Jednak wprowadzenie go do dyskursu publicznego i zasianie owej niepewności na Kremlu, należy uznać za jak najbardziej prawidłowe – stwierdza Maślanka.

Udział
© 2024 Wiadomości. Wszelkie prawa zastrzeżone.