
-
Środowisko Mateusza Morawieckiego powołało stowarzyszenie Rozwój Plus, co spotkało się z reakcją Prezydium Komitetu Politycznego PiS w postaci oświadczenia o zakazie udziału członków PiS w innych organizacjach politycznych.
-
Nastroje w PiS pogorszyły się po braku tzw. efektu Nawrockiego oraz nasileniu wewnętrznej walki między frakcjami „maślarzy” i „harcerzy”.
-
Jeśli Mateusz Morawiecki i jego zwolennicy zostaną usunięci z PiS, będzie to największy rozłam w tej partii od kilkunastu lat.
-
Więcej ważnych informacji znajdziesz na stronie głównej Interii
Czy rzeczywiście Prawo i Sprawiedliwość znalazło się na krawędzi rozłamu? Tak w części mediów, zwłaszcza tych krytycznych wobec PiS, odebrano decyzję środowiska Mateusza Morawieckiego o powołaniu stowarzyszenia Rozwój Plus oraz będącego reakcją na to czwartkowego oświadczenia Prezydium Komitetu Politycznego tej partii.
Wedle niego w partii obowiązuje „zakaz udziału członków PiS w innych organizacjach politycznych, zwłaszcza tych, których interesy są sprzeczne z funkcjonowaniem naszej formacji politycznej”.
Jednak to dopiero najbliższe dni przesądzą, czy rzeczywiście Jarosław Kaczyński zdecyduje się na usunięcie z szeregów PiS Mateusza Morawieckiego oraz jego zwolenników. Jeśli tak się stanie, to będzie to największy od kilkunastu lat rozłam w dziejach tej formacji. Być może nawet największy w jej całej, liczącej już ćwierć wieku, historii.
Cierpliwość Morawieckiego
Poprzedni duży rozłam miał miejsce po przegranych przez PiS wyborach parlamentarnych w 2011 r., które zapewniły Donaldowi Tuskowi i koalicji PO-PSL drugą kadencję rządów. Wówczas głównymi organizatorami secesji byli trzej europosłowie:
Do stworzonej przez nich w marcu 2012 r. nowej partii Solidarna Polska przeszło wówczas 16 posłów i jeden senator, wszyscy wybrani z list PiS. Jednak formacja ta nie odniosła wyraźniejszych sukcesów w rywalizacji z PiS o sympatię prawicowego elektoratu i po czterech latach Ziobro zmuszony był porozumieć się z Kaczyńskim, by wejść wraz ze swoimi współpracownikami do kolejnego Sejmu.
Ziobryści odgrywali istotną rolę w podczas ośmiu lat rządów PiS, ale prezes Kaczyński konsekwentnie odmawiał im zgody na ponowne scalenie. Możliwość powrotu do PiS otrzymali dopiero w 2024 r., gdy Suwerenna Polska (nowa nazwa Solidarnej Polski) ostatecznie wróciła do swoich korzeni. Co jednak znamienne, wówczas Mateusz Morawiecki – od ponad dekady pozostający w ostrym sporze z Ziobrą – nie ośmielił się otwarcie przeciw temu zaprotestować. Mimo że powrót ziobrystów do PiS oznaczał wzmocnienie radykalnego, prawicowego skrzydła tej partii.
Były premier, jak się wydaje, wciąż wówczas jeszcze liczył, że Kaczyński wysunie jego kandydaturę na prezydenta. Gdy jednak stało się inaczej, znów stłumił swoje ambicje, zdając sobie sprawę, że w przypadku krytyki zostałby później oskarżony o spowodowanie ewentualnej porażki Karola Nawrockiego.
Paradoks czerwcowego sukcesu
Zwycięstwo kandydata PiS w wyborach prezydenckich miało wzmocnić sondażowe poparcie dla tej formacji, rozbić koalicję rządową i doprowadzić do przedterminowych wyborów parlamentarnych. Nic takiego jednak nie nastąpiło.
Beneficjentem fali radykalizmu, jaką wywołał sukces Nawrockiego, stał się z jednej strony Grzegorz Braun, z drugiej zaś – paradoksalnie – Donald Tusk i KO. Zdegustowani, a w wielu przypadkach wręcz przerażeni tym, co sobą reprezentuje nowy prezydent, Polacy o umiarkowanych, centrowych poglądach skonsolidowali się wokół premiera, ratując go przed rozliczeniem za przegraną Rafała Trzaskowskiego. W efekcie KO umocniła się w roli lidera partyjnych sondaży.
Rozczarowanie brakiem tzw. efektu Nawrockiego pogorszyło nastroje w PiS, gdzie nasiliła się walka wewnętrzna między frakcjami „maślarzy” i „harcerzy”. Ma ona nie tylko wymiar czysto personalnego konfliktu, sięgającego korzeniami do okresu sprzed 2023 r., gdy Morawiecki wielokrotnie spierał się nie tylko z ziobrystami, ale i z wicepremierem Jackiem Sasinem oraz innymi wpływowymi politykami z najbliższego otoczenia prezesa Kaczyńskiego. Chodzi w niej także o wybór odmiennych taktyk przed wyborami w 2027 r.
Otwarcie mówił o tym ostatnio w wywiadzie radiowym Ryszard Terlecki, niegdyś należący do najbardziej zaufanych współpracowników lidera PiS, dziś zaś związany z Morawieckim i otwarcie deklarujący zaangażowanie w stowarzyszenie Rozwój Plus:
Wprawdzie trudno mi sobie wyobrazić Ryszarda Terleckiego w roli politycznego „gołębia”, ale nie można odmówić logiki temu, co mówi w sprawie konieczności równoległego oddziaływania przez PiS zarówno na wyborców o wyraziście prawicowych, jak i centrowych poglądach. Tylko w ten sposób PiS może odzyskać około 10 proc. poparcia, które w świetle obecnych sondaży straciło od czasu wyborów w 2023 r.
Dlatego gdy Przemysław Czarnek został oficjalnie namaszczony jako kandydat PiS na premiera, Morawiecki zachował się racjonalnie, próbując swoją publiczną aktywnością równoważyć polityka, który nie ukrywa, że próbuje nadać PiS jeszcze bardziej prawicowy charakter.
Jednak nerwowa reakcja prezesa Kaczyńskiego na informację o wykonaniu przez byłego premiera kolejnego kroku, jakim było utworzenie stowarzyszenia, pokazuje, że nie jest to strategia zaakceptowana na Nowogrodzkiej. Chyba że ktoś wierzy w spiskową teorię, wedle której cały konflikt został wyreżyserowany przez Kaczyńskiego (wedle innych przez Adama Bielana) po to, aby wypchnięty z PiS Morawiecki stworzył nową Trzecią Drogę, która następnie idąc odrębnie do wyborów, dostarczyłaby po nich mandatów poselskich niezbędnych do stworzenia nowej koalicji rządowej.
Szkopuł w tym, że narastający od dawna spór między „harcerzami” Morawieckiego a skręcającą w prawo resztą partii jest autentyczny. Pozostaje pytanie, jak zostanie rozwiązany.
Długą drogę polityczną Jarosława Kaczyńskiego, który zawsze był politycznym „jastrzębiem” (i to bardzo agresywnym), cechowała dotąd pewna prawidłowość. Otóż tolerował on w swoim otoczeniu „gołębie” tylko wtedy, gdy był przy władzy i potrzebował ich do jej utrzymania.
Najlepiej pokazała to historia jego relacji z „gołębim” Porozumieniem Jarosława Gowina, które tolerował aż do czasu, gdy w 2020 r. jego lider nie odważył się przeciwstawić Kaczyńskiemu w okresie pandemii w sprawie tzw. wyborów kopertowych, w których lider PiS upatrywał najpewniejszego sposobu na zapewnienie reelekcji Andrzejowi Dudzie. Później Porozumienie zostało przez Kaczyńskiego rozbite z pomocą tych samych metod, jakimi kilkanaście lat wcześniej zdezintegrował LPR Giertycha i „Samoobronę” Leppera.
Gdy jednak Kaczyński znajdował się w opozycji, wówczas wszelkich oponentów starał się eliminować jak najszybciej. Tak, aby nie przetrwali w partii do chwili, gdy znów przejmie władzę. Bo wówczas ich bunt mógłby pozbawić Kaczyńskiego większości. Dlatego po przegranych wyborach w 2007 szybko wyeliminował trzech zbuntowanych wiceprezesów PiS (Ludwika Dorna, Pawła Zalewskiego i Kazimierza Ujazdowskiego), którzy nigdy już – inaczej niż Ziobro i Kurski – nie powrócili do partii.
Jeśli prezes PiS nadal hołduje tej metodzie, to Morawiecki i jego ludzie już niedługo mogą zostać z partii wykluczeni. Poprzedzą to najpewniej indywidualne rozmowy, w trakcie których Kaczyński i wyznaczeni przez niego pretorianie będą próbowali przekonać, szacowaną obecnie na około 40, grupę parlamentarzystów deklarujących gotowość przystąpienia do stowarzyszenie Rozwój Plus, które Prezydium Komitetu Politycznego PiS uznało wczoraj za wrogie przedsięwzięcie.
Eliminacja umiarkowanego skrzydła partii da Czarnkowi możliwość zrzucenia na Morawieckiego i jego ludzi odpowiedzialności za różne zobowiązania – w rodzaju systemu ETS-2 – jakie zostały nałożone na Polskę podczas rządów PiS. Dziś Czarnek musi się bowiem w tej, i wielu innych sprawach, wić jak piskorz w ogniu zarzutów padających ze strony konfederatów i wyznawców Brauna.
Kiedy Morawiecki okaże się szpiegiem Tuska
Były premier zdaje się liczyć z próbą wykreowania go na kozła ofiarnego i – aby utrudnić Nowogrodzkiej tę operację – zrobi wszystko, aby opóźnić moment odejścia z PiS. Dlatego w czwartek wieczorem, gdy w telewizyjnym studiu dowiedział się o decyzji Prezydium Komitetu Politycznego PiS, wbrew oczywistym faktom przekonywał, że cały spór wynika jedynie z niezrozumienia jego dobrych intencji.
Do wyborów pozostało jeszcze półtora roku i jeśli Morawiecki zostanie tej wiosny usunięty z PiS, to trudno mu będzie przez tak długi czas utrzymać premię za nowość, jaką zwykle część tzw. wędrujących wyborców, czyli tych stale poszukujących nowych politycznych ofert, skłonna jest obdarzać nowo utworzone formacje.
Inna rzecz, że bez obudowania hipotetycznej formacji Morawieckiego nowymi ludźmi, niezwiązanymi z obozem władzy w latach 2015-23, trudno jej będzie samodzielnie wejść do kolejnego Sejmu. A hipotetyczny sojusz z PSL, mimo udanej debaty z jego liderem w Jasionce, wymagałby ze strony Morawieckiego bardzo wielu wyrzeczeń.
Jednak przed problemem wyboru nazwy oraz nowych sojuszników stanie Morawiecki dopiero w chwili, gdy Kaczyński zdecyduje się ostatecznie na jego wyrzucenie z PiS. Najpewniej przyklejając mu na pożegnanie łatkę zdemaskowanego arcyszpiega Tuska, nasłanego przed laty w szeregi „obozu patriotycznego” z zadaniem jego dezintegracji.
Jeśli ktoś uważa, że prezes PiS nie byłby zdolny do takiego ataku na człowieka, który z jego woli był przed ponad sześć lat premierem, to znaczy, że słabo zna biografię Jarosława Kaczyńskiego.

