
Celował do niej z wiatrówki i nerwowo naciskał spust. Pistolet nie wystrzelił, poszło z niego trochę dymu. Ona się śmiała, on niekoniecznie. „A umiałabyś się obronić, jakby cię ktoś napadł od tyłu?” – zapytał wtedy Patryk. Nie znała odpowiedzi.
„Sprawdź” – odparła z uśmiechem, była pewna, że to tylko takie wygłupy. Ale on zaczął ją dusić naprawdę. Najpierw lekko, później coraz mocniej. W końcu usiadł na drobnej dziewczynie i przygniatał ją do ziemi. Było bardzo ciemno, w promieniu kilkuset metrów nie było żywego ducha. Nawet, jeśli wtedy krzyczała, nikt nie mógł jej usłyszeć.
Będzie pite
Ferie na Mazowszu dopiero się zaczynały. Kornelia spędzała ten czas w rodzinnym domu, w Piasecznie. Zapowiadało się nudno, ale wiadomość od dawno nie widzianej koleżanki dała nadzieję na przeżycie czegoś ekscytującego. Martyna napisała do Kornelii na Messengerze, że organizuje urodziny i chciałaby je świętować właśnie w jej towarzystwie. Był 11 lutego 2020 roku.
„Korcia”, bo tak nazywali ją bliscy, szykowała się do wyjścia. Po kilku latach mama wspominała, że było tego wieczoru spore zamieszanie, podekscytowana córka spięła się z tatą, który zajął jej łazienkę. Bardzo jej zależało na czasie. Nie miała go wiele. Wychodziła z domu około 19 i umówiła się z rodzicami, że będzie z powrotem w domu o 22. Krassowscy zasnęli. Dopiero około piątej rano mama zorientowała się, że w pokoju dziecięcym śpi tylko syn. Łóżko „Korci” było puste.
Marlena Krassowska się wściekła. „Gdzie ona jest!?” – myślała i z uporem wybierała kolejne połączenia do córki. Telefon 16-latki milczał, był wyłączony. Martyna, do której Marlena Krassowska zadzwoniła tego samego dnia, przekonywała, że Kornelia Krassowska przyszła świętować z nią urodziny, był także chłopak Martyny, Patryk. Nagle koleżanka dostała wiadomość i ulotniła się ze schadzki. Dokąd poszła? Martyna „zrozumiała, że umówiła się swoim chłopakiem”. Matka sprawdziła. Nie było jej u Konrada. Dostał od Kornelii wieczorem niepokojącą wiadomość o treści: z nami koniec. Dzwonił, pisał, błagał o kontakt. Cisza. – To nie było w jej stylu. Kochała tego chłopaka, a ze mną była bardzo zżyta. Nie zniknęłaby bez słowa – mówiła mama Kornelii. Była wtedy pewna, że córka się odnajdzie. Może zaszalała, przesadziła z alkoholem i ukrywała się u kogoś w obawie przed konsekwencjami? Pani Marlena groziła dzieciakom, że do południa „Korcia” ma wrócić do domu, później powiadomi policję.
Wyszaleje się i wróci
Znieczuleni rutyną funkcjonariusze nie wzięli zniknięcia 16-latki na poważnie.
Zgłoszenie przyjęli, ale tłumaczyli przerażonej matce, że nastolatki tak mają. Imprezują, tracą poczucie czasu i wracają później do domu. Na nic zdały się tłumaczenia, że „Korcia” na pewno nie poszła w tango, bo nikt ze znajomych nie miał z nią kontaktu. Policjanci wiedzieli lepiej, tyle już przecież widzieli podobnych „zaginionych”, co wracały na kacu albo w ciąży i błagały rodziców o przebaczenie.
Nie było akcji poszukiwawczej. Krótka informacja o zniknięciu pojawiła się na stronie powiatowej komendy następnego dnia, powielały ją lokalne media.
„16-letnia Kornelia Krassowska po raz ostatni widziana była we wtorek, 11 lutego ok. godz. 19 na ul. Pawiej w Piasecznie. Nastolatka ma 160 cm wzrostu, długie jasnoblond włosy za ramiona, jest szczupłej budowy ciała. Ubrana była w czarne jeansy, czarną bluzę z kapturem, czarną kurtkę typu flek/bomberka, czarne trampki z białą podeszwą, miała przy sobie dużą czarną torebkę. Wszystkie osoby, które widziały ją ostatnio lub znają jej aktualne miejsce pobytu proszone są o pilny kontakt” – alarmowali policjanci, dołączając do apelu zdjęcie jasnowłosej dziewczynki o twarzy anioła.
Narkotyki z aplikacji
Matka Kornelii sama odtworzyła trasę logowania telefony córki. Dopiero pod koniec lutego ustaliła, że Kornelia nie zaginęła z terenu Piaseczna, tylko z Konstancina. Przekazała te informacje policji i prosiła o wysłanie ekip poszukiwawczych, zabezpieczenie monitoringu. „Po co pani tak łazi?” – słyszała od funkcjonariuszy. „Jak znajdziemy, to powiemy!” – irytowali się, bo odchodząca od zmysłów kobieta tygodniami prowadziła własne śledztwo. Przepytywała świadków, na własną rękę przeczesywała teren, a ciocia Kornelii wcieliła się w detektywa, żeby nastraszyć młodzież. Do Krassowskich dotarły plotki o tym, że Kornelia i jej chłopak mieli się trudnić handlem narkotykami. Tak gadały dzieciaki. Matka nie wierzyła, bo gdyby „Korcia” w ten sposób zarabiała, zauważyliby, że ma pieniądze albo nowe rzeczy. Sprawdzili, w mieszkaniu nie było żadnych używek.
Konrad w końcu przyznał, że wygłupiali się z Kornelią i udawali dilerów na SnapChacie. Pisali tam, że mają do sprzedania np. mefedron, pokazywali nawet zdjęcia poporcjowanego „towaru” w małych saszetkach. W rzeczywistości był to silikonowy koci żwirek do kuwet albo różowa sól himalajska.
Myślałem, że to śmieci
Mijały tygodnie, Kornelii nie było. Mieszkańcy Piaseczna mocno angażowali się w poszukiwania, wśród nich była również Martyna. Matka zaginionej zaczęła przeczuwać, że koleżanka córki i jej chłopak Patryk nie mówią całej prawdy o wydarzeniach z 11 lutego. Im bardziej naciskała na Martynę, tym ta mniej chętnie udzielała odpowiedzi. Pod koniec poszukiwań ojciec był jej rzecznikiem. „Czułam, że stało się coś złego” – mówiła matka.
Był 26 kwietnia, jedenaście tygodni po zniknięciu Kornelii. Mieszkaniec Konstancina wyszedł z psem na spacer do lasu przy rezerwacie Łęgi Oborskie. Jego uwagę zwróciła czerwona kurtka, przysypana ściółką. Widział też jeansy. W pierwszej chwili był przekonany, że ktoś wyrzucił śmieci w lesie i mocno się zdenerwował. – Dopiero jak się przyjrzałem, zauważyłem, że spodnie są wypukłe – zeznał później. Usiadł na powalonym drzewie i zadzwonił do żony. Ona kazała mu natychmiast wezwać policję.
Z notatki starszego aspiranta z komendy policji w Konstancinie: „zwłoki były przysypane ziemią, część wystawała nad powierzchnię. (..) Widać było pośladki i spodnie, część kurtki czarno-pomarańczowej. Leżały około stu metrów od rowu melioracyjnego z powalonymi drzewami”. Wezwano straż pożarną, policję z psami tropiącymi, prokuratora i lekarza zakładu medycyny sądowej. Ofiara nie miała przy sobie dokumentów, ale śledczy byli pewni, że to poszukiwana Kornelia. Zanim jednak śledczy powiadomili rodzinę dziewczynki, wiadomość dotarła do nich pocztą pantoflową.
Marlena Krassowska pojechała na komendę, modląc się o pomyłkę. Zdążyła się nawet ucieszyć, gdy dyżurny powiedział, że to jakaś inna dziewczyna. Wróciła do domu z nadzieją, że jej ukochane dziecko wkrótce odnajdzie się żywe. Ale tego samego dnia zadzwonili z komendy, że mają z mężem przyjechać na okazanie zwłok. Dowiedziała się wtedy, że Kornelia została zamordowana. Nie mogła uwierzyć, krzyczała. Ktoś z funkcjonariuszy miał wtedy burknąć, że „sama się nie przysypała”.
W ogniu pytań
Te same buty, nowa bluza, którą kupiła jej mama, charakterystyczny naszyjnik. Ewentualne wątpliwości rozwiały badania DNA. To była Kornelia. Lokalna policja natychmiast wróciła z pytaniami do Martyny i Patryka. Przesłuchano ich jednocześnie, żeby nie zdążyli się naradzić.
Patryk oświadczył, że o zaginięciu Kornelii nic nie wie, dowiedział się o nim tak samo jak wszyscy, następnego dnia. W ogóle nie zna tej dziewczyny, widział ją może dwa razy w życiu. Kiedyś w wakacje i 11 lutego.
Spotkaliśmy się na garażach, koło mojego domu. Martynę i Kornelię przywiózł nasz wspólny znajomy. Nagle ktoś do niej zadzwonił i powiedziała, że musi się zbierać. Nas to nie zdziwiło, wiedzieliśmy, że tego wieczoru miała mało czasu. Kornelia poszła w kierunku miejscowości obory, my z Martyną w przeciwnym
– relacjonował i dodał, że zaginięcie 16-latki nie było dla nich niczym niepokojącym. – Martyna mówiła, że jej się zdarzało już uciekać, nie martwiła się tym – mówił.
Wersja jego dziewczyny była podobna. – 11 lutego nie byłam w szkole, bo były ferie. Dzień spędziłam z moim chłopakiem, Patrykiem, w Konstancinie-Jeziornie. Potem miałam się spotkać z Kornelią. Przyjechałam po nią do Piaseczna z kolegą i jego dziewczyną. Spotkaliśmy się przy kościele przy Strusiej, przyszła około godziny 19.15. Rozmawiałyśmy o różnych rzeczach, o szkole, o jej chłopaku. Zrozumiałam, że tego wieczoru to z nim miała się spotkać – wyjaśniała. Co się stało z Kornelią? – Nie wiem. O zaginięciu dowiedziałam się 12 lutego, napisała do mnie jej mama. Ja nie wiem, co się mogło wydarzyć potem – zapewniała.
Martyna się boi ojca
Kryminalni odnaleźli kierowcę hondy, którą Kornelia przyjechała z Piaseczna do Konstancina. To on powiedział śledczym, że 11 lutego odpłatnie przewiózł dziewczyny na zlecenie Patryka B., który „chciał z Kornelią porozmawiać o handlu zielonym i białym”. – Dostałem od niego 50 złotych na paliwo. Nie wiedział, o czym nastolatki rozmawiały w trasie. Docierały do niego jedynie skrawki ich szeptów. – Na pewno słyszałem, jak Kornelia pytała zaciekawiona, co Martyna z Patrykiem chcą jej pokazać w Konstancinie – zeznał. Zaniepokoił się dopiero wiele dni później, gdy odezwała się do niego prywatna detektyw. Szukała informacji o Kornelii. – Pytałem Patryka, co się stało z tą dziewczyną. Nie odpowiedział, ale poinstruował mnie, że w przypadku przesłuchania mam mówić, że Martyna czekała na Kornelię w Konstancinie, za garażami, a jego tam w ogóle nie było. Twierdził, że musimy chronić Martynę, bo ona się boi ojca – dodał.
Kolejne przesłuchanie Martyny i Patryka odbyło się w już w Pałacu Mostowskich w Warszawie. Policjanci z Wydziału ds. Terroru Kryminalnego i Zabójstw Komendy Stołecznej Policji byli pewni, że nastolatka i jej chłopak kłamią. Wiedzieli, że mają związek ze śmiercią Kornelii. Trzeba było ich przycisnąć.
Chcieliśmy ją tylko wystraszyć
Martyna posypała się pierwsza. Przyznała, że chciała z Patrykiem handlować narkotykami. Twierdziła, że pozbycie się wyimaginowanej konkurencji było pomysłem Patryka.
– Chcieliśmy ją tylko wystraszyć – przysięgała.
Spod garaży w Konstancinie, poszli do lasu. Obiecali Kornelii, że pozwolą jej w lesie postrzelać z wiatrówki Patryka. Dziewczyna dała się nabrać, była podekscytowana. – Patryk prowadził nas przez las, po przejściu stu metrów wyjął tę wiatrówkę i celował w Kornelii głowę, ale pistolet się zaciął, poleciał tylko dym – opisywała. Chwycił ją za szyję, a później powalił na ziemię i dusił, siedząc na niej okrakiem. Kornelia była przerażona. Wbiła mu paznokcie w dłoń. – Była nieprzytomna, wtedy Patryk strzelił jej w czoło. Potem wrzucił ją do dołu, który wykopał dzień wcześniej. Przysypał ją ziemią. Zabrał jej torebkę, którą wyrzucił do śmieci. Telefon rozdeptał. Później poszliśmy do apteki, żeby zdezynfekować mu rozdrapaną dłoń – mówiła.
Martyna kreowała siebie na ofiarę Patryka i jego krwawego planu.
To on kazał mi kłamać. Często powtarzał, że jest do wszystkiego zdolny i mógłby dla mnie zabić. Teraz dopiero widzę, do czego zmierzał. Ja nie jestem złą osobą, ale ja naprawdę nie wiedziałam co zrobić, byłam od niego uzależniona pod każdym względem. To był mój pierwszy prawdziwy związek – przekonywała.
– Nie mogę spać od tamtego dnia. Gdybym tylko wiedziała, że to się tak potoczy, zrobiłabym wszystko, żeby cofnąć czas. Nigdy nie myślałam, że przez moją głupotę dojdzie do takiej tragedii – łkała na komendzie.
Dla Ciebie mógłbym zrobić wszystko
On to przedstawiał inaczej. Według Patryka plan zamordowania Kornelii wyszedł od Martyny. – Jak dostawała snapy od Kornelii, to się denerwowała. Zaczęła mnie namawiać, żebym pomógł jej się pozbyć Kornelii. Usłyszałem, ze jak nie pomogę, to znaczy, że jej nie kocham i ona ze mną zerwie. Na początku nie chciałem, a potem pomyślałem, że chcę jej pokazać, że wszystko dla niej zrobię. Postanowiliśmy, że wykopiemy dół, a potem ściągniemy ją do Konstancina, zastrzelimy i zakopiemy. Dobrym pretekstem było świętowanie urodzin Martyny. Kolega zgodził się ją przywieźć – powiedział. Wiatrówkę kupił kilka dni wcześniej, żeby nauczyć się celnie strzelać. Płytki dół, o długości prawie dwóch metrów, wykopał dzień przed zabójstwem. Spotkali się z Kornelią w pobliżu jego bloku, a później poszli do lasu.
Jego wersja o zaciętym pistolecie i propozycji z duszeniem różniła się od relacji jego dziewczyny. – To Martyna wtedy prowokowała Kornelię, że na pewno nie umiałaby się obronić. Ale ona krzyknęła „umiem!”. Powiedziała, że nosi przy sobie dwa nożyki i skradziony z autobusu młotek do zbijania szyb. Wtedy ją zaatakowałem, zacisnąłem jej ramię na szyi. Rzucała się na boki, więc powaliłem ją na ziemię i dusiłem, siedząc okrakiem. Ona zaczęła mnie drapać, bolało. Martyna chciała mi pomóc, zawsze była pomocna, jak działa mi się krzywda. Wsypała kulki do broni i trzy razy strzeliła jej w głowę. Kornelia się jeszcze ruszała, gdy wrzucaliśmy jad o dołu, więc uderzyłem ją dwukrotnie łopatą w głowę. Zasypałem piaskiem, przysypałem patykami. Byłem pewien, że umarła – wyjaśnił.
Po sekcji zwłok wyszło na jaw, że Kornelia wciąż żyła, gdy Patryk przysypywał jej ciało piachem w lesie. Obrażenia spowodowane strzelaniem z wiatrówki, duszeniem, a nawet uderzaniem łopatą, nie były śmiertelne. 16-latka jedynie straciła przytomność. Udusiła się dopiero pod ziemią.
Dobrego dnia
Kornelia wyszła z domu po 19, a o 20.35 jej chłopak dostał na Messengerze wiadomość o treści „z nami koniec”. Tej wiadomości nie pisała Kornelia. Konrad, którego zapisała w telefonie „Mąż”, wydzwaniał na numer swojej sympatii jeszcze wiele razy. Pisał wiadomości, których nikt już nie przeczytał, bo telefon 16-latki został połamany i wyrzucony. On jeszcze długo wierzył, że wkrótce się zobaczą. Pisał rozpaczliwe SMS-y. Raz groził, że się zabije, bo umiera z tęsknoty, innym razem wściekły dopytywał ją, gdzie jest i kiedy wróci.
Po tym jak Martyna z Patrykiem pozbyli się rzeczy ofiary, poszli razem do apteki o nazwie, jak na ironię, „Dobrego Dnia”.
Kamera monitoringu uchwyciła ich po 21. Kupili kompresy jałowe (2 zł), wodę utlenioną (1,95 zł) i elastyczną opaskę (1,65 zł). Martyna opatrzyła 26-latkowi rany na dłoni, które zostawiła mu walcząca o życie Kornelia. Ustalili jeszcze wspólną wersję wydarzeń, gdyby ktoś zaczął ich wypytywać o koleżankę. Później oboje, jak gdyby nigdy nic, rozeszli się do swoich domów, przekonani, że zatarli wszelkie ślady pozbyli się problemu.
Patryk był w szoku, gdy dowiedział się, że jego ukochana zrzuciła cała winę na niego. – Nikt nie wiedział, że chcieliśmy zabić. Nikomu nie powiedzieliśmy. Mieliśmy mówić policji, że rozstaliśmy się tamtego dnia na schodkach – powiedział Patryk.
Oboje zgodzili się wziąć udział w eksperymencie procesowym. Podczas wizji lokalnej każde z nich na manekinie prezentowało swoją wersję tego, co robili z Kornelią po wejściu do lasu.
Wzór do naśladowania?
Patryk usłyszał zarzut zabójstwa Kornelii jeszcze w kwietniu, ale z Martyną były problemy. Dziewczyna popełniła zbrodnię na kilka godzin przed ukończeniem 17. roku życia. Sąd rodzinny od razu orzekł, że może odpowiadać za zabójstwo jak osoba dorosła. Martyna została oceniona jako „wyrachowana”, a jej motywację określono jako taką „rodem z wojen narkotykowych na terenie Ameryki Łacińskiej”.
Jednak zażalenie obrony dało jej kilka miesięcy. W tym czasie Martyna, zamiast w areszcie, przez kolejne miesiące przebywała w schronisku dla nieletnich, a dyrekcja rozpływała się nad podopieczną. Z listu pochwalnego wynikało, że Martyna „może być wzorem i przykładem do naśladowania dla innych wychowanek. (…) Taktowna, uśmiechnięta, znająca i przestrzegająca regulaminu placówki”. Obrona gromadziła materiały dokumentujące nie tylko jej posłuszeństwo i pokorę, ale także dowody na nieporadność i dziecinność 17-latki. Twierdzili tak m.in. jej rodzice.
Tych cech nie dostrzegli u niej biegli psychiatrzy i psychologowie. Według ekspertów Martyna to postać dominująca, pewna siebie, skoncentrowana na osiąganiu zysków. Podobnie widziały ją koleżanki ze szkoły. Według Julii, była agresywna i żyła w poczuciu bezkarności.
– Martyna zmieniła się, odkąd zaczęła się spotykać z Patrykiem. Była agresywna, często chciała bić ludzi, tak się z nimi rozliczać. Denerwowało ją, że jej chłopak jest mięczakiem, a nie handlarzem narkotyków. Chciała być jak komiksowa Harley Quinn i marzyła, żeby mieć swojego Jokera – wspominała nastolatka.
Natalii Martyna opowiadała o Patryku, że jest męski, ma w domu kominiarki, broń i będzie ją uczył strzelać. – Mówiła, że on jest gangsterem i może wszystko. Zachowywała się jak ktoś, kto chce zrobić komuś krzywdę. Mówiła, że jest nietykalna, bo pracujący w służbie więziennej ojciec ją ze wszystkiego wybroni. Myślałam, że cwaniakuje, nie wierzyłam w jej zdolności do popełnienia przestępstwa. Chociaż faktycznie jak była pobudzona, to deklarowała, że „ma ochotę coś odwalić”- opisywała koleżanka ze szkoły. Dziewczyny chodziły razem do klasy mundurowej w liceum w Górze Kalwarii. Tam też poznały się z Kornelią, która po kilku miesiącach zmieniła szkołę. – Dużo rozmawiałyśmy o tym zaginięciu. Martyna się z tego śmiała i powtarzała „to się zdarza”. Innym razem zażartowała „może ją gdzieś zakopali” – wspominała Natalia.
Patryk okazał według biegłych przeciwieństwem Martyny. Urodził się w 1994 roku, pochodził z patologicznej rodziny, w której matka nadużywała alkoholu i zaniedbywała dzieci. W domu nie było stabilnie, więc nigdy nie zaznał poczucia bezpieczeństwa. Nie wyrósł na inteligentnego mężczyznę, nie umiał w dorosłym życiu podejmować decyzji, nie bywał agresywny, raczej tłumił emocje. Biegli napisali, że Patryk jest osobą bierną, niezdolną do przejęcia inicjatywy, która „uważa osoby agresywne, silniejsze od siebie, za źródło opieki i wsparcia”. „Z obawy przed utratą miłości jest skłonny do podejmowania zachowań, które nie są zgodne z jego wartościami” – ocenili.
Czy mógł zamordować Kornelię, skoro nie miał skłonności do przemocy? Oczywiście. Wystarczającą motywacją do zrobienia czegoś wbrew sobie była perspektywa rozstania z Martyną. Kochał ją i był z nią bardzo związany. Zrobiłby dla niej wszystko.
Wspólnie i w porozumieniu
Para odpowiadała przed Sądem Okręgowym w Warszawie za zabójstwo dokonane „wspólnie i w porozumieniu (…) w bezpośrednim zamiarze pozbawienia życia”, ale o porozumienie było trudno. Martyna i Patryk przestali być parą po zatrzymaniu i zaczęli się wzajemnie przerzucać odpowiedzialnością. Obrońca dziewczyny przedstawiał w sądzie dodatkowe opinie psychologiczne, chcąc zmiękczyć wizerunek klientki. Często, wypowiadając się o podsądnej, używał określenia „dziecko”, „dziewczynka”, a Martyna przychodziła do sądu ubrana jak wzorowa uczennica.
W mowie końcowej mec. Przemysław Florek wnosił o jej uniewinnienie. Adwokat Patryka był mniej bezczelny, choć domagał się dla podsądnego zaledwie ośmiu lat pozbawienia wolności, czyli najniższej możliwej kary.
– Można zapytać do jakiego gatunku filmowego zaliczałaby się nasza historia? Niewątpliwie dla rodziny Kornelii Krassowskiej to horror i dramat. Oskarżona dokonała tego wyboru już na samym początku, pisząc scenariusz do tego, co się później wydarzyło. Chcąc być jak Harley Quinn – filmowa mroczna postać – zepsuta do szpiku kości „kryminalna królowa miasta Gotham”. Oskarżeni stworzyli plan pozbawienia życia Kornelii. Plan rodem z gangsterskiego filmu, którego podstawą była zazdrość i – o dziwo – miłość – przemawiała prokurator Natalia Zajc-Nowakowska pod koniec procesu, wiosną 2022 roku.
– Nie dajmy się zwieść. Martyna S. nie jest biedną dziewczynką, która nie potrafi zawiązać buta albo zaścielić łóżka. Jest bezwzględna i agresywna, a do tego inteligentna. Zdawała sobie sprawę z tego, co się dzieje – podkreślała oskarżycielka publiczna.
Żądała dla Martyny 25 lat więzienia, bo z uwagi na młody wiek nie można jej było wymierzyć kary dożywotniego pozbawienia wolności. Takiej sankcji prokurator Zajc-Nowakowska domagała się dla Patryka. Chciała też, by sąd zmienił kwalifikację zbrodni na zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem i zaostrzenie warunków przedterminowego zwolnienia.
Egzekucja dla zabawy
Pełnomocnik rodziny Krassowskich podkreślał, że oskarżeni nie dokonali zabójstwa, tylko egzekucji. W podobnym tonie przemawiała matka Kornelii. – Dlaczego zamordowali moją córkę? Z zazdrości? Dla zabawy? – pytała. Zwróciła uwagę, że Martyna wybrała dzień przed 17. urodzinami, jakby była świadoma, że to ostatni moment, kiedy może za zbrodnię odpowiadać jako osoba nieletnia. – To świadczy o perfidii i wyrachowaniu. Nasza rodzina musi zmagać się z niewyobrażalnym bólem. Nasz dom bez Kornelii już nigdy nie będzie taki sam. Oskarżeni powinni być na zawsze izolowani od społeczeństwa – podsumowała.
Ostatecznie dla sędziego Janusza Zalewskiego nie miało znaczenia, kto wpadł na pomysł zamordowania Kornelii, kto trzymał łopatę, kopał dół czy strzelał z wiatrówki. Nie dał się zwieść ani łzawym tłumaczeniom bezradnej nastolatki, ani zakochanego po uszy 27-latka. – Działania oskarżonych były drastyczne, brutalne. Działali z premedytacją. Kierowała nimi chęć wyeliminowania wyimaginowanej konkurencji w handlu narkotykami. Wyjaśnienia Patryka, że zrobił to, bo kochał Martynę i obawiał się rozpadu związku, zasługuje na szczególną dezaprobatę. Miłość nie może być usprawiedliwieniem dla przestępstwa, a tym bardziej dla tak okrutniej zbrodni – podkreślił sędzia, który w czerwcu 2022 roku wymierzył obojgu kary 25 lat pozbawienia wolności. Patryk uniknął dożywocia tylko dlatego, że szczegółowo opowiedział, co zaszło 11 lutego w rezerwacie Łęgi Oborskie, przyznał się do winy i wyraził skruchę.
A co z przeprosinami Martyny? „Nigdy nie pogodzę się z tym, że nie byłam w momencie tamtych dramatycznych wydarzeń w stanie zareagować i pomóc. Chciałabym móc cofnąć czas i uratować Kornelię. Codziennie rano modlę się za nią, by była w Niebie” – napisała do matki Kornelii. To samo powtarzała przed sądem, ale sąd tego nie docenił. Sędzia Zalewski zwrócił uwagę, że Martyna nigdy tak naprawdę nie przyznała się do winy, przerzucała odpowiedzialność na swojego chłopaka. Powtarzane przez nią słowo „przepraszam” ocenił jako wynikające „nie z pobudek moralnych, a podyktowane koniunkturalizmem”.
Oskarżeni słuchali wyroku w milczeniu, a rodzina Kornelii ze łzami w oczach. Przyszli do sądu z portretem nastolatki. Powtarzali, że żaden wyrok nie będzie dla nich satysfakcjonujący, bo nie zwróci im ukochanego dziecka. Trudno było mówić o przebaczeniu dla sprawców.
To nie nasza tragedia
Na prawomocne rozstrzygnięcie trzeba było czekać blisko trzy lata. Sprawa wielokrotnie spadała z wokandy Sądu Apelacyjnego w Warszawie z powodu pojawiających się w składzie orzekającym tzw. neosędziów. Prokuratura odwołała się od pierwszego wyroku, bo domagała się dożywocia dla Patryka. Obrońcy oczekiwali złagodzenia kar jako „rażąco niewspółmiernych” do winy lub – w przypadku Martyny – nawet uniewinnienia.
– Z całego serca chcę najmocniej przeprosić rodziców Kornelii, że nie dałam rady wtedy pomóc państwa córce. Nie mogłam zapobiec tej tragedii. Dziś więcej rozumiem, wtedy byłam młodsza, byłam kimś innym. Zrobiłam straszny błąd – powiedziała Martyna zimą 2025 roku.
– Nie ma wyroku, który tę stratę wyrówna. Jaki cel takiej kary, która jest dłuższa niż ilość lat, które Martyna przeżyła na świecie? Czego chcemy ją tym nauczyć? Co jej pokazać? – pytała jej obrońca i dodała, że sąd powinien spojrzeć na tę sprawę oczami nieletniej, a wyrok „nie powinien być odzwierciedleniem żądań rodziny pokrzywdzonej, społeczeństwa czy mediów”. Adwokatka uznała, że „ta sprawa to tragedia kilku rodzin”.
Nie zgodził się z nią obrońca Patryka, zauważając, że to jest tragedia jednej rodziny i jest to rodzina Krassowskich. – To co pani mecenas nazwała tragedią, jest konsekwencją czynów, do których Patryk się przyznał. Jedyny problem to wymiar kary. Nie może być ślepym odwetem za wyrządzone zło – zauważył mec. Bartosz Jakubowski. Chciał, by sąd obniżył oskarżonemu karę do 15 lat.
Salomonowy wyrok
Prokurator i pełnomocnicy rodziny nie „kupili” kolejnych przeprosin Martyny. – Czy oskarżonej chodzi o to, żeby przeprosić? Taka skrucha, która jest realizacją linii obrony, nie jest emanacją rzeczywistego zrozumienia znaczenia tego czynu. Chciałbym, żeby nie umknęło, że ofiarą tego przestępstwa jest Kornelia Krassowska. Mogłaby studiować, mogłaby pracować, wspierać młodszego brata, mogłaby realizować plany i marzenia. Nie zrobi tego, bo nie żyje. Bo została zamordowana – podkreślił mecenas Michał Hajduk.
Ostatecznie sędzia Grzegorz Miśkiewicz nie uwzględnił wniosków żadnej ze stron. Zaostrzył werdykt jedynie w stosunku do Patryka, orzekając, że będzie mógł się ubiegać o warunkowe przedterminowe zwolnienie dopiero po 20 latach w zakładzie karnym, czyli w 2040 roku. Wyraził nadzieję, że Patryk wyciągnie w tym czasie odpowiednie wnioski i się zresocjalizuje.
Prokurator Natalia Zajc-Nowakowska określiła wyrok „salomonowym”. Mądry, sprawiedliwy, słuszny, ale trudno umówić o satysfakcji z takiego rozstrzygnięcia. Rodzina Krassowskich początkowo była prześladowana przez rodzinę sprawczyni.
Matka Martyny wypominała pani Marlenie, że ta „ma jeszcze syna, a ona straciła jedyną córkę”.
– Mój świat się zawalił. Całe szczęście, że mamy syna, bo mam dla kogo żyć. To właśnie dla niego udaje nam się ogarnąć. Ale nasza rodzina była czteroosobowa i nic nigdy nie wypełni luki po naszej Kornelii. W domu bardzo dużo o niej mówimy, wspominamy ją. Bardzo tęsknimy – powiedziała mi jej mama.
Obserwuje, że rówieśniczki jej córki wychodzą właśnie na mąż, rodzą dzieci, żyją… Marlena Krassowska łapie się czasem na tym, że widząc wśród tłumu drobną blondynkę w kurtce bomberce, wciąż jeszcze ma nadzieję, że zobaczy swoją córkę.

