Określenie „powódź błyskawiczna” brzmi zbyt eufemistycznie wobec tego, co w ubiegłą środę wydarzyło się w Nepalu. Tam, gdzie rzeka miała kilkanaście metrów szerokości, dziś wielka śmierdząca masa spowija obszar rozciągający się od kilkudziesięciu do kilkuset metrów. Wystają z niej kikuty dachów wielopiętrowych domów.
W piątej dobie po tragedii, która zmieniła Nepal, oficjalny bilans to ponad 900 ofiar śmiertelnych, około 3000 zaginionych i najprawdopodobniej ponad 900 robotników zniszczonych hydroelektrowni uwięzionych w tunelach, którzy – o ile jeszcze żyją – walczą o każdy oddech.
Nepal. Motocyklista wisi nad przepaścią
Miejscowość Bidur położona jest w końcowej części doliny, przez którą szedł niszczycielski żywioł. Znajduje się na północny-zachód od stolicy kraju – Katmandu. Zazwyczaj podróż tam zabiera około dwie i pół godziny. Teraz – minimum cztery.
Pełna dziur droga jest tak wąska i kręta, że kiedy moją taksówkę wielkości „malucha” mijają transporty wojskowe – za każdym razem musimy się zatrzymać i centymetr po centymetrze mijać inne auta.
Nad urwiskiem na mokrej nawierzchni z pobocza zaczyna zsuwać się motocyklista, który stracił równowagę. Nie spadnie w przepaść, bo jeden z kierowców szybkim manewrem podjedzie tak, aby zablokować kilka metrów dzielące parę na motocyklu od śmierci. W takich warunkach na tereny zalane przez powódź dostarczana jest pomoc.
Robili sobie selfie. Nikt nie przeżył
Na taki widok, jaki ujrzałem w Bidur, nic nie jest w stanie przygotować. Skala zniszczenia oddaje grozę krótkich filmów nagranych w momencie kataklizmu. W błocie między dachami domów pracują koparki, ratownicy i dziennikarze. Przyglądają się temu ze zbocza setki osób. Pośród nich jest Mangali Taman.
Tam, gdzie teraz jest szeroka na co najmniej sto metrów plama błota – gdzieś była restauracja, w której pracowała jako kucharka.
– Najpierw pojawił się potężny huk. Wyszłam zobaczyć, co się dzieje i zaczęłam biec w górę zbocza – mówi Interii.
– Widziałam tak wiele osób, które zaczęły nagrywać to, co się dzieje. Robili sobie selfie. Nikt się nie uratował – dodaje. Nikt nie przypuszczał, że fala będzie tak wysoka.
Nikt wcześniej nie widział i chyba nie mógł sobie wyobrazić nawet tego, że przyjdzie tu w sekundy kilkunasto- czy nawet kilkudziesięciometrowa fala.
Życie od śmierci w Bidur dzieliły metry, ułamki sekund, przypadek, instynkt.
– Tak, ludzie ginęli robiąc sobie selfie z falą. Nie odważę się tego oceniać. Słyszymy relacje, że wielu ludzi starało się ratować, ale inni – zastygali w przerażeniu – mówi mi na zboczu wzgórza w Bidur ratownik.
Lądowisko bez nadziei
Na położonym u szczytu zbocza nad Bidur wojskowym lądowisku dla śmigłowców, maszyny startują i lądują co kilka minut. Przed nim setki osób czekają na jakiekolwiek informacje o najbliższych. Nadzieje na odnalezienie żywych skutecznie dusi wjeżdżające na teren lądowiska pojazdy z napisem „kostnica”.
W niedzielę, kiedy liczba ofiar śmiertelnych przekroczyła 700, nepalskie media podały, że zidentyfikowano 20 ciał. Rozpoczęto masowe pochówki. Władze obawiają się wybuchu epidemii.
Nepal. Manita przed murem ze zdjęciami
Przed szpitalem uniwersyteckim w Katmandu nadzieję od rozpaczy dzieli 100 metrów. To odległość od wejścia do szpitala do kostnicy. Na murach przy wejściu – dziesiątki zdjęć osób zaginionych. Dane kontaktowe, ostatnie znane miejsce pobytu. Uśmiechnięte twarze przewodników stojących dumnie na szczytach Himalajów, matek z dziećmi, całych rodzin.
Przy wejściu tłum stoi przed szkolną ławką, przy której policjanci ręcznie w kajeciku wpisują od krewnych zgłoszenia o zaginionych. Ludzie niecierpliwią się, bo informacji w szpitalu – jak na lekarstwo. Niewyspani, niektórzy w tych samych ubraniach od kilku dni. Tak jak Manita Nepali, która szuka swego męża.
– Jest kierowcą ciężarówki. W środę pojechał do Chin po towar. Od tego czasu nie mam o nim żadnych informacji – mówi Interii.
Manita, która wyszła za mąż dopiero pół roku temu, nie ma już nadziei na to, że jej mąż zostanie odnaleziony żywy.
– Chcę tylko, żeby oddali mi jego ciało. Chcę zobaczyć go po raz ostatni i pochować – dodaje.
Na „murze nadziei” jest kartka z jego zdjęciem. Manita była już tam, gdzie nadzieja umiera. Z drugiej strony szpitala jest wjazd do szpitalnej kostnicy. Tam na murze na widoku publicznym są dziesiątki zdjęć ciał sprowadzonych do kostnicy.
O ile przy murze nadziei panuje gwar, przy murze śmierci panuje przerażająca cisza.
Tunele życia i śmierci
Cztery dni po kataklizmie rodziny pracowników hydroelektrowni dowiadują się, że ich najbliżsi mogli przeżyć. W poniedziałek nepalskie władze poinformowały, że w sześciu tunelach zniszczonych projektów hydrologicznych mogło schronić się kilkaset osób. Na miejscu są już specjaliści z Chin i Indii.
Od weekendu w tunelach – tam, gdzie jest to możliwe – wpompowywane jest powietrze. Według niezależnego Stowarzyszenia Producentów Energii Nepalu zaginęło 897 osób związanych z 11 projektami hydroenergetycznymi. Ponad 570 osób pracowało tylko w jednym miejscu – hydroelektrowni Upper Trishuli-1 o mocy 216 megawatów.
Rachunek za ocieplenie klimatu natura wystawia w Nepalu
Po powodzi z dnia na dzień w Nepalu wzbierają nie tylko wody w rzekach, ale i gniew w mieszkańcach tego kraju. Media krzyczą – katastrofy naturalne nie znają granic. Nie zatrzymują się przy kontroli paszportowej dzielącej bogate kraje od biednych. Nepal, który odpowiada za 0,1 proc. emisji gazów cieplarnianych, jest jednym z państw najbardziej narażonych za zmiany klimatyczne.
Szacuje się, że w ciągu ostatnich trzech dekad lodowce w Himalajach straciły około jednej trzeciej swojej objętości. Do ubiegłotygodniowej katastrofy doprowadziło oderwanie się właśnie części lodowca. Z nagrań, do których dotarł „NYT”, na których prawdopodobnie uwieczniono początek potężnego kataklizmu, widać, jak od lodowca odrywa się stosunkowo mały fragment.
Nikt nie ma wątpliwości, że taka tragedia w Nepalu może się powtórzyć. Dzień po powodzi władze Nepalu i Chin ostrzegały, że w wyniku środowego kataklizmu przepełniają się sztuczne zbiorniki wodne.
Oderwanie się kolejnej części lodowca i wypchnięcie kolejnych mas wody – to bomba z opóźnionym zapłonem, która wisi nad Nepalem. Coraz więcej osób zdaje sobie z tego sprawę. Na przykład turyści.
Turyści odwołują wycieczki do Nepalu
Na listach zaginionych w Nepalu i w Tybecie jest kilkuset obcokrajowców. Wycieczka na „dach świata” to przecież spełnienie podróżniczych marzeń.
Ayush Karki jest przewodnikiem. W Katmandu prowadzi biuro podróży.
– Odwołania wycieczek na jesień spływają praktycznie każdego dnia. Turyści boją się tu przyjeżdżać. Na razie odwołania dotyczą głównie trekkingu w górach – mówi Interii.
Turystyka to dla wielu Nepalczyków główne źródło utrzymania.
Kiedy Nepal zniknie z nagłówków
Magda Jungowska najbardziej obawia się chwili, gdy Nepal przestanie być tematem w mediach i kiedy w najbliższych dniach wyjadą stąd reporterzy.
W Nepalu spędziła 14 lat. Obecnie jest w Polsce i stamtąd koordynuje pomoc dla powodzian poprzez własną fundację White Grain we współpracy z nepalską fundacją HAPSA.
Ciężarówka z 900 paczkami dla powodzian stara się przedrzeć z Katmandu na tereny, gdzie są potrzebujący. Nie jest to łatwe, bo drogi blokuje wojsko i w chwili pisania tego tekstu nie jest jasne, czy w poniedziałek pomoc uda się w ogóle dowieźć.
– Najbardziej boję się tego, że za chwilę – tak jak było to po trzęsieniu ziemi w 2015 roku – z Nepalu wyjadą dziennikarze. Informacje o katastrofie przestaną być nagłówkami czołówek gazet, a Nepalczycy tak jak wcześniej zostaną pozostawieni sami sobie z tą tragedią. Tylko takiej katastrofy nie widziałam na oczy wcześniej ani ja, ani nikt z moich znajomych w Nepalu. Dlatego teraz robię wszystko, aby jak najwięcej ludzi zdało sobie sprawę z tego, co wydarzyło się w Nepalu – mówi Interii Jungowska.

Co dalej z Nepalem
Władze Nepalu uważają, że odbudowa kraju pochłonie co najmniej pięć miliardów dolarów.
Kiedy siedzę na zboczu góry nad Bidur z bosą kucharką Mangali Taman, która cudem przeżyła tę katastrofę, myślę, że zamiast kosztujących miliony dolarów pobytów na konferencjach klimatycznych w najbogatszych państwach na pustyni, światowi decydenci powinni dziś stanąć koło Mangali.
Zapewnić ją, że zajmują się tą kwestią. Że to nie tylko deklaracje. Że w kraju, który wydaje się być obecnie najbardziej narażony na takie katastrofy, powstanie chociaż system ostrzegania. Żeby o możliwej katastrofie nawet minutę wcześniej ostrzegł alarm w telefonie, a nie na sekundy dzielące życie od śmierci – potężny huk kilkunastometrowej ściany wody i skał.
Z Bidur dla Interii Tomasz Sajewicz, Polskie Radio


