
Rankiem w sobotę 3 stycznia Nicolas Maduro został schwytany w swojej prywatnej sypialni w Caracas i wywieziony z Wenezueli przez amerykański oddział Delta Force. Akcji towarzyszyły eksplozje w kilku miejscach w mieście. Według wenezuelskich władz w zdarzeniach zginęło 40 osób, wojskowi i cywile.
– Obudziłem się o 7 rano (czasu środkowoeuropejskiego – przyp. red.) i dowiedziałem się, że USA bombardują moje miasto. Poszedłem spać o 4:30 nad ranem, pijany po wielkim świętowaniu – w ten sposób jeden z mieszkających w Wielkiej Brytanii Wenezuelczyków opisał dzień ataku USA i pojmania Maduro.
Nie płaczą za pojmanym. Kim jest Nicolas Maduro?
Opis brzmi paradoksalnie, ale nie jest odosobnionym głosem. – Wyobraź sobie, jak zła była sytuacja, że my dzisiaj wolimy to, co się stało, niż to, co było wcześniej – mówi Interii Juan Pablo Sans, ten sam, który świętował całą sobotę.
Nie kryje swoich obaw przed tym, co stanie się z jego krajem. Podkreśla jednak, że jest szczęśliwy, bo „jego przyszli synowie urodzą się w kraju bez Maduro” i jest „realna szansa, że w końcu wróci do domu”.
– Nasza gospodarka padła, ludzie masowo wyjeżdżali z kraju. Mój nieżyjący już ojciec dostawał emeryturę w wysokości pięciu dolarów. Pięć dolarów na miesiąc – wylicza Juan Pablo. Mówi też wprost o ofiarach reżimu – torturowanych i zabijanych.
Jak to się stało, że słuchający rocka przewodniczący samorządu uczniowskiego stał się krwawym przywódcą, którego zatrzymanie wywołuje w rodakach radość?
Wenezuelska katastrofa gospodarcza
„Moja stanowcza opinia, jasna jak pełnia księżyca – nieodwołalna, absolutna, całkowita – jest taka, abyście wybrali Nicolasa Maduro na prezydenta” – tymi słowy umierający na raka Hugo Chavez namaścił swojego następcę.
51-letni wówczas Maduro od kilku miesięcy pełni funkcję wiceprezydenta. W marcu 2013 r. jako tymczasowy prezydent rozpisał wybory. I niedługo później je wygrał, choć przewaga była minimalna (zdobył 50,7 proc. głosów).
Zaledwie kilka miesięcy później, w lutym 2014 roku kraj ogarnęły antyrządowe protesty. Ludzie mieli dosyć rosnącej przestępczości, korupcji i galopującej inflacji.
Jest lato 2016 roku, gdy troje Wenezuelczyków w niewielkim mieście na południu Polski siedzi przy stole i z zaskoczeniem patrzy, jak gospodyni kładzie na półmisku pomidory. Można się poczęstować, tak po prostu, do śniadania? To dla nich zapomniany obraz, bo w ich kraju od jakiegoś czasu obowiązuje „dieta Maduro”. Ludzie głodują.
Jak to się stało, że w Wenezueli, kraju bogatym w złoża ropy, gazu, złota, diamentów i pierwiastków ziem rzadkich, mieszkańcy nie mają co jeść?
– Wystarczyło 25 lat, by całkiem dobrze funkcjonującą gospodarkę, opartą na złożach surowców, całkowicie rozłożyć – mówi w rozmowie z Interią dr Joanna Gocłowska-Bolek z Wydziału Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego.
Jak wskazuje ekspertka, zaczęło się od wspomnianego już Hugo Chaveza, który doszedł do władzy w 1999 roku.
– Stopniowo wprowadzał swój pomysł socjalizmu XXI wieku. To jeden element, ale do tego doszło całkowicie fatalne zarządzanie, ogromna korupcja, przemoc polityczna, która prowadziła do tego, że różni fachowcy uciekali z Wenezueli. I to wszystko razem, później w połączeniu z sankcjami ze strony Stanów Zjednoczonych, dało ten tragiczny efekt, który obserwujemy od paru lat – mówi.
A co obserwujemy? – Szacuje się, że około 90 proc. Wenezuelczyków żyje dziś w ubóstwie albo w skrajnym ubóstwie. W kraju wciąż jest problem z dostępem do podstawowych artykułów żywnościowych, lekarstw, usług medycznych. Sam fakt, że osiem milionów osób uciekło przed tą ogromną biedą, pokazuje skalę katastrofy gospodarczej – wskazuje rozmówczyni Interii.
Jak dodaje, o ile jeszcze w czasach Hugo Chaveza do 2013 roku trwał boom surowcowy – ceny ropy naftowej były wysokie, a popyt ze strony krajów azjatyckich ogromny – później to wszystko się załamało.
Jak kierowca autobusu obrócił w ruinę potężną gospodarkę
To załamanie przypadło właśnie na rządy Nicolasa Maduro. Wróćmy do niego.
Urodził się w 1962 roku w Caracas jako syn działacza związkowego. Według „The Guardian”, miał nigdy nie ukończyć szkoły średniej, ale zdążył pełnić w niej funkcję przewodniczącego samorządu uczniowskiego i dał się zapamiętać jako „postać imponująca i skłonna do kompromisu”.
Ta sama gazeta piórem korespondentów z Ameryk Łacińskiej Virginii Lopez i Jonathana Wattsa opisuje też rockową naturę Maduro – uwielbiał Led Zeppelin i podobno rozważał karierę muzyczną. Zamiast tego został kierowcą miejskiego autobusu w Caracas, a w firmie, w której pracował, założył jeden z pierwszych nieformalnych związków zawodowych.
Od początku politycznej kariery związany był ze środowiskiem Hugo Chaveza. Tam poznał swoją przyszłą żonę, Cilię Flores, tak jak on zaangażowaną w uwolnienie Chaveza po nieudanym zamachu stanu z 1992 roku.
Chaveza Maduro nazywał „ojcem”. W trakcie pierwszej kampanii prezydenckiej twierdził, że duch zmarłego prezydenta nawiedził go pod postacią ptaka, udzielił mu błogosławieństwa i rzucił klątwy na politycznych przeciwników.
I właśnie polityczni przeciwnicy, a dokładniej rozprawianie się z nimi, stały się oczkiem w głowie Maduro. Wszelkie protesty były brutalnie tłumione, działacze opozycyjni bezwzględnie blokowani, a władza – jak się okazało – nie do oddania.
Ile ludzi zginęło pod rządami Maduro – tego dokładnie nie wiemy.
– Trudno jest do tej pory oszacować tę liczbę, bo wiele osób uznaje się za zaginione i nie wiemy, co się z nimi stało. Potrzeba czasu, by te dane zebrać i pokazać skalę przemocy i terroru, które reżim Nicolasa Maduro popełniał przez te wszystkie lata na narodzie wenezuelskim – mówi dr Joanna Gocłowska-Bolek.
Od czasu objęcia rządów przez Maduro kolejne wybory na szczeblu krajowym w Wenezueli budzą wątpliwości organizacji praw człowieka i innych państw. Maduro za demokratycznie wybranego prezydenta nie uznają dziś ani Unia Europejska, ani Stany Zjednoczone. Polityczne i gospodarcze wsparcie dla jego rządu płynęło za to m.in. z Rosji i Chin.
Według wenezuelskiej opozycji zwycięzcą – z wynikiem 67 proc. – w wyborach prezydenckich w 2024 roku został Edmundo Gonzalez Urrutii, który startował po tym, jak władze kraju zablokowały kandydaturę liderki opozycji, a późniejszej laureatki Pokojowej Nagrody Nobla, Marii Coriny Machado.
Władze w Caracas ogłosiły jednak zwycięstwo Maduro.
Ludzie protestowali, ale i tu historia się powtórzyła – protesty zostały brutalnie stłumione, a represje wobec opozycji nasilone.
Nie widać wiwatujących tłumów
Dlatego dzisiaj, gdy Nicolas Maduro został schwytany i wywieziony z Wenezueli przez amerykańskie siły specjalne, nie trudno znaleźć Wenezuelczyków, którzy najzwyczajniej w świecie się cieszą. „Nie sądziłem, że tego dożyję. Dzięki Ci, Boże!” – czytamy w mediach społecznościowych. Bo na ulicach samej Wenezueli nie widać świętujących tłumów. Boją się.
– Nicolasa Maduro nie ma w kraju, natomiast pozostał u władzy reżim. Do tej pory wszelkie protesty tłumione były w sposób bardzo krwawy. Dlatego choć emocje są ogromne, nie widać tego tak bardzo w wenezuelskich miastach – mówi dr Joanna Gocłowska-Bolek.
I porównuje obecną sytuację w Wenezueli do sytuacji, gdy umiera prezydent.
– Mamy wiceprezydentkę, która została natychmiast praktycznie nominowana na prezydenta. Ma trzy miesiące, aby tę funkcję pełnić. Potem ten okres może być przedłużany i prawdopodobnie tak będzie. Reżim wciąż kontroluje siły zbrojne, siły bezpieczeństwa, całą infrastrukturę. Teraz jest co prawda ogromna presja ze strony Waszyngtonu, który mówi: jeżeli Delcy Rodríguez nie będzie nas słuchać, to my znowu wkroczymy i w sposób militarny zaprowadzimy porządek. Jednak przemiany w Wenezueli to będzie proces. Obserwujemy pierwszy krok – wskazuje ekspertka.
Nasza rozmówczyni negatywnie ocenia pominięcie wenezuelskiej opozycji przez Donalda Trumpa.
– To zmiany, w których powinni uczestniczyć przede wszystkim Wenezuelczycy – ocenia.
A do zrobienia jest wiele.
– Przemysł naftowy został zdewastowany w Wenezueli. On praktycznie nie działa. Instalacje są przestarzałe, brakuje ludzi z odpowiednią wiedzą techniczną. Pamiętajmy też, że Wenezuela jest krajem bardzo zadłużonym, m.in. wobec Pekinu. Większość ropy transportowanej z Wenezueli do Chin była spłatą długów – mówi.
I dodaje: – To nie będzie tak, że przyjdą Amerykanie i nagle wszystko zacznie działać.
Justyna Kaczmarczyk
justyna.kaczmarczyk@firma.interia.pl

