
Szymon Krawiec, „Wprost”: Po tych 37 latach wolności gospodarczej nie dorobiliśmy się nawet 200 dużych prywatnych przedsiębiorstw z polskim kapitałem, które potrafiłyby osiągnąć ten symboliczny 1 mld zł przychodów rocznie. Dlaczego jest tak słabo?
Wojciech Balczun: Polski kapitalizm startował w końcu lat 80. praktycznie od zera. Wiele dużych polskich firm ma korzenie na początku lat 90. i budowały potencjał wraz ze wzrostem polskiej gospodarki. Część z nich doszła do pewnego poziomu rozwoju i napotkała bariery: aby dalej się rozwijać trzeba byłoby zmienić modele zarządcze, indywidualny właściciel musi oddać trochę władzy, zatrudnić profesjonalnych menedżerów. Nie zawsze są to łatwe decyzje.
Polskie firmy, które bardzo dynamicznie urosły, mają często charakter rodzinny. Pojawia się więc problem z sukcesją. Wielu właścicieli poszukuje sposobów, jak te stery w firmie przekazać, bo młode pokolenie niekoniecznie jest gotowe, aby poświęcać całe swoje życie na prowadzenie rodzinnej firmy. To straszna harówka.
Polskich dużych firm mamy mało, za to mamy dominację wielkich zagranicznych korporacji w Polsce. Nie otworzyliśmy w pewnym momencie zbyt szeroko drzwi zachodniemu kapitałowi?
Potrzebowaliśmy tego szerokiego otwarcia do przeprowadzenia gruntownej transformacji gospodarki. Zapominamy często, że w latach 80. Polska była gospodarczym bankrutem, bez kapitału i nowoczesnych technologii.
No ale tak to można było mówić na początku lat 90., kiedy rozlatywały się państwowe molochy i hulało potężne bezrobocie, że potrzebujemy zagranicznych firm i fabryk, żeby ludzie mieli, gdzie pracować.
Procesy transformacyjne trwają dłużej niż parę lat. Musiała się zbudować masa krytyczna potencjału polskiej gospodarki. Widzimy, jakie niskie było nasze PKB na początku lat 90. – to było około 70-80 mld dolarów, teraz przekracza bilion dolarów, czyli gospodarkę mamy prawie 15 razy większą.
Kraje Europy Zachodniej mają dużo większe doświadczenie w prowadzeniu gospodarki rynkowej. Nigdy nie miały, tak jak my, centralnie sterowanej gospodarki. Z tego powodu Zachód potrafił też zbudować cały szereg mechanizmów, które wspierały ich własny biznes i chroniły rynek. My w tej chwili o tym mówimy, że osiągnęliśmy pewien poziom, taki Break Even Point. Inicjatywa „local content”, która ma premiować krajowe firmy w łańcuchach dostaw, jest odpowiedzią na sukces gospodarczy z którym jest powiązane zdobyte już doświadczenie.
Nie za późno z tym? Nie można było tych polskich firm promować wcześniej?
Takie dyskusje zawsze będą miały miejsce, czy czegoś nie można było zrobić wcześniej.
Przecież jak pan był prezesem PKP Cargo, to już wtedy pan mówił, jak to Niemcy chronią swój rynek, jak trudno tam polskiej firmie wejść i jakoś zaistnieć.
Od czasów PKP Cargo byłem kilkanaście lat poza sektorem publicznym. Byłem w tym czasie i przedsiębiorcą, i inwestorem, i pracowałem za granicą, i występowałem jako ekspert w przeróżnych podmiotach. Wróciłem teraz. Często przytaczam moje doświadczenia z PKP Cargo sprzed lat, kiedy jeszcze naiwnie myśleliśmy, że wolny rynek prawie wszystko nam ureguluje, że wszyscy myślą tak samo, że kierują się dobrymi intencjami.
W oficjalnych biuletynach rządowych agencji reklamowaliśmy się zagranicznym inwestorom jako kraj najtańszej siły roboczej i wysokiego bezrobocia.
Takie były wówczas realia: na początku XXI wieku stopa bezrobocia zbliżała się do 20 proc., płaca minimalna wynosiła kilkaset złotych – od tego nie możemy abstrahować.
Teraz sytuacja jest diametralnie inna: bycie montownią i zapleczem dla zagranicy nie spowoduje, że zbudujemy trwałe fundamenty silnej, autonomicznej gospodarki, która będzie się liczyć na świecie.
Ale te wszystkie nasze doświadczenia były potrzebne po to, aby wykorzystać tę historyczną szansę. Mało mieliśmy w historii Polski tak dobrych lat jak ostatnie dekady, w których wszystkie warstwy społeczne tak istotnie się wzbogaciły. Oczywiście zawsze będą ci niezadowoleni, ale obiektywnie patrząc, to przecież nikt z nas nie wyobrażał sobie w 1989 r., że tak będzie wyglądać dzisiaj Polska. W wielu miejscach dużo lepiej niż kraje Zachodu. To jest nasz olbrzymi i wspólny sukces osiągnięty ciężką pracą i dzięki wsparciu UE.
Mam wrażenie, że polscy przedsiębiorcy do dzisiaj mają żal, że przez lata zagraniczne firmy były u nas traktowane lepiej. Mogły dostać od państwa zwolnienia z podatków, darmowe grunty pod inwestycje, specjalne dotacje na miejsca pracy – coś, o czym ten polski przedsiębiorca mógł sobie tylko pomarzyć.

