
-
Piotr praktykuje freeganizm, pozyskując jedzenie ze śmietników przy marketach i dzieląc się nim z innymi, dzięki czemu ogranicza wydatki na zakupy.
-
Autor instagramowego profilu „Freeganizm Świętokrzyskie” również korzysta z freeganizmu, znajduje produkty w kontenerach za sklepami i przekazuje część z nich znajomym, rodzinie oraz do jadłodzielni.
-
Ariel skupia się na wyszukiwaniu mebli i używanych przedmiotów przy śmietnikach, co pozwala jej oszczędzać i realizować zainteresowania rzeczami vintage.
-
Więcej ważnych informacji znajdziesz na stronie głównej Interii
– Od sześciu lat praktycznie nie robię zakupów. Nie kupuję jedzenia, a mimo to jem lepiej niż przeciętny Polak – mówi Piotr, autor bloga „Spacer freeganina”. Ma 41 lat, dobrze płatną pracę i własny dom. – Jestem stabilny finansowo, mam pieniądze, nie muszę tego robić. Ale powiem szczerze, że boli mnie, ile żywności się marnuje, i nie ma na to mojej zgody – podkreśla.
O freeganizmie dowiedział się od dziewczyny, z którą był na randce. – Wspomniała mi, że sklepy wyrzucają jedzenie. Słyszałem o tym wcześniej, ale myślałem, że chodzi o produkty zepsute. Tamtego wieczoru poszedłem do sklepu obok i zobaczyłem świeże pieczywo, dobre jedzenie w opakowaniach – opowiada.
„Cały przekrój asortymentu” za darmo
Tak się zaczęło. Od tamtej pory regularnie, kilka razy w tygodniu, po zamknięciu sklepów jeździ na tzw. skipy.
– W śmietnikach przy marketach można znaleźć wszystko, cały przekrój asortymentu. Od kwiatów, przez pieczywo, masło, czekolady, chipsy i napoje, po passaty pomidorowe czy całe zgrzewki majonezu albo buraczków tylko dlatego, że w jednej z nich stłukł się słoik i reszta została zabrudzona. Ale są też mąka, jajka, warzywa – wymienia.
Niektóre produkty, jak mówi, wyrzucane są w ilościach hurtowych. – Jeden z marketów codziennie wyrzuca dwa, czasami trzy worki chleba. Znajdowałem też dwa kartony cukierków, 50 czekolad, 500 jaj. Ostatnio trafiłem na 100 kg karmy dla zwierząt ważnej do czerwca tego roku. Gros produktów, które trafiają do kosza, jest wciąż w terminie ważności – zaznacza.
Piotr przyznaje, że z rzeczy, które znajduje, mógłby wyżywić kilka rodzin i faktycznie to robi. – Dostarczam produkty do kilku fundacji i ubogiej, zaprzyjaźnionej rodziny. Zdarza się, że rozdaję jedzenie sąsiadom i znajomym. Za darmo, nie biorę za to pieniędzy – tłumaczy.
„Bardziej opłaca im się wyrzucić, niż pozwolić komuś z tego skorzystać”
Aby magazynować żywność, kupił większą lodówkę. – Kiedy widzę, ile produktów się wyrzuca i na jaką skalę, to naprawdę trudno to sobie wyobrazić. Towaru jest mnóstwo. Przez to, że nie robię zakupów, nawet nie wiem, ile co kosztuje, ale to, co wydawałbym miesięcznie, po prostu oszczędzam. Próbowałem dogadać się z siecią sklepów i połączyć to z fundacją, żeby lepiej zagospodarować jedzenie, ale się nie udało. Bardziej opłaca im się wyrzucić, niż pozwolić komuś z tego skorzystać – przyznaje.
Skipowanie ma jednak swoje zasady. – Jeżdżę głównie po zamknięciu sklepu, żeby nie przeszkadzać pracownikom. Zostawiam po sobie porządek, żeby nie robić nikomu problemów. Lepiej żyć w zgodzie z obsługą, bo zdarza się, że w niektórych sklepach specjalnie niszczą produkty i wtedy nie można zabrać niczego. Są też miejsca, gdzie mamy niepisaną umowę, zostawiają rzeczy dla mnie – wyjaśnia.
Najlepiej jeździć wieczorem, zaraz po zamknięciu. – Kluczowa jest systematyczność. Kiedy złapie się rytm i znajdzie swoje miejsca, można zapomnieć o zakupach – dodaje.
1500 zł miesięcznie to norma. Jedzenie za darmo
Wydatki na żywność pochłaniają znaczącą część miesięcznego budżetu, z jednego z raportów opublikowanych w 2025 wynika, że co drugie gospodarstwo domowe w Polsce na zakupy spożywcze wydaje miesięcznie średnio do 1500 zł.
Autor instagramowego profilu „Freeganizm Świętokrzyskie” o freeganizmie dowiedział się również sześć lat temu. – Na co dzień prowadzę własną firmę – mówi. Zainteresował się tematem, kiedy jego znajoma napisała w internecie, że ma owoce i warzywa za darmo.
– Zapytałem, o co chodzi, i w skrócie wytłumaczyła mi, co i jak – opowiada. Niedługo potem zdecydował się na swojego pierwszego „skipa”.
– Pojechałem po zamknięciu do jednego z marketów. Skipowanie wygląda tak, że zazwyczaj jadę po północy do okolicznych sklepów. Mam ze sobą rękawiczki, torby oraz czapkę z daszkiem albo kominiarkę, żeby kamery nie widziały mojej twarzy – tłumaczy.
Zazwyczaj wcześniej wie, gdzie za sklepem ustawione są kontenery. – Przeważnie są podzielone na bio, do których wyrzuca się warzywa i owoce, oraz na odpady mieszane. Tam są już typowe śmieci, ale trafiają się też lepsze produkty, takie jak słodycze czy chemia – wylicza.
Nie zawsze jednak „skipy” kończą się sukcesem. – Niektóre sklepy niszczą produkty. Na przykład budynie albo przyprawy wysypują. Kiedyś zapytałem ekspedientki, dlaczego to robią. Powiedziały, że po to, żeby nikt się nie zatruł. Przecież jeśli ktoś znajdzie takie przecięte opakowanie i je zabierze, to wtedy dopiero może się faktycznie zatruć – zauważa.
Skąd taki wybór w jego życiu? – To jest po prostu ciekawe. Nigdy nie wiesz, co znajdziesz. Czasem nic, ale innym razem świetne produkty. Do tego poznaje się nowych ludzi i można uratować sporo dobrych rzeczy. Dzielę się tym, co znajdę, ze znajomymi i rodziną. Oddaję też jedzenie do jadłodzielni – wyjaśnia.
Odkąd zaczął funkcjonować w ten sposób, inaczej patrzy na zakupy. – Jak raz spróbuje się skipowania, to trudno przestać. W kontenerach znajduję to samo, co w sklepie, tylko na przykład dzień po terminie albo w lekko uszkodzonym opakowaniu – przyznaje. To także sposób na oszczędzanie. – Wielu produktów nie muszę kupować, bo je znajduję. Dzięki temu na zakupy wydaję co miesiąc znacznie mniej – mówi.
Ariel freeganizmem zaczęła interesować się około cztery lata temu. – Na początku nawet nie wiedziałam, że to tak się nazywa. Ze znajomymi, kiedy byliśmy gdzieś na spacerze i zauważyliśmy coś ładnego przy śmietniku, po prostu zabieraliśmy to ze sobą. Czasami można tam znaleźć prawdziwe skarby – opowiada.
Jak wspomina, znaleziska bywały bardzo różne. – Raz były to buty na szpilkach w świetnym stanie. Innym razem drukarka, którą później rozłożyliśmy na części, żeby zobaczyć, jak jest zbudowana – mówi.
Z czasem zaczęła zwracać na takie rzeczy coraz większą uwagę. – Im byłam starsza, tym częściej zaczęłam się rozglądać za różnymi przedmiotami. Ludzie często pozbywają się rzeczy z domów czy strychów, a wtedy naprawdę można trafić na perełki. A że interesuję się rzeczami vintage i używanymi, to dla mnie idealne rozwiązanie – podkreśla.
Jej podejście do freeganizmu jest jednak dość wybiórcze. – Od czasu do czasu znajdzie się coś bardziej użytkowego do domu, czasem coś inspirującego do przerobienia albo do jakiegoś ciekawego projektu. Myślę, że to jest kwestia chwili, jeśli coś mnie zaciekawi, zauroczy albo zainspiruje, to po prostu to biorę, a dopiero później zastanawiam się, co mogę z tym zrobić – opowiada.
Szczególną uwagę zwraca na meble. – Czasami trafiają się naprawdę bardzo ładne krzesła, półki czy fotele. Wystarczy je trochę odświeżyć i mogą dostać drugie życie – przyznaje. Ariel regularnie zabiera też kartony wystawiane przy śmietnikach gabarytowych.
– Dzięki temu nie muszę wydawać pieniędzy na nowe w sklepach, a to realnie wpływa na mój budżet – zaznacza. Jak tłumaczy, freeganizm zmienił jej podejście do codziennego funkcjonowania. – Otworzył mnie na to, żeby nie brzydzić się używania rzeczy z drugiej ręki. Nauczył mnie też, że nie trzeba od razu wszystkiego wyrzucać na zawsze. Czasem warto zostawić coś na wierzchu, bo może się okazać, że komuś innemu bardzo się to przyda – dodaje.

