
Tak postawione zadania co do zasady trudno nazwać odkrywczymi. Wojsko podczas wojny ma zabijać wroga. Cele określone u progu piątego roku wojny pokazują jednak, że w tej wojnie gra nie tyle toczy się o przesuwanie frontu, co o krew. O zasoby. To jest walka na wyczerpanie, w której Ukraińcy mają nadzieję w tym roku zacząć wyraźnie wygrywać.
Wybić rosyjski system z równowagi
O tak postawionych przed wojskiem celach mówił wyraźnie w styczniu nowy minister obrony Ukrainy Mychajło Fedorow. To młody, bo 35-letni przedsiębiorca oraz polityk. Do tej pory znany był głównie jako polityczny lider transformacji cyfrowej ukraińskiego państwa, za którą doczekał się licznych pochwał. Postrzegano go raczej jako skutecznego technokratę, nadzorującego kolejne wersje aplikacji dla obywateli, niż człowieka, który ma nadzorować zabijanie w wykonaniu prawie milionowej armii. Wybrano go jednak na ministra obrony, bo w aktualnej postaci potrzebuje ona kogoś metodycznie skutecznego, a przy okazji rozumiejącego nowoczesne technologie. Dodatkowo od dawna jest jednym z bliższych współpracowników prezydenta Wołodymyra Zełenskiego.
Pierwszy konkretny cel Fedorowa to wyeliminowanie 50 tysięcy rosyjskich żołnierzy miesięcznie. „Wyeliminowanych” czyli zabitych i na tyle poważnie rannych, że niezdolnych do dalszej walki. Ukraińcy twierdzą, że aktualnie udaje im się osiągać wynik na poziomie 35 tysięcy osób. Różne oceny niezależne od ukraińskich władz szacują tę liczbę na nieco niższą, ale zasadniczo w okolicy 30 tysięcy zabitych, zaginionych oraz rannych. Przy czym poziom rosyjskiej miesięcznej rekrutacji jest szacowany na rejon 30-35 tysięcy ludzi, co oznacza, że przy aktualnym poziomie strat na froncie, Rosjanie ciągle mają dość sił, aby uzupełniać szeregi. Nawet może z pewną przewagą, którą mogą przeznaczać na rozbudowę liczebną wojska czy zastępowanie ludzi odpływających z niego z innych powodów. Dla Kremla jest to sytuacja względnie stabilna i akceptowalna. Zwłaszcza że jednocześnie Ukraińcy mają problem, którego rozwiązanie jest drugim głównym celem Fedorowa – poważne straty ukraińskiego wojska, które nie wynikają z boju.
Wojna na wyczerpanie ma to do siebie, że trzeba tak działać, by przeciwnik miał straty wyższe niż własna armia. Wtedy może ona dłużej wytrzymać zmagania. W boju Ukraińcy z bardzo dużym prawdopodobieństwem tracą mniej ludzi niż Rosjanie. Oficjalnych danych brak, ale różne szacunki mówią o stratach, stanowiących połowę rosyjskich, albo jeszcze mniejszych. O 500-600 tysiącach zabitych, rannych i zaginionych od początku wojny mówi amerykański think-tank CSIS, opierając się na najnowszych danych. Ukraiński portal „UALosses” podaje liczbę 180 tysięcy zabitych i zaginionych w tym samym okresie, bazując na imiennych nekrologach, listach gończych (za dezerterami) i tym podobnych konkretnych źródłach. Standardowa wojskowa arytmetyka szacuje, że na jednego zabitego przypada średnio trzech rannych, więc zgadzałoby się to z danymi CSIS.
Problem w tym, że od 2024 roku znacząco rośnie Ukraińcom liczba żołnierzy, którzy dezerterują. Podczas swojego wystąpienia przed parlamentem przy okazji nominacji na nowe stanowisko, Fedorow podał liczbę 200 tysięcy. Tyle ma być obecnie otwartych spraw dezerterów i tych, którzy oddalili się od swojego oddziału bez pozwolenia. Ukraińcy rozdzielają te dwie kategorie. Dezerterami określają tych, którzy definitywnie uciekli z wojska. Ci drudzy najczęściej oddalają się na jakiś czas z powodu wyczerpania służbą, jadąc na przykład do rodziny, po czym wracają dobrowolnie. Dodatkowo minister stwierdził, że około dwa miliony osób jest poszukiwanych za unikanie mobilizacji. Słowa Fedorowa były pierwszym oficjalnym przyznaniem się do skali problemu przez tak wysokiego rangą ukraińskiego urzędnika. Liczba dezercji i oddaleń, wraz ze stratami bojowymi, jest tak duża, że pomimo ciągle trwającego poboru, ukraińskie wojsko ma coraz mniej ludzi do dyspozycji.
Nie dopuścić do upadku
Te dwie liczby, 50 tysięcy wyeliminowanych Rosjan miesięcznie i 200 tysięcy dezerterów oraz „samowolnie oddalonych”, zarysowują ogólną strategię Ukraińców na ten rok. Wytrwanie i zwiększenie rosyjskich strat do tego poziomu zaburzyłoby trwającą już od trzech lat równowagę układu, w którym Kreml, przy pomocy pieniędzy, jest w stanie przyciągać do służby dość ludzi. Na razie udaje mu się unikać znacznie bardziej niepopularnej przymusowej mobilizacji, jednocześnie transferując duże sumy do biedniejszych, którzy dzięki temu stają się, jeśli nie zwolennikami wojny, to na pewno jej beneficjentami. Na przestrzeni ostatnich dwóch lat kwoty za podpisanie kontraktu zostały znacząco zwiększone. Ale trzeba pamiętać, że rekrutacja tą drogą też ma swoje limity i znalezienie chętnych będzie coraz trudniejsze. W ocenie Ukraińców, znalezienie 50 tysięcy poborowych miesięcznie byłoby niemożliwe i wymagałoby podjęcia wspomnianej wyżej niepopularnej decyzji.
Ukraińskie wojsko zamierza osiągnąć ten cel, wykorzystując przede wszystkim drony. Głównie te wysyłane przez operatorów, intensywnie rozbudowywanych Wojsk Dronowych, które utworzono w 2025 roku. Ponadto w ramach szerszego programu „Armia Dronów” (Fedorow miał w tym swój udział) stworzono cały system nagród i zachęt dla operatorów, aby zmotywować ich do jeszcze skuteczniejszego polowania na Rosjan. W połowie ubiegłego roku liczba punktów za zabicie rosyjskiego żołnierza została podwojona, co istotnie podniosło wartość polowania na nich. Za zdobyte w ten sposób punkty oddziały dronowe mogą nabywać dla siebie dodatkowe wyposażenie. Minister Fedorow twierdzi, że aktualnie to one odpowiadają za około 80 procent strat zadanych Rosjanom. Cały ten system nie jest jednak pozbawiony wad. Niektórzy ukraińscy żołnierze narzekają, że wykorzystując do zabijania piechoty drony, zatracono szerszą wizję kompleksowego używania bezzałogowców. Rosjanie postępują odwrotnie. Na przestrzeni 2025 roku znacząco zreorganizowali użycie dronów i przenieśli akcent na kompleksowe zwalczanie tak zwanego zaplecza ukraińskich oddziałów frontowych.
Mniej jasne jest, jak Ukraina może sobie poradzić z drugą liczbą, czyli 200 tysiącami ludzi, którzy powinni być na froncie, ale ich nie ma. Masowe ucieczki od broni to głównie efekt dwóch czynników. Po pierwsze skrajnego wyczerpania walką. Cztery lata wojny to ogromne obciążenie dla każdych sił zbrojnych, a co dopiero takich, które nie mają sprawnie działającego systemu uzupełniania strat. Ukraińskie wojsko go niestety nie ma przez wiele zaniedbań sprzed wojny, jak i jej pierwszych dwóch lat, kiedy na fali pierwszego uniesienia patriotycznego, zrezygnowano z systematycznej powszechnej mobilizacji. W efekcie ludzie już będący na froncie, muszą być na nim praktycznie bez przerwy, bo nie ma kim ich zluzować. Rotacje oddziałów z frontu są rzadkie i nieregularne, bo co rusz gdzieś wybucha jakiś kryzys, który trzeba zażegnać. Nie ma czasu na odpoczynek. Zdesperowani żołnierze zapewniają go więc sobie sami, ale takie realia wyczerpią nawet największych patriotów. Ponadto nie nastraja to optymistycznie do służby nowych rekrutów. Nie pomaga powszechna świadomość niedomagania systemu szkoleń, który nie przygotowuje w pełni na realia frontu, zmniejszając szansę na przetrwanie pierwszych dni oraz tygodni. Do tego regularnie można przeczytać w ukraińskiej sieci o nieudolnych i skorumpowanych dowódcach, którzy nie cenią wysoko życia swoich podwładnych, doprowadzając do strat, których można by uniknąć.
Zmiana tego stanu rzeczy wymaga gruntownych przemian w całym ukraińskim wojsku, które choć ma wyspy w postaci dobrze zorganizowanych doborowych oddziałów, to ogólnie jest określane jako mające charakter poradziecki. Na scementowanie tego poglądu miał wpływ fakt, że na fali wojennej rozbudowy pod broń trafiły rzesze oficerów z rezerwy, wychowanych jeszcze w realiach armii ZSRR. Problem w tym, że nie ma ich kim na szybko zastąpić, ani jak gruntownie przeszkolić na nowo. Na krótką metę może pomóc zaostrzanie kar za dezercję oraz samowolne oddalenia, połączone z mocnym uderzeniem w korupcję oraz podniesienie skuteczności poszukiwań, jednak nie rozwiąże to fundamentalnej kwestii.
Zwycięstwo ciągle odległe
Piąty rok wojny będzie więc oznaczał po stronie ukraińskiej jeszcze więcej dronów i jeszcze więcej starań o eliminowanie Rosjan. Jednocześnie znacznie trudniejsze będą zmagania o utrzymanie pod bronią jak największej liczby żołnierzy, aby powstrzymać front od zapadnięcia się pod rosyjską presją. Kontynuacja wojny na wyczerpanie, z wyraźnym położeniem akcentu na bezzałogowce, mające rekompensować niedobór siły żywej, to nic fundamentalnie nowego, wręcz przeciwnie. To więcej tego samego, ale z nadzieją, że teraz uda się przekroczyć krytyczny poziom strat po stronie Rosjan.
Można założyć, że Ukraińcy nie mają nadziei, iż ich osiągnięcie zmusi Rosjan do pokoju. Kreml owszem stara się uniknąć przymusowej mobilizacji, aby nie zwiększać społecznego niezadowolenia. Jednak jeśli będzie musiał po nią sięgnąć, to najpewniej to zrobi. Tak jak zrobił to w ograniczony sposób pod koniec 2022 roku, kiedy po wysokich stratach pierwszych miesięcy wojny zaczął się sypać front. Rosyjskie społeczeństwo wówczas się nie zbuntowało. Ukraińskie wojsko realistycznie nie ma więc możliwości zmuszenia Rosjan do pokoju. Może jedynie zmuszać ich do płacenia jeszcze wyższej ceny za imperialne miraże i trwać w nadziei, że wytrzyma do nadejścia czegoś, co tę wojnę zakończy.

