Czwartek, 27 czerwca. Na spotkaniu Rady Europejskiej Donald Tusk i liderzy krajów bałtyckich słyszą od Olafa Scholza twarde „Nein”. Sprzeciw Berlina dotyczy propozycji finansowania za pomocą zaciąganych przez Unię długów systemu wzmocnienia granic państw UE z Rosją i Białorusią, łączącego polską Tarczę Wschód i litewsko-łotewsko-estońską Bałtycką Linię Obrony. Ale choć kanclerza kilka dni później czekają pierwsze od 2018 r. polsko-niemieckie konsultacje międzyrządowe, które mają być nowym otwarciem między oboma krajami, odmawia poparcia pomysłu, na którym zależy polskiemu premierowi.

Zobacz wideo Kowalski o zrzeczeniu się reparacji: Tusk spłaca dług polityczny wobec Niemców

Niemcy nie chcą się zadłużać na obronę

– Dla liberałów w obecnym rządzie nietykalny jest hamulec długu, mający zapobiec nadmiernemu zadłużaniu się Niemiec. Chadecja, która może za rok przejąć władzę, również należy do obozu oszczędnościowego i zawsze była przeciwko euroobligacjom. Obawiam się, że nawet po zmianie rządu stanowisko Niemiec nie ulegnie zmianie – tłumaczy DW Minna Ålander z Center for European Policy Analysis (CEPA), ekspertka ds. niemieckiej polityki zagranicznej i bezpieczeństwa oraz analityczka ds. bezpieczeństwa Bałtyku i Europy Północnej.

Ålander podkreśla, że to nadchodzące wybory, a nie sam kanclerz Scholz, są głównym powodem różnicy zdań między Berlinem a Warszawą. Jesienią głosować w wyborach do parlamentów krajowych będą mieszkańcy trzech wschodnich landów. A to w praktyce będzie początkiem kampanii do wyborów do Bundestagu w 2025 r.

– Tymczasem obecna koalicja ledwo się trzyma, a każda z trzech partii ma nieprzekraczalne linie negocjacyjne. Więc wspólne zadłużanie się w ramach UE może być bardzo problematyczne. Poza tym niemieckie stanowisko nie jest w UE wyjątkiem – jest tylko najbardziej widocznym przykładem – dodaje Ålander.

– Kanclerz Scholz nie chce zużywać kapitału politycznego na kwestie obronne ze względu na ich skutki finansowe. Nie chce też ryzykować zadłużania się na kolejne wydatki również w kontekście podziałów w niemieckim społeczeństwie w kwestii podejścia do Rosji i Ukrainy – mówi Dylan Macchiarini-Crosson z think-tanku Centre for European Policy Studies (CEPS).

Analityk podkreśla, że inicjatywa Tuska i krajów bałtyckich stała się niejako niepotrzebną i nieprzewidzianą ofiarą wewnętrznych uwarunkowań politycznych Niemiec. Społeczeństwo tego kraju, nawet jeśli jest za zwiększaniem inwestycji w obronę, niekoniecznie poparłoby wydawanie swoich podatków na instalacje na granicach Polski czy Litwy z Rosją. – A w aktualnej koalicji Scholza rozwiązania problemów gospodarczych upatruje się raczej w odpowiedzialnym planowaniu budżetu, niż w zwiększeniu wydatków – dodaje. Istotnie, rezultatem niemieckich negocjacji budżetowych są liczne cięcia i oszczędności – w tym dużo niższy od oczekiwań budżet Bundeswehry. Tuż przed szczytem NATO w Waszyngtonie.

Szczyt NATO: Pieniądze, plany i widmo Donalda Trumpa

„Scholz będzie musiał wyjaśnić, jak Berlin planuje zrealizować swoje zobowiązania dotyczące wydatków na obronę, jeśli budżet nie przewidział takiego wzrostu wydatków, na jaki liczono” – skomentowało „Politico”. Europejczykom zależy na demonstracji jedności na waszyngtońskim szczycie. Zapadną na nim decyzje dotyczące długoterminowego wsparcia Ukrainy, ale na agendzie będzie też potencjalny powrót do władzy w USA Donalda Trumpa. NATO-wskie kraje UE prześcigają się w deklaracjach, jak wiele z nich – 23 z 32 – osiągnęło poziom wydatków na obronność równy 2 proc. PKB.

Ale tak jak różnią się co do sum przeznaczanych na wojsko, tak różnią się również co do tego, jak powinna wyglądać dalsza pomoc Ukrainie, jej ścieżka do Sojuszu i jaką politykę prowadzić w relacjach z NATO z Trumpem w Białym Domu. – Jednym ze sposobów na „uodpornienie” Sojuszu na Trumpa mogłoby być zobowiązanie sojuszników do wydawania pewnej części swojego PKB na pomoc Ukrainie – mówi Dylan Macchiarini-Crosson z CEPS. – Innym – przeforsowany przez Jensa Stoltenberga – fundusz na pomoc NATO dla Ukrainy w wysokości 40 mld euro – dodaje. Odchodzący sekretarz generalny Sojuszu chciał, by był to plan rozpisany na kilka lat, ale za rok NATO podda go jednak ocenie.

A co z europejską obroną? Macchiarini-Crosson podkreśla, że „jeśli Trump podpisze prezydencki dekret, w którym wycofa się ze wsparcia dla Ukrainy i zmniejszy obecność wojskową USA w Europie – to Europa absolutnie nie jest na to gotowa w aspekcie czy to obrony, czy przeznaczenia kolejnych funduszy na zbrojenia”. Analityk dodaje, że choć „nie postawiłby na taki scenariusz, to w przypadku zwycięstwa Trumpa koordynacja między UE a NATO musi się zwiększyć, bo USA nie będą tak stabilnym gwarantem bezpieczeństwa, jak dotychczas”.

Minna Ålander zaznacza, że polityka Trumpa, wymuszająca na europejskich sojusznikach NATO dociągnięcie do poziomu 2 proc. PKB wydatków na obronę, to tylko część problemu, który nazywa się „zobowiązanie USA wobec Europy”. I jest to problem bardziej długoterminowy, niż sam Trump. Ale wiele tu zależy od samych europejskich członków Sojuszu.

Orban sypie piach w trzeszczące tryby jedności UE

– Prawdopodobieństwo, że Europejczycy na forum NATO będą jednością, jest niewielkie – choćby patrząc na to, jak Viktor Orban wykorzystał świeżo objętą prezydencję Węgier w Radzie UE. I patrząc na to, jak trudne jest dla Europejczyków wspólne działanie, istnieje ryzyko, że Trump – jeśli wygra – może pogłębić te podziały, skupiając się na bilateralnych relacjach z poszczególnymi państwami Unii – lub też one same tak zareagują na jego wybór – komentuje ekspertka CEPA.

– Choć między europejskimi krajami NATO będzie na szczycie coś w rodzaju konkursu piękności, to wygląda na to, że nie opracowały one jeszcze wspólnej strategii ze względu na różnice w podejściu do relacji transatlantyckich. Przedterminowe wybory w Wielkiej Brytanii i Francji też tu nie pomogły, choć ich rezultaty nie przyniosły władzy skrajnej prawicy. Ale ogólnie na Zachodzie jest duży chaos, który nie pomaga w budowaniu jedności – ocenia Minna Ålander.

Jeśli nie z Niemcami, to z kim?

Po niemiecko-polskich konsultacjach – gdzie kością niezgody okazały się też odszkodowania dla żyjących polskich ofiar III Rzeszy – Tusk, stojąc obok Scholza, ocenił, że jest „zirytowany” niemieckim oporem w kwestii zadłużania na obronę i konkurencją planów dotyczących obrony Europy (Polska wcześniej wyraziła chęć przystąpienia do planu obrony powietrznej, forsowanego przez Scholza). Choć równocześnie polski premier podkreślał, że z zadowoleniem przyjął gotowość Niemiec do wzięcia odpowiedzialności za ochronę wschodniej granicy UE razem z innymi państwami członkowskimi.

Zdaniem Minny Ålander ta kwestia to trochę test siły Niemiec w UE i tego, czy ich wpływ będzie nadal na tyle silny, by obronić swoją pozycję i mieć ostatnie słowo przy budowaniu w UE większości wokół konkretnych spraw – jak choćby polsko-bałtycka inicjatywa obronna. Ale ekspertka nie przewiduje zmiany zdania Berlina – nawet jeśli przez rok na wojnie może zmienić się dosłownie wszystko – bo zgoda na zaciąganie unijnych długów przez Scholza otworzyłaby chadecji pole do ataku na koalicję przed wyborami.

– Nic nie zabrania Polsce, aby próbowała przeforsować tę inicjatywę, zbierając wokół niej koalicję chętnych krajów, np. Bałtów czy Skandynawów – dodaje Dylan Macchiarini-Crosson z CEPS. Jego zdaniem rząd Tuska będzie szukał sposobu, aby wprowadzić ją w życie, choć niekoniecznie w ramach całej UE. – Kanałów, którymi można ją przepchnąć, jest wiele – zaznacza – i niekoniecznie trzeba z tego robić sprawę „Tusk kontra Niemcy”.

Artykuł pochodzi z serwisu Deutsche Welle.

Udział
© 2024 Wiadomości. Wszelkie prawa zastrzeżone.