Prawo do miłości. Polityka nie zakazuje, ale robi coś bardziej wyrafinowanego

Mit świętego Walentego, patrona zakochanych, funkcjonuje w świecie, w którym o kształcie miłości decyduje już nie tylko uczucie. Nawet nie warunki społeczne. Coraz częściej decyduje o nim prawodawca. Dodajmy: prawodawca wybiórczy, zaślepiony i zaborczy. Taki, który jedną miłość sankcjonuje, chroni i premiuje, a inną traktuje jak wstydliwy romans z mezaliansem w tle – do przeżywania wyłącznie w czterech ścianach. Bezszelestnie. Święty Walenty uzdrowił ze ślepoty córkę Kratona. Może przydałby się także cud uzdrowienia polskiego ustawodawcy. A przy okazji także prezydenta. 

Co mówi konstytucja 

Pomimo istnienia wolności osobistej (zgodnie z art. 31 ust. 1 Konstytucji RP), można pokusić się o tezę, że polskie prawo nadmiernie wartościuje relacje międzyludzkie. Jednym daje pełen pakiet ochronny oraz symboliczną pieczęć akceptacji, innym oferuje co najwyżej dobrą radę, aby „nie afiszować się z uczuciem”. I nie mam na myśli wyłącznie związków osób tej samej płci, ale także tych osób heteroseksualnych, które nie chcą zawierać małżeństwa, jednak jednocześnie chciałyby zapewnić sobie w związku stabilność i ochronę. 

Zobacz wideo Pokolenie singli. Co to będzie z miłością

W tej sytuacji politycy powołują się na brzmienie art. 18 Konstytucji RP: przecież małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny podlega szczególnej ochronie Rzeczypospolitej. Zdaniem niektórych, to wyklucza istnienie jakichkolwiek innych zinstytucjonalizowanych form związków poza małżeństwami. Prawnicy w większości nie mają tyle pewności, ile politycy. Dlatego regularnie trwa poszukiwanie przeszkód do uchwalenia związków partnerskich. Taką przeszkodą może być dowolna kwestia, jak chociażby ryzyko wyłudzenia gruntów rolnych albo świadczeń związanych z pełnieniem służby wojskowej. Na takie poważne ryzyka wskazywali w oficjalnych dokumentach – bez zaskoczenia – politycy PSL. Jak się okazuje, także trzecia droga może prowadzić w ślepy zaułek. 

Obecnie w Sejmie procedowany jest projekt ustawy o statusie osoby najbliższej (aby broń Boże nie nazwać takiej osoby partnerem partnera lub partnerką partnerki). Uchwalenie przepisów ma umożliwiać m.in. ustanowienie wspólności (lub rozdzielności) majątkowej, prawo do korzystania z mieszkania, dostęp do informacji o stanie zdrowia i dokumentacji medycznej, możliwość objęcia partnera ubezpieczeniem zdrowotnym czy ogarnięcie spraw testamentowych. Nie będzie ceremonii przed Kierownikiem USC, nie będzie adoptowania dzieci. Mimo że w projekcie przewiduje się uregulowanie zupełnie podstawowych kwestii życia codziennego, to drażni on wiele środowisk. Nie podoba się m.in. doktorce habilitowanej Małgorzacie Manowskiej, zawiadującej Sądem Najwyższym. Zresztą tylko naiwni liczą, że prezydent Najjaśniejszej znajdzie długopis, aby taką ustawę podpisać. 

Gorzką pigułką pozostaje również zmiana wzoru aktów stanu cywilnego. W związku z głośnym wyrokiem TSUE z 25 listopada 2025 r. opracowywany jest projekt rozporządzenia, które ma umożliwić rejestrację małżeństw jednopłciowych zawartych w innych krajach UE. W dokumentach ma pojawić się „małżonek pierwszy” i „małżonek drugi” – zamiast męża i żony. Jak długo ostoi się taka zmiana prawa? Zapewne do czasu, gdy do głosu dojdzie ktoś, kto żony nigdy nie miał. 

Co z rozwodami 

Z małżeństwami w ogóle jest problem. Głównie taki, że ludziom czasami się nie układa i są zmuszeni do rozstania się. To rodzi niesmak i ból. Nie tylko u zainteresowanych, ale jak się okazuje także u elit politycznych. Rozstania są nieeleganckie i nie podobają się Kościołowi katolickiemu. A to niedobrze, bo wciąż panuje przekonanie, że lepiej go nie drażnić.  

Rozwody pozasądowe, których projekt znajduje się w Sejmie, miałyby być przeznaczone dla małżeństw, między którymi nastąpił zupełny i trwały rozkład pożycia. Para musiałaby być w związku małżeńskim dłużej niż rok i nie mieć wspólnych małoletnich dzieci, ani dzieci poczętych. Rozwód miałby być przeprowadzany przed Kierownikiem Urzędu Stanu Cywilnego. Podczas dyskusji w izbie niższej parlamentu Maria Kurowska z PiS podnosiła, że jest „to próba destabilizacji instytucji małżeństwa poprzez lekceważenie rozwodu. Ta ustawa to pozorna pomoc dla małżeństw”. 

Artur Szałabawka z tego samego ugrupowania wzburzony podnosił: „Wprowadzając tę ustawę, wspieracie męskich szowinistów, a działacie przeciwko kobietom”. Po czym dodał: „Jesteście niepoważni. Nie szanujecie kobiet, nienawidzicie ich. Tacy jesteście”. Trudno jest przypuszczać, że pierwszy obywatel taką ustawę podpisze. Niech więc trwa miłość, nawet na siłę. Rozwód to przecież zupełnie co innego niż unieważnienie małżeństwa zgodnie z prawem kanonicznym. Pierwsze rodzi niesmak, drugie powoduje podziw. Skutek jest jednak taki sam. Można bezkarnie wracać na Tindera. Należy dodać, że obradom w Sejmie przewodniczył Krzysztof Bosak. Jak mawia młodzież: to dla fabuły. 

Co z edukacją seksualną 

Jak już o młodych. Do szkoły nie przedostała się przymusowa opowieść o tajemnicach alkowy. MEN chciał w ramach obowiązkowej edukacji zdrowotnej uczyć m.in. o cielesności człowieka, ale okoniem stanął wicepremier Władysław Kosiniak-Kamysz. Z wykształcenia lekarz, z zamiłowania ludowy hamulcowy.  

Naczelna Rada Lekarska (o zgrozo!) przekonywała niedawno MEN, że edukacja zdrowotna powinna być obowiązkowa. Barbara Nowacka, ministra edukacji, mówiła w programie Graffiti, że przedmiot powinien być obligatoryjny, a decyzja o tym oraz o ostatecznym kształcie przedmiotu ma zapaść do końca marca. Jeśli się nie uda, to będzie ewidentna wpadka. I to już druga. Istnieje ryzyko, że młodzież nadal będzie uprawiać seks bez zbędnego gadania o nim w szkole. 

Co z pigułką dzień po 

À propos wpadek, to po stronie sukcesów zanotować należy, że wciąż można liczyć na względnie szybką dostępność antykoncepcji awaryjnej. W ramach pilotażowego programu sprzedają ją (po wystawieniu recepty farmaceutycznej) apteki, które znaleźć można na stronach rządowych. Jak pokazują dane opracowane przez inicjatywę „Poranek Po” w 2025 r., w polskich aptekach wystawiono blisko 53 tys. recept na antykoncepcję awaryjną. Najczęściej po nią sięgały osoby w wieku 19-40 lat, co stanowiło 69 proc. wszystkich przypadków.  

Przypomnijmy, że w 2023 r. były prezydent Andrzej Duda zawetował ustawę umożliwiającą dostęp do tabletki „dzień po”. Rząd wdrożył wyjście awaryjne i dostęp do niej zagwarantował poprzez zmianę rozporządzenia. W 2017 r. na stronie internetowej niedziela.pl ks. Andrzej Kobyliński, uchodzący za raczej liberalnego duchownego, dywagował na temat ceny stosowania ellaOne w Polsce. „Stosowanie tabletek ellaOne w Polsce jest bardzo poważnym problemem o charakterze moralnym” – pisał. Duda wziął sobie to do serca i postanowił zaludniać kraj wbrew woli osób odbywających stosunek. Zapewne rachunek wydał mu się prosty. EllaOne kosztuje ok. 110 zł, a po urodzeniu dziecka dostajesz co miesiąc 800 zł. Dziwne, że nie każdy chce skorzystać. Przecież już w pierwszym miesiącu jest się na plusie. 

Co z dostępem do aborcji i in vitro 

Na pisanie o aborcji szkoda słów. Po półmetku rządów koalicja wciąż nie może dojść do porozumienia, w jakich sytuacjach powinna być ona dostępna. Zapewne naiwni są ci, którzy liczyli na zmianę. W końcu Szymon Hołownia, zanim został marszałkiem, był showmanem z TVN-u, a jeszcze wcześniej kościelnym gawędziarzem bez papierów na odprawianie mszy. 

Na plus należy zaliczyć fakt wprowadzenia finansowania in vitro. Tutaj państwo rzeczywiście stanęło po stronie realnych potrzeb ludzkich, a nie ideologicznych lęków i moralizatorskich pouczeń. To pomogło wielu kochającym się ludziom, którzy doczekali się w końcu wspólnego dziecka. 

Święto zakochanych to dobry moment, by przypomnieć, że miłość nie potrzebuje ustawy, aby istnieć. I choć prawa do miłości na próżno szukać w Konstytucji RP, to znajdziemy w niej godność, wolność czy prawo do decydowania o swoim życiu osobistym. Są to prawa i wolności, które swoje źródło mają w samym fakcie bycia człowiekiem. A to właśnie z człowieczeństwa wyrasta prawo do tworzenia relacji, bliskości czy wyboru drugiej osoby – zgodnie ze swoimi przekonaniami.  

Problem w tym, że politycy traktują prawa człowieka nie jako normy, których należy przestrzegać, tylko co najwyżej wskazówki interpretacyjne bez mocy wiążącej. Polityka nie zakazuje dziś określonej miłości. Robi coś bardziej wyrafinowanego: decyduje, które uczucie zasługuje na bycie zauważonym. Święty Walenty patronuje zakochanym, a Polska wciąż próbuje nauczyć ich, jak i kogo mają kochać. Reglamentacja miłości powinna być niekonstytucyjna z natury rzeczy. 

Udział
Exit mobile version