
-
Rada Pokoju i „jeden, by wszystkimi rządzić”
-
Członkowie, zaproszenia i miliardowa opłata
-
Karol Nawrocki z zaproszeniem do Rady Pokoju. Co z konsultacjami z rządem?
-
Do kiedy decyzja?
-
Rada Pokoju jak „prywatna” ONZ?
-
Rada Pokoju a druga faza rozejmu w Strefie Gazy
Rada Pokoju pierwotnie miała być organem nadzorującym odbudowę zniszczonej wojną Strefy Gazy. Jednak ze statutu organizacji, do którego dotarła AFP, wynika, że rola tej instytucji nie ograniczy się wyłącznie do Bliskiego Wschodu. Ma to być „organizacja międzynarodowa, której celem jest promowanie stabilności, przywracanie wiarygodnych i zgodnych z prawem rządów oraz zapewnianie trwałego pokoju na obszarach dotkniętych konfliktami lub nimi zagrożonych„.
Wcześniej „Financial Times” donosił, że amerykańscy urzędnicy przedstawili pomysł na rozszerzenie Rady Pokoju o inne „punkty zapalne” na świecie, takie tak Wenezuela czy Ukraina.
Rada Pokoju i „jeden, by wszystkimi rządzić”
Zgodnie z aktem założycielskim Rady Pokoju jej przewodniczącym będzie Donald Trump – podaje agencja AFP. Nie „prezydent Stanów Zjednoczonych”, a konkretnie – Trump. To w jego rękach ma być skupiona cała władza.
Poza tym, że będzie przewodniczył Radzie, ma także „odrębnie pełnić funkcję inauguracyjnego przedstawiciela Stanów Zjednoczonych Ameryki”.
Co więcej, jak wynika z dokumentu cytowanego przez AFP, to Trump wybiera skład Rady Wykonawczej – o jej członkach za chwilę – którzy mają być „liderami o globalnym znaczeniu” i „pełnić dwuletnie kadencje, z możliwością odwołania przez Przewodniczącego”.
Może on również, „działając w imieniu Rady Pokoju”, „przyjmować rezolucje lub inne dyrektywy”.
Zastąpienie przewodniczącego może mieć miejsce jedynie w przypadku „dobrowolnej rezygnacji lub niezdolności do pełnienia funkcji”.
Członkowie, zaproszenia i miliardowa opłata
Jak zostać członkiem Rady Pokoju? Najpierw trzeba otrzymać zaproszenie od prezydenta USA. Według agencji AFP i Reutera, zaproszenia powędrowały do przedstawicieli 60 krajów.
Według statutu każdy członek „pełni kadencję nie dłuższą niż trzy lata”. Można jednak zapewnić sobie stałe członkostwo. Jak? Wpłaceniem na rzecz Rady Pokoju miliarda dolarów.
Rada ma zwoływać „posiedzenia z prawem głosu co najmniej raz w roku”, a „każde państwo członkowskie będzie dysponować jednym głosem”. Jak podaje dalej AFP, chociaż wszystkie decyzje wymagają „większości obecnych i głosujących państw członkowskich”, będą one jednocześnie „podlegać zatwierdzeniu przez Przewodniczącego, który może również oddać głos w charakterze Przewodniczącego w przypadku remisu”.
Biały Dom poinformował, że „aby wcielić w życie wizję Rady Pokoju (…) powołano Radę Wykonawczą”. W jej skład wchodzą:
-
sekretarz stanu USA Marco Rubio,
-
Steve Witkoff, specjalny negocjator Trumpa,
-
Jared Kushner, zięć Trumpa,
-
Tony Blair, były premier Wielkiej Brytanii,
-
Marc Rowan, amerykański miliarder i finansista,
-
Ajay Banga, prezes Banku Światowego,
-
Robert Gabriel, współpracownik Trumpa w Radzie Bezpieczeństwa Narodowego.
Na liście zaproszonych znalazły się nazwiska budzące kontrowersje, m.in. Władimir Putin i Alaksandr Łukaszenka.
Zaproszenie dostał także prezydent Francji Emmanuel Macron, który jednak nie planuje dołączenia do gremium. Donald Trump w odpowiedzi na ten ruch zapowiedział 200-procentowe cła na francuskie wina.
Karol Nawrocki z zaproszeniem do Rady Pokoju. Co z konsultacjami z rządem?
– Co do finalnych decyzji, to proszę pozwolić, aby najpierw strona amerykańska poznała odpowiedź prezydenta RP – powiedział w poniedziałek dziennikarzom Marcin Przydacz, szef Biura Polityki Międzynarodowej Kancelarii Prezydenta RP.
Odniósł się też do informacji o zaproszeniu do gremium prezydenta Rosji Władimira Putina.
– Mamy tutaj skrajnie różne oceny i opinie sytuacji międzynarodowej, myślę, że skrajnie różne cele co do polityki międzynarodowej. Natomiast w dyplomacji nigdy nie jest tak, że można rozmawiać tylko z tymi, z którymi się w 100 proc. zgadzamy – powiedział.
Choć odpowiedź na zaproszenie leży w gestii prezydenta, przystąpienie Polski do międzynarodowej organizacji jest sprawą bardziej skomplikowaną. – Sytuacja jest ważna, istotna, dotyczy bezpieczeństwa regionu bliskowschodniego, ale w liście (…) jest wprost napisane nie tylko o powołaniu jakiegoś nieformalnego ciała w postaci Rady Pokoju, ale także i o ewentualnych ramach prawnych przyszłej organizacji, więc w tym sensie wszyscy doskonale wiemy, że potrzebna jest współpraca pomiędzy stroną rządową a Kancelarią Prezydenta – wskazał Przydacz.
Niedługo później premier Donald Tusk napisał w serwisie X: „Przystąpienie Polski do organizacji międzynarodowej wymaga zgody Rady Ministrów i ratyfikacji przez Sejm. Rząd kierować się będzie wyłącznie interesem i bezpieczeństwem państwa polskiego. I nikomu nie damy się rozegrać”.
Czasu na decyzję nie zostało wiele. Według mediów, m.in. Bloomberga i „The Times of Israel”, Trump chce, by do podpisania statutu organizacji doszło w czwartek w Davos w Szwajcarii, gdzie odbywa się 56. Światowe Forum Ekonomiczne.
Rada Pokoju jak „prywatna” ONZ?
Tymczasem coraz głośniej słychać komentarze, że Donald Trump próbuje stworzyć „prywatną ONZ”.
– Choć dziś działanie Organizacji Narodów Zjednoczonych jest de facto sparaliżowane, to proponowana Rada Pokoju nie stanowi dla ONZ żadnej alternatywy – komentuje dr hab. Daniel Boćkowski, prof. Uniwersytetu w Białymstoku, historyk, kierownik Zakładu Bezpieczeństwa Międzynarodowego na Wydziale Stosunków Międzynarodowych UwB.
I choć rozmówca Interii nie uważa, że zwoływane przez Trumpa gremium mogłoby zastąpić ONZ, przyznaje, że określenie „prywatny” w tym przypadku opisuje cele prezydenta USA.
– Rada Pokoju ma być organizacją, w której to on będzie miał nieograniczone możliwości i to nie on, a jemu będą płacić – wskazuje prof. Boćkowski. Dodaje, że Trump nie znosi ograniczeń, jakie na jego politykę nakłada członkostwo w różnych organizacjach międzynarodowych.
Niechęć do Organizacji Narodów Zjednoczonych mogą potwierdzić ostatnie decyzje prezydenta USA. Na początku stycznia podpisał on rozporządzenie wykonawcze, które zawiesza udział Stanów Zjednoczonych w dziesiątkach agencji, komisji i paneli doradczych ONZ. Chodzi o instytucje zajmujące się m.in. klimatem, pracą, migracją oraz innymi obszarami, które administracja USA określiła jako „inicjatywy sprzeczne z amerykańskimi interesami”. W praktyce oznacza to wycofanie się Stanów Zjednoczonych z 66 organizacji międzynarodowych.
A czy Rada Pokoju może się udać? Prof. Boćkowski jest, delikatnie mówiąc, sceptyczny. – Oceniam to jako kolejny krok, mający podważać dotychczasowy międzynarodowy ład. Donald Trump chce zbudować własny ład, w którym dostaje nagrody za pokój. Tylko pokój Trumpa wygląda tak: jak ci się nie podoba, to się wyprowadź. To smutne i przeczy logice – mówi.
Dobór członków nazywa „co najmniej dziwnym”. – Kto ma decydować o pokoju? Putin z Łukaszenką? – pyta. – Nie wyobrażam sobie, żebyśmy się znaleźli w radzie, w której są dzisiejsi przywódcy Rosji i Białorusi, a jednocześnie widzę, że te zaproszenia są pewną formą szantażu – wskazuje ekspert.
Ma także wątpliwości, jeśli chodzi o samą Strefę Gazy. – Nie wiem, jak Trump sobie wyobraża działanie w Strefie Gazy, której część kontroluje Izrael, część Hamas, a przedstawiciele zaproszeni do Rady Pokoju reprezentują sprzeczne interesy – wskazuje.
Nie wyobrażam sobie, żebyśmy się znaleźli w radzie, w której są dzisiejsi przywódcy Rosji i Białorusi, a jednocześnie widzę, że te zaproszenia są pewną formą szantażu.
Rada Pokoju a druga faza rozejmu w Strefie Gazy
Według planów Białego Domu przedstawicielem ds. Strefy Gazy w Radzie Pokoju ma zostać Nikołaj Mładenow, bułgarski dyplomata, były specjalny koordynator ONZ ds. procesu pokojowego na Bliskim Wschodzie. Miałby on pełnić funkcję łącznika między organizacją a nowymi lokalnymi władzami – Narodowym Komitetem Administracji Strefy Gazy. Rada Pokoju ma być organem nadzorującym pokój.
Wojna w Strefie Gazy między Izraelem a Hamasem trwała blisko dwa lata. Rozejm podpisano 10 października 2025 roku, co Donald Trump przedstawiał jako osobisty sukces.
Obie strony konfliktu zarzucają sobie jednak łamanie porozumienia. Według kontrolowanego przez Hamas resortu zdrowia w atakach Izraela przeprowadzonych po podpisaniu porozumienia zginęło ponad 400 osób.
W nowym Narodowym Komitetem Administracji Strefy Gazy nie będzie członków Hamasu, który przystał na oddanie władzy. Nie chce jednak złożyć broni.
Drugi etap rozejmu zakłada też m.in. wprowadzenie do Strefy Gazy międzynarodowych sił stabilizacyjnych. Do tej pory nie ustalono jednak zasad ich funkcjonowania i składu.
Justyna Kaczmarczyk
kontakt do autorki: justyna.kaczmarczyk@firma.interia.pl

