
Kluczowe momenty trwającej sagi z gruntowną reformą systemu ochrony zdrowia to końcówka ubiegłego tygodnia, ale też wtorek i środa w tym tygodniu.
W czwartek minister zdrowia Jolanta Sobierańska-Grenda spotkała się z klubem parlamentarnym Koalicji Obywatelskiej. Miała zaprezentować posłom i posłankom swoje pomysły na reformę systemu ochrony zdrowia, której oczekuje od niej premier, i poprosić o polityczne wsparcie w ich wdrażaniu.
W piątek do kryzysu w ochronie zdrowia odniósł się Donald Tusk. Szef rządu postawił Sobierańskiej-Grendzie publiczne ultimatum: plan kompleksowych reform ma trafić na jego biurko do wtorku, a jeśli tak się nie stanie albo propozycje nie zyskają jego aprobaty, przyjdzie czas na ruchy kadrowe.
Wtorek i środa to ostatni akt trwającego polityczno-zdrowotnego serialu. We wtorek minister zdrowia ma przedstawić premierowi finalną wersję swoich propozycji. Następnie, jeszcze we wtorek albo już we środę, zaprezentować je opinii publicznej. Jeśli sugerowane przez resort zdrowia rozwiązania nie spodobają się premierowi, najpóźniej we środę ma dojść do korekt personalnych. W tym kontekście wymienia się przede wszystkim samą Sobierańską-Grendę, jak również prezesa Narodowego Funduszu Zdrowia (NFZ) Filipa Nowaka.
Spotkanie bez konkretów. Prezes NFZ „zebrał baty na klubie”
Zacznijmy od czwartkowego spotkania polityków Koalicji Obywatelskiej z minister zdrowia. Od kilku osób, które brały w nim udział, słyszymy, że dla polityków formacji rządzącej okazało się ono sporym rozczarowaniem.
– Pani minister przyszła i powiedziała, że ma dla nas… prezentację. No, ludzie po prostu zawyli, że w takiej sytuacji, w takim kryzysie mamy sobie obejrzeć prezentację. Przepraszam bardzo, ale to jest żenujące – irytuje się jedna z parlamentarzystek KO. Jak dodaje, podczas spotkania „było dużo pytań, dużo kwestii poruszonych, ale też dużo żalu”.
Jak mówią nasi rozmówcy, pomysł puszczenia posłom prezentacji został momentalnie spacyfikowany i spotkanie przyjęło formę panelu pytań i odpowiedzi. Prezentację politycy KO mają natomiast otrzymać w formie drukowanej.
Rzecz w tym, że chociaż pytań i wątpliwości od polityków było bardzo dużo, to konkretnych odpowiedzi od szefowej resortu zdrowia jak na lekarstwo. – Przekazała nam, że coś uzgodniła, coś jeszcze uzgadnia, ale irytujące było to, że nie podała tak naprawdę żadnych konkretów, więc ja nie wiem, jak ona prowadzi rozmowy z premierem – zżyma się kolejny z polityków biorących udział w spotkaniu.
Jak mówi, wszyscy rozumieją, że „pewne kwestie muszą być hermetyczne, bo jak nie będą, to się spali temat, ale tutaj oczekiwania i presja są zbyt duże, żeby tak się bawić”. Część z naszych rozmówców mówi nawet wprost, że spotkanie odbyło się zbyt wcześnie i powinno do niego dojść dopiero, gdy minister Sobierańska-Grenda będzie gotowa pokazać wszystkie konkrety.
Skoro teraz na konkrety było zbyt wcześnie, to dlaczego szefowa resortu zdrowia pojawiła się na spotkaniu z politykami największej formacji w rządzie? Jednym z motywów była chęć uspokojenia posłów, którzy po ostatnich tygodniach i eskalującej aferze wokół Szpitala Południowego też domagali się odpowiedzi na kluczowe kwestie.
Nie to było jednak najważniejsze. – Przyszła do nas po poparcie polityczne dla przygotowywanych zmian. Tak oceniam ten klub. To był dla niej ważny argument we wszelkich późniejszych rozmowach – mówi jedno z naszych źródeł w KO.
Tak, prezes NFZ zebrał srogie baty na klubie. Dużo większe niż pani minister
Jak dodaje, minister wyszła ze spotkania „z przekonaniem, że jest gotowość całego klubu do zmian. I to było chyba w tym spotkaniu kluczowe”. – Dostała od nas informację, że jesteśmy gotowi zmierzyć się z problemem, że wiemy, jak ciężka może być sytuacja – potwierdza nasza rozmówczyni.
Chociaż za wielu konkretów posłowie i posłanki nie usłyszeli, to – jak się dowiadujemy – rozmowy dotyczyły przede wszystkim trzech tematów: zmian organizacyjnych w systemie ochrony zdrowia, wyceny procedur medycznych i kominów płacowych.
Co ciekawe, chociaż minister Sobierańska-Grenda musiała odpowiadać na trudne pytania, to nie ona była celem najostrzejszych ataków polityków. Nasi rozmówcy mówią, że najmocniej oberwało się szefowi NFZ Filipowi Nowakowi. – Tak, zebrał srogie baty na klubie. Dużo większe niż pani minister – relacjonuje jedno ze źródeł Interii.
– Nikt nie może pojąć, jak to jest, że NFZ nie kontrolował i nie kontroluje nawet kwestii wynagrodzeń lekarzy, nie mówiąc już o bardziej szczegółowych sprawach – to już głos innego z naszych rozmówców. Polityk dodaje po chwili: – Zakładam, że sam Nowak może być częścią tych zmian i rozwiązań, on jest najwyżej na liście.
Po czwartkowym posiedzeniu klubu Koalicji Obywatelskiej z Jolantą Sobierańską-Grendą w piątek głos zabrał premier Donald Tusk. Szef rządu nie przebierał w słowach. Oświadczył, że do wtorku oczekuje od swojej podwładnej prezentacji pełnej strategii zmian w ochronie zdrowia, a jeśli jej nie zobaczy lub jeśli uzna ją za nietrafioną, to najpóźniej w środę sięgnie po argument zmian kadrowych.
– Zachowanie premiera pokazuje emocje i oczekiwania, które towarzyszą tej sprawie – ocenia jeden z doświadczonych parlamentarzystów KO. – Nawet u Tuska to jest coś kompletnie nowego, bo nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek wcześniej stosował formę publicznego ultimatum wobec któregoś ze swoich ministrów – dodaje mocno zaskoczony polityk.
Inne z naszych źródeł: – Premier w piątek był naprawdę wkurzony. On wie, że rząd ma sporo sukcesów – weźmy chociażby program SAFE, który ma szansę stać się kołem zamachowym polskiej gospodarki – a tu wybucha mu w rękach problem w ochronie zdrowia, o którym mówi cała Polska, bo dotyczy to 37 mln Polaków. I już nie można cieszyć się z sukcesu, tylko trzeba gasić pożar. Więc tak, premier chce rozwiązań, chce ich tu i teraz, a jeśli ich nie dostanie, to polecą głowy.
Szef rządu jasno sprecyzował, czego oczekuje od resortu zdrowia w pierwszej kolejności. Wskazał trzy fundamentalne problemy.
Pierwszym jest zakończenie funkcjonowania tzw. saloników VIP w państwowych szpitalach. Chodzi o miejsca, w których nieliczna grupa wybranych osób otrzymuje preferencyjne traktowanie ze względu na posiadane znajomości.
Druga sprawa to ukrócenie praktyki tzw. zeszytów, a więc nieformalnych list pacjentów, których należy obsługiwać poza oficjalnymi kolejkami na konsultacje i zabiegi. – Musimy naprawić system tak, aby ludzie niemoralni nie mogli wykorzystywać luk i niesprawności systemu i bokiem obchodzić kolejkę – ocenił premier. I dodał, że odpowiedzią na ten problem ma być system centralnej e-rejestracji, nad którą prace rząd chce „maksymalnie skrócić”.
To jest trochę gra w ruletkę, obstawiasz czerwone albo czarne i masz szanse 50/50
Trzecim problemem wskazanym przez szefa rządu są tzw. kominy płacowe w ochronie zdrowia. Celem rządu jest wyeliminowanie sytuacji, w których medycy wykorzystują luki systemu do osiągania horrendalnych wynagrodzeń. – W interesie tych 99 proc. lekarek, lekarzy, pielęgniarzy, pielęgniarek, ciężko pracujących dla naszego zdrowia, dla naszego bezpieczeństwa, w naszym wspólnym interesie jest ograniczenie, daj Bóg wyeliminowanie tych zwyrodnień i nadużyć, które psują markę zawodu i które prowokują też niektórych do hejtu – przekonywał Tusk.
Prezydent, czyli znak zapytania
Tak dochodzimy do tego, co wydarzy się we wtorek i środę. A w ocenie naszych rozmówców, wydarzyć może się niemal wszystko, bo sytuacja jest niezwykle dynamiczna i politycznie podbramkowa.
Z jednej strony, w KO i rządzie wszyscy zgodnie podkreślają, że takiej koniunktury na poważne zmiany w ochronie zdrowia nie było od lat, a być może nawet od dekad. I grzechem, z perspektywy państwa, byłoby tego nie wykorzystać.
Z drugiej strony, rządzący doskonale wiedzą, że zmiany w ochronie zdrowia to jak zabawa w sapera. Wystarczy jeden błąd i reforma wybucha ci w rękach. W Koalicji 15 Października wszyscy pamiętają, jak skończył Jerzy Buzek i jego rząd, a przecież za nieco ponad rok wybory parlamentarne, w których i bez przebudowy systemu ochrony zdrowia Koalicja Obywatelska będzie mieć ciężko.
Nasi rozmówcy wskazują też na dodatkowe ryzyko, czyli Karola Nawrockiego. Podjęcie ryzyka reformy ochrony zdrowia na rok przed wyborami to karkołomne zadanie, ale jeśli dodać do tego prezydenta, który zechce przy tym ograć rząd, misja robi się niewykonalna.
– On podejmuje decyzje w zależności od nastrojów społecznych, a nie w zależności od tego, co należy zrobić. Na każdej decyzji chce tylko maksymalnie zyskać politycznie. A czy system ochrony zdrowia padnie, czy nie, to już go zwyczajnie nie interesuje. Uważa, że to nie jego problem – ocenia jedna z posłanek KO.
W KO słychać też jednak głosy, że właśnie ze względu na nastroje społeczne popierające radykalną reformę, pojawia się szans na przyparcie prezydenta Nawrockiego do muru. Jeśli będzie chciał storpedować jedną czy kilka proponowanych przez rządzących reform, ci w kampanii parlamentarnej będą przedstawiać go jako hamulcowego zmian i adwokata uprzywilejowanych grup interesu.
Trzy warianty i trzy skale ryzyka
Fundamentalne pytanie w tej sytuacji brzmi: ile politycznej odwagi będzie mieć premier i jak dużo zechce zaryzykować. Od tego zależy skala zmian, na którą rządzący zdecydują się na 16 miesięcy przed wyborami. Na stole jest bowiem kilka wariantów.
Scenariusz bezpieczny to wzięcie na tapet kwestii saloników VIP, „zeszytów” oraz ewidencji czasu pracy lekarzy, żeby nie dochodziło do sytuacji, gdy medyk pracuje „ciągiem” przez 70, 80 czy nawet ponad 100 godzin. Narzędziami w rękach rządzących byłyby m.in. centralna e-rejestracja oraz bardziej wnikliwe kontrole NFZ. Pozwoliłoby to wyeliminować rażące obywateli uprzywilejowanie wąskiej grupy wybranych, jednocześnie nie następując zbyt mocno na odcisk lekarskim grupom interesu.
Scenariusz umiarkowany to zabranie się za wynagrodzenia lekarzy. W grę wchodziłyby m.in. likwidacja tzw. kominów płacowych, windujących wynagrodzenia medyków do niebotycznych rozmiarów, pracy na akord, czyli wynagradzania lekarzy za liczbę wykonanych procedur medycznych, a nie przepracowane godzin, a także limity kwotowe na wynagrodzenia dla lekarzy (to miałoby pomóc szpitalom, żeby pensje personelu medycznego nie „zjadały” nawet 100 proc. budżetu placówki).
Premier w piątek był naprawdę wkurzony. (…) chce rozwiązań, chce ich tu i teraz, a jeśli ich nie dostanie, to polecą głowy
Wreszcie scenariusz optymalny. Ten zakłada gruntowną reformę całego systemu i uderzenie w źródło problemów. A tym, w ocenie rządzących, jest dysfunkcjonalna sieci szpitali. W grę wchodziłyby zatem m.in. konsolidacja i likwidacja zarówno nierentownych oddziałów szpitalnych, jak i części placówek. To właśnie nierentowność ma być jednym z głównych powodów windowania ponad miarę lekarskich wynagrodzeń. Nawet ograniczenie samych pensji ustawowo nie rozwiąże problemu, jeśli system szpitalny wciąż będzie premiował dziką rywalizację placówek o każdego specjalistę w obawie przed utratą kontraktu z NFZ.
Decyzję o tym, który z wariantów – być może w toku rozmów wyłoni się jeszcze inny, nowy, pośredni scenariusz – wybierze rząd zadecyduje sam premier. – Materia jest super trudna i wszyscy o tym wiemy – mówi nam polityk KO doskonale rozeznany w sytuacji ochrony zdrowia.
Jak dodaje, kluczowe dla decyzji premiera będzie poparcie społeczne, jakie rządzącym pozyskać dla proponowanych zmian. – To jest trochę gra w ruletkę, obstawiasz czerwone albo czarne i masz szanse 50/50 – rozkłada ręce.

