O alarmowym starcie par dyżurnych można było przeczytać w porannym komunikacie Dowództwa Operacyjnego Rodzajów Sił Zbrojnych: „Ostrzegamy, że aktywowano polskie i sojusznicze lotnictwo, co może wiązać się z występowaniem podwyższonego poziomu hałasu, zwłaszcza w południowo-wschodnim obszarze kraju”. Szczegółów nie podano.

Czterech dyżurnych na polskim niebie

W praktyce najpewniej oznaczało to start dwóch par samolotów. Jednej polskiej, drugiej wystawionej przez państwo NATO tymczasowo wspierające ochronę przestrzeni powietrznej Polski. W przypadku Sił Powietrznych RP z dużym prawdopodobieństwem chodziło o myśliwce F-16. Mogły to być też starsze MiG-29, które kiedyś regularnie stanowiły skład pary dyżurnej. Po oddaniu Ukrainie wielu naszych maszyn tego typu oraz części zamiennych i amunicji do nich aktualnie ich realna gotowość bojowa jest dyskusyjna. Para sojusznicza to najpewniej włoskie F-35 stacjonujące w Malborku. Właśnie po to tam są od jesieni ubiegłego roku.

Dwie pary maszyn dyżurnych następnie najpewniej zostały skierowane w tak zwane rejony wyczekiwania gdzieś nad południowo-wschodnią Polską, gdzie krążyły w oczekiwaniu na ewentualne wykrycie intruzów. Prawdopodobnie wspierały je sojusznicze latające cysterny, zapewniające możliwość szybkiego uzupełnienia paliwa, tak aby stale dysponować zapasem odpowiednim do wykonania przechwycenia z dużą prędkością. To w praktyce mogło oznaczać uruchomienie dopalaczy i przekroczenie bariery dźwięku, co by prowadziło do wspomnianego w komunikacie „podwyższonego poziom hałasu”.

Umieszczenie samolotów w gotowości do działania w powietrzu ma na celu maksymalne skrócenie reakcji na zagrożenie. Gdyby w stronę polskiej granicy ponownie zmierzała rosyjska rakieta manewrująca, zagubiona lub nie, to zostałaby wykryta najpewniej minuty przed jej przekroczeniem. Tego rodzaju uzbrojenie celowo porusza się na małych wysokościach rzędu kilkuset metrów, aby jak najdłużej pozostawać poniżej horyzontu dla stacji radarowych przeciwnika. Ponadto w trakcie lotu wykonuje manewry, więc długo może sprawiać wrażenie nielecącej wprost ku Polsce.

Gdyby samoloty stały na lotniskach, czekając na wykrycie intruza, musiałyby być blisko granicy, albo mieć szczęście, aby zdążyć coś zrobić. W normalnym trybie alarmowym para dyżurna musi się poderwać w powietrze w maksymalnie 15 minut (zazwyczaj szybciej). Potem jeszcze dolot przez prawie pół Polski (bazy polskich F-16 są w Łasku i Krzesinach, sojusznicze maszyny Malbork) nad jej południowo-wschodnią część. W praktyce mogłoby to oznaczać i pół godziny na dotarcie w pobliże granicy. W tym czasie zwykła rakieta manewrująca może pokonać kilkaset kilometrów i dotrzeć w rejon Krakowa czy Katowic.

Rakieta manewrująca to dobry cel dla myśliwca

Odpowiednio wcześnie zaalarmowane samoloty są natomiast idealnym narzędziem do zwalczania pojedynczych rakiet manewrujących poruszających się na niewielkich wysokościach i nie w kierunku jakiegoś konkretnego celu. Naziemna obrona przeciwlotnicza jest zbyt droga i ma zbyt mały praktyczny promień działania, aby można ją było rozstawić na całej wschodniej granicy w celu stworzenia nieprzekraczalnej bariery. W praktyce współcześnie rozmieszcza się ją tam, gdzie jest coś cennego do obrony. Samolot to znacznie bardziej mobilne i elastyczne narzędzie.

Przechwycenie i zestrzelenie rakiety manewrującej nie powinno natomiast nastręczać problemów pilotowi myśliwca wielozadaniowego. To stosunkowo powolny (800-900 km/h) i bardzo rzadko skręcający cel. Ukraińcy regularnie używają do polowań na nie myśliwców. Podstawowym problemem jest ich wykrycie i naprowadzenie na nie samolotu, tak aby pilot mógł już dalej śledzić je samodzielnie. Ewentualne zniszczenie najpewniej zostałoby dokonane przy pomocy rakiety powietrze-powietrze krótkiego zasięgu, co w przypadku polskich F-16 i włoskich F-35 oznaczałoby AIM-9 Sidewinder naprowadzającą się na gorące gazy wylatujące z silnika celu.

W przyszłości w wykrywaniu tego rodzaju zagrożeń powinny wydatnie pomóc planowane balony obserwacyjne kupowane w ramach programu Barbara. Nie chodzi o takie stereotypowe, z podwieszonym koszem, a w nim ludźmi z lornetkami, ale takie z podwieszonym radarem i systemami optoelektronicznymi. O zakupie rzeczonych aerostatów mowa już od dekady, ale dopiero w ubiegłym roku padły deklaracje, że program przyśpieszył. Planowane jest stworzenie w pobliżu północnej i południowej granicy czterech posterunków w latach 2025-2030. Zawieszone na wysokości kilku kilometrów radary powinny wykrywać obiekty w rodzaju rakiet manewrujących znacznie wcześniej, niż te stojące na ziemi. Pomóc powinny też kupione okazyjnie od Szwedów dwa używane latające radary Saab 340, z których pierwszy powinien niedługo przylecieć do Polski.

Przeźroczyści Rosjanie

We wtorkowym przypadku DORSZ poinformowało o odwołaniu alarmu trzy godziny później. Samoloty miały wrócić do swoich baz. Decyzje o wszczęciu alarmu i jego odwołaniu są podejmowane na podstawie obserwacji aktywności rosyjskiego lotnictwa dalekiego zasięgu. To część rosyjskich sił powietrznych (WKS), która skupia bombowce Tu-22. Tu-95 i Tu-160. Te maszyny są nosicielami różnych wariantów rakiet manewrujących (głównie Ch-101), oraz starych radzieckich przeciwokrętowych Ch-22, używanych jako niezwykle trudnych do powstrzymania, ale bardzo niecelnych narzędzi terroru. Bazy lotnictwa dalekiego zasięgu są na pewno pod stałą obserwacją NATO, zarówno zwiadu kosmicznego jak i elektronicznego. Ciągle bardzo przydatny spadek po zimnej wojnie.

Przygotowania do startu i późniejszy start rosyjskich bombowców są nawet relacjonowane w mediach społecznościowych za sprawą nasłuchu łączności radiowej na częstotliwościach używanych przez lotnictwo dalekiego zasięgu. Istotne informacje są oczywiście szyfrowane, ale samo natężenie komunikacji i jego charakterystyka mogą ostrzec, że dzieje się coś niezwykłego i to może być dzień kolejnego ataku Rosjan. Ukraińskie wojsko na pewno samo prowadzi tego rodzaju obserwacje, a do tego prawdopodobnie otrzymuje ostrzeżenie od NATO. Pozwala to zawczasu podnieść stan gotowości obrony przeciwlotniczej i wydać ostrzeżenia dla ludności cywilnej. Od startu bombowców do momentu uderzeń wystrzelonych przez nie rakiet może upłynąć nawet kilka godzin, które pochłania dolot do punktu zrzutu, a potem lot samej rakiety manewrującej na dystansie mogącym przekroczyć nawet tysiąc kilometrów.

Tego rodzaju sytuacje na pewno jeszcze wielokrotnie będą się powtarzać. Szansa na zakończenie któregoś tego rodzaju lotu alarmowego polskich i sojuszniczych maszyn w sposób bojowy nie jest wykluczona. Według ocen Ukraińców Rosjanie produkują ponad setkę rakiet manewrujących miesięcznie. Wystarczy im to do długotrwałej kampanii nalotów w stylu tej obecnej. Jednocześnie rosyjskie rakiety mają regularnie doznawać usterek. Na początku wojny w amerykańskich mediach pojawiały się nieoficjalne deklaracje informatorów z Pentagonu, że w przypadku niektórych typów ma to być nawet 50-60 procent użytych, które na różnych etapach swojej misji zawodzą. Dopiero co na przestrzeni nieco ponad roku doszło do dwóch znanych incydentów z rosyjskimi rakietami przekraczającymi granicę Polski.

Udział
© 2024 Wiadomości. Wszelkie prawa zastrzeżone.