
-
Przykład Sobolewa, gdzie stwierdzono poważne zaniedbania wobec psów, potwierdza, że system nadzoru nad schroniskami zawodzi – mówią przedstawiciele organizacji pro zwierzęcych.
-
Potrzeba pilnych zmian w tym zakresie, m.in. niezapowiadanych kontroli, przejrzystości wydatków czy doprecyzowania, kto może prowadzić schronisko.
-
Wprowadzenie obowiązkowego chipowania i kastracji zwierząt mogłoby znacząco poprawić sytuacje – przekonują rozmówcy Interii.
-
Więcej ważnych informacji znajdziesz na stronie głównej Interii
– Jeden z psów, który do nas trafił, wyglądał przeraźliwie. Przypominał stary, zużyty i bardzo śmierdzący mop. Jego sierść była tak skołtuniona i brudna, że zwierzę wyglądało jakby ktoś zamknął je w potwornej skorupie. Kiedy groomer (fryzjer zwierząt – red.) ogolił psa, zobaczyliśmy okropną ranę. W szyję dosłownie wrastała stara obroża, pies musiał przeżywać katusze. To naprawdę haniebne, jak można tak traktować zwierzęta – mówi Interii Ewelina Wiśniewska z Fundacji Psa Karmela, której członkowie wzięli pod opiekę kilka psów z niesławnego schroniska w Sobolewie.
Pozostałe psy nie wyglądały tak źle, ale jak słyszmy, były „psychicznie złamane”.
– Widziałam wiele zwierząt po przejściach, ale te zdają się przepraszać, że żyją. Apatyczne wraki psów – dodaje.
Sprawa schroniska Happy Dog w Sobolewie i nagłośnienie koszmaru zwierząt przez Dodę, wolontariuszy i media stało się iskrą, która doprowadziła do kontroli inspekcji weterynaryjnej w placówkach w całej Polsce. Ale jak słyszmy od przedstawicieli broniących praw czworonogów, to za mało. Potrzeba systemowych zmian, które realnie poprawią sytuację.
Zapowiedziane kontrole w schroniskach. „To ogromny błąd”
Po pierwsze zmianie powinien ulec system kontroli – mówią Interii obrońcy praw zwierząt. To właśnie w rzetelnym nadzorze nad schroniskami wiedzą klucz do poprawy sytuacji.
– Szczególnie niepokojące jest to, że obecny system jest reaktywny, a nie prewencyjny. Reagujemy dopiero po fakcie, kiedy ujawniane są rażące zaniedbania i robi się szum medialny. Nieustannie funkcjonujemy w sytuacji gaszenia pożarów, zamiast stosować się do przepisów przeciwpożarowych. Brakuje realnego, jakościowego nadzoru i mechanizmów, które wykrywałyby patologie zanim zwierzęta jeszcze bardziej zapłacą za nie zdrowiem lub życiem – przekonuje przedstawicielka Fundacji Psa Karmela.
W jej opinii kontrole nie powinny być zapowiedziane, bo nie dają obrazu, jak schronisko działa na co dzień. Jak słyszę, „to ogromny błąd”, który daje czas, by ukryć niewygodną prawdę. Bywa, że zwierzęta w najgorszym stanie „znikają”. – Możemy się tylko domyślać, w jakich okolicznościach – mówi Wiśniewska.
Brakuje realnego, jakościowego nadzoru i mechanizmów, które wykrywałyby patologie zanim zwierzęta jeszcze bardziej zapłacą za nie zdrowiem lub życiem
Dlaczego obecny system nie działa?
Inspekcja Weterynaryjna to obecnie główny organ kontrolny. Powiatowi i wojewódzcy lekarze weterynarii mają obowiązek regularnych wizyt w schroniskach, by sprawdzić m.in. warunki bytowe zwierząt, higienę, opiekę weterynaryjną oraz zgodność z przepisami weterynaryjnymi. Takie wizyty powinny odbyć się co najmniej dwa razy w roku.
– Te kontrole opierają się na wymogach ustawowych, które są niewystarczające. Dlatego, że inspekcja weterynarii bada przede wszystkim papiery. Z drugiej strony mamy gminy, które są zobowiązane do zapobiegania bezdomności zwierząt. Zawierają więc umowy ze schroniskami, płacą za wyłapanie, przyjęcie i utrzymanie czworonogów. I na tym właściwie koniec. Później, podczas kontroli, większość urzędników nie ma zielonego pojęcia, jak takie schronisko powinno wyglądać i na co zwrócić uwagę – mówi Interii Anna Zielińska, wiceprezeska Fundacji Viva!.
Ponadto gmina może kontrolować schroniska tylko w takim zakresie, jaki został określony w umowie pomiędzy nią a właścicielem schroniska.
– Czasami gminy nie mają nawet tzw. punktu zaczepienia, kiedy widzą nieprawidłowość, której nie reguluje umowa – podkreśla.
Samorządy nierzadko traktują kwestię bezdomności zwierząt i schronisk jak problem, który chcą mieć szybko z głowy. Kontrolerzy odhaczają, że nie ma nieprawidłowości, więc gmina nie ma problemu. Proceduralnie wszystko się zgadza, a rzeczywistość bywa różna.
Czasami – jak słyszmy – przerażająca.
– Gminy powinny mieć większą kontrolę nad wydatkowaniem publicznych środków przez schroniska i bardziej szczegółowo przyglądać się temu, jak one funkcjonują. Czy na przykład mają miejsce adopcje? Skoro gmina płaci za każdy dzień utrzymywania psa w schronisku, to wiadomo, że właścicielowi opłaca się trzymać go jak najdłużej. A gminy właściwie nigdy nie pytają o to, jaki jest współczynnik adopcji, czy zwierzęta są sterylizowane i jaki jest ich stan zdrowia – wylicza Anna Zielińska.
Tymczasem lepszy nadzór nad schroniskami jest w najlepszym interesie gmin i ich budżetów.
– Nieraz jest tak, że pies widnieje w rejestrze schroniska, gmina za niego płaci, a tego zwierzęcia po prostu nie ma – dodaje Ewelina Wiśniewska.
Jak słyszymy, brakuje też przejrzystości wydawania publicznych pieniędzy. Traci na tym samorząd, tracą zwierzęta, a dorabia się tylko nieuczciwy właściciel.
Kiedy już dojdzie do kontroli, wolontariusze narzekają na brak dostępu do wyników. – Nie ma jawności, jeśli chodzi o poszczególne wydatki. Gmina płaci schronisku określoną stawkę i tyle. Nie wiemy, jakie kwoty z tego zostały wydane na karmę, na leczenie, a ile wziął przedsiębiorca do kieszeni. Skoro zwierzęta w schroniskach są finansowane z pieniędzy obywateli, to powinniśmy mieć prawo wiedzieć, jak realnie wygląda opieka nad nimi. Teraz nie wiemy, co pies rzeczywiście dostaje z tej kwoty, którą płacą na niego samorządy – przekonuje przedstawicielka Fundacji Psa Karmela.
Zepchnięta odpowiedzialność. Potrzebne nowe wytyczne
Bywa że i powiatowi lekarze weterynarii „przymykają oko” lub – trwając w lokalnych sieciach powiązań – nie zachowują obiektywizmu. Czasami zwyczajnie brakuje czasu lub kompetencji, by wnikliwie ocenić sytuację i dobrostan zwierząt.
Jak mówi wiceprezes fundacji Viva!, „system spycha na powiatowych lekarzy weterynarii główną odpowiedzialność, dając im niewystarczające narzędzia do kontroli w postaci wytycznych”.
W środowisku obrońców praw zwierząt panuje przekonanie, że jest potrzeba opracowania nowych wytycznych, które uwzględnią uwagi zarówno gmin, weterynarzy i organizacji broniących praw zwierząt oraz pozwolą na wnikliwą ocenę sytuacji, a nie jedynie załatwienie formalności.
Postulują, by w kontrolach brały udział osoby bezstronne, niepowiązane z gminą czy właścicielem schroniska np. przedstawiciele organizacji broniących praw zwierząt.
– W takiej kontroli, poza przedstawicielem inspekcji weterynarii, mogliby brać udział przedstawiciel wojewody lub MSWiA, biegły sądowy z zakresu dobrostanu zwierząt, członek organizacji społecznej z doświadczeniem likwidacji schronisk, lekarz weterynarii wolnej praktyki, behawiorysta, biegły rewident i prawnik zorientowany w kwestiach finansowania schronisk – przekazała dziennikarce Polsat News Agnieszce Gozdyrze – Katarzyna Śliwa-Łobacz z fundacji Mondo Cane.
Pod okiem wolontariuszy. Rola społecznego nadzoru
Sobolew jest jednym z dowodów na to, że obecny system zawodzi. – Schronisko przechodziło kontrole i nie stwierdzano nieprawidłowości, a potem my zabieramy stamtąd psa z wrośniętą obrożą. To oznacza, że nikt z kontrolujących rzetelnie nie oceniał stanu tego zwierzęcia – przypomina Ewelina Wiśniewska.
Jak słyszmy, sytuację w schroniskach mogłaby poprawić także obligatoryjna obecność wolontariuszy. – Powinniśmy wszyscy działać wspólnie na rzecz zwierząt. Do niektórych schronisk wolontariusze nie są wpuszczani. Dlaczego? Czy ktoś chce coś ukryć? – pyta Wiśniewska.
Wprowadzenie obowiązku przyjmowania wolontariuszy byłoby formą społecznej kontroli. Bo to najczęściej oni nagłaśniają sprawy zaniedbań. – W przypadku Sobolewa, wolontariusze z fundacji „Złap dom” wykonali kawał dobrej roboty. Przez długi czas odbijali się od administracyjno-formalnego muru i byli ignorowani, ale dzięki ich uporowi sprawa została nagłośniona – przypomina Anna Zielińska.
Jak słyszymy, sytuację mogłoby poprawić także ustalenie maksymalnego wynagrodzenia dla osób kierujących schroniskami oraz wprowadzenie wymaganych kwalifikacji.
– Musimy wiedzieć czego wymagać, a także jasno określić kary, które będą na tyle dotkliwe, że zadziałają odstrszająco – podkreśla Zielińska.
Wiele do poprawy. Wytyczne inspektora
Organizacje prozwierzęce podkreślają, że podmioty prawomocnie skazane lub wobec których toczą się postępowania dotyczące znęcania się nad zwierzętami, powinny mieć zakaz prowadzenia schronisk.
Na tę samą kwestię zwrócił uwagę Główny Inspektor Weterynarii (GIW). Wskazał też, że obecnie samorządy w różny sposób realizują zadania związane z opieką nad zwierzętami, czasami w sposób niezgodny z ustawą o ochronie zwierząt lub pomijając jej kluczowe elementy.
Obszary, które zdaniem GIW wymagają ujednolicenia i doprecyzowania to m.in.: konieczność weryfikacji, czy schronisko, z którym gmina zamierza współpracować, znajduje się pod nadzorem powiatowego lekarza weterynarii i posiada weterynaryjny numer identyfikacyjny (WNI). Ważna jest też lokalizacja schroniska („w rozsądnej odległości od gminy”), by umożliwić realną kontrolę.
Bywało i tak, że hycel odławiał to samo zwierzę w trzech gminach, żeby trzykrotnie zarobić. W przypadku zachipowanego zwierzęcia byłoby to niemożliwe.
Chipowanie i kastracja. „Te kwestie są najważniejsze”
Są jeszcze dwie zmiany, które zdaniem organizacji prozwierzęcych, mogłyby radyklanie ograniczyć problem bezdomności zwierząt, tłumiąc przysłowiowy pożar w zarodku. Chodzi o obowiązkową kastrację oraz chipowanie psów i kotów.
– Te kwestie są najważniejsze, bo doprowadziłby do zmniejszenia bezdomności zwierząt i ich niekontrolowanego rozrodu – podkreśla Ewelina Wiśniewska.
– Świetnym przykładem jest Aleksandrów Kujawski, gdzie po wprowadzeniu bezpłatnego chipowania psów, spadła ich liczba w schronisku – mówi Anna Zielińska.
Chip gwarantuję identyfikację psa, kiedy się zagubi. Jak dowiaduje się Interia, obecnie w schroniskach przebywają nie tylko zwierzęta bezpańskie i niechciane, wiele z nich miało domy, ale straciło ja np. na skutek wypadku, zagubienia czy ucieczki.
– Takich przypadków jest naprawdę wiele. Zwierzę, które się gubi, najczęściej nie ma informacji, kto jest jego opiekunem. Wiele tych zwierząt należy do osób starszych, które mają ograniczone możliwości poszukiwania pupila w social mediach, a odnalezienie zagubionego czworonoga wymaga często wiele wysiłku – tłumaczy wiceprezeska Fundacji Viva!.
Chipy pozwalają na natychmiastowe ustalenie, kto jest właścicielem, a zwierzę zamiast trafić do schroniska, co generuje dodatkowe koszty, wraca o domu.
Chipy ukróciłyby też znany w środowiskach prozwierzęcych proceder zarabiana na tym samym psie. – Bywało i tak, że hycel odławiał to samo zwierzę w trzech gminach, żeby trzykrotnie zarobić. W przypadku zachipowanego zwierzęcia byłoby to niemożliwe – podkreśla.
Akurat ta zmiana niebawem może stać się faktem. Wkrótce do Sejmu ma trafić rządowy projekt ustawy o Krajowym Rejestrze Oznakowanych Psów i Kotów (KROPiK), który zakłada wprowadzenie obowiązku chipowania i rejestracji psów i kotów oraz prowadzenie centralnej bazy danych.
Anna Zielińska przypomina, że w Sejmie od ponad roku leży też obywatelski projekt „Stop łańcuchom, pseudohodowlom i bezdomności zwierząt”. – On odpowiada na wiele palących problemów, m.in. kwestię obowiązkowej sterylizacji i kastracji zwierząt nieprzeznaczonych do rozrodu, regulacji nadzoru nad schroniskami czy ograniczenia pseudohodowli. Mamy nadzieję, że ten projekt będzie procedowany, a zaproponowane rozwiązania staną się faktem – mówi.

