Tadeusz Pawłowski, czyli człowiek wyjątkowy. Nawet na rybach z Janem Urbanem – Piłka nożna – Sport Wprost

We Wrocławiu sportowo to Śląsk ma najwięcej do powiedzenia. Mogą się obrażać kibice żużlowej Betard Sparty, wypełniający szczelnie – właściwie sezon w sezon – Stadion Olimpijski. Obiekt ten, jeszcze przed gruntownym remontem z okazji igrzysk sportów nieolimpijskich The World Games, w 2017 roku, był areną wielu wydarzeń.

Ale rzeczywiście, tamto sprzed równo 50 lat, miało szczególny wydźwięk. Puchar UEFA, 1/8 finału. Wówczas brązowi medaliści mistrzostw Polski, Śląsk Wrocław, trafili w dwumeczu na Liverpool. The Reds dokładnie 26 listopada 1975 roku zagrali – na rzeczonym Olimpijskim, skutym lodem – mecz z ambitnymi piłkarzami WKS. Skończyło się na 1:2 na niekorzyść gospodarzy. Honorowe trafienie zanotował Tadeusz Pawłowski. „Teddy”, jak mawiano na niego dawniej, ale też dzisiaj, mógł nawet wyrównać na 2:2.

Chłopak z wrocławskiej dzielnicy Krzyki stał się jednak legendą klubu. W dziejach Śląska nikt nie strzelił więcej bramek w meczach ligowych i pucharowych. A „Teddy” wrócił ponownie, po latach, jako trener, dokładając kolejny rekord – jako pierwszy w historii WKS reprezentował barwy klubu w europejskich pucharach.

Legendarny mecz Śląsk – Liverpool i życzenia od Jana Urbana

Pół wieku od meczu z Liverpoolem minęło, ale „Teddy” nadal pamięta, ze szczegółami, co działo się zarówno na murawie, jak i poza nią.

– Miałem pecha, że złapałem jakąś grypę. Mimo że było -14, leżałem w łóżku. Ale chciałem koniecznie grać. Myślałem, że jak nie będę grał, to będzie koniec świata. Tak jednak myśli każdy młody chłopak. Choć byłem już wtedy dorosłym facetem, mającym 23 lata. Posłałem Władzia Kasińskiego, kierownika naszej drużyny do mnie na plac Grunwaldzki. Mówię mu: Władziu, przynieś buteleczkę dobrego koniaku, spróbujemy medycyny ludowej. Władziu pojechał po koniak, zeszliśmy na dół do restauracji, zrobiliśmy z herbatą, cytrynę, przechyliłem szklaneczkę. Zrobiłem błąd, bo wypiłem szklankę i strzeliłem jedną bramkę, a gdybym wypił dwie, to strzeliłbym pewnie dwie – z uśmiechem wspominał mecz Śląska z The Reds.

Pawłowski swoją wiedzą i poczuciem humoru tryskał w trakcie spotkania autorskiego, gdzie premierę miała książka p.t. „Teddy – patrząc za siebie”. Autorów jest dwóch. Pawłowski napisał książkę razem ze swoim przyjacielem, dziennikarzem Andrzejem Ostrowskim. Również legendą, tyle tylko, że dziennikarstwa sportowego we Wrocławiu.

Wydarzenie wypełniło szczelnie salę konferencyjną na Tarczyński Arenie. Byli koledzy z boiska, byli podopieczni, członkowie sztabów szkoleniowych, znane postaci innych sekcji Śląska (m.in. Maciej Zieliński), przedstawiciele obecnego WKS, wreszcie kibice wrocławskiego klubu oraz młodzież z akademii.

Gratulacje i życzenia składali Pawłowskiemu nie tylko obecni na sali, ale też postaci, które pojawiły się na specjalnym nagraniu wideo, na początku wydarzenia. Wśród nich nie zabrakło np. Sebastiana Mili – kapitana mistrzowskiego Śląska z 2012 roku. „Milowy” zawdzięcza Pawłowskiemu to, że tchnął w niego nowego ducha, piłkarz zabrał się za siebie, a powrót do formy zaowocował późniejszym dostrzeżeniem przez Adama Nawałkę i golem w pamiętnym meczu z Niemcami przed Euro 2016.

Nie zabrakło również słów Jana Urbana. Z selekcjonerem reprezentacji Polski „Teddy” zna się od lat.

– Mnie ciekawi szczególnie ten inny, twój punkt widzenia. Z jednej strony polski, a przecież spędziłeś mnóstwo lat w Austrii. Ciekaw jestem, jak to wszystko widzisz. Ale przede wszystkim pozdrawiam Cię, życzę sukcesów, zdrówka, trzymaj się, cześć! – z uśmiechem przyznał selekcjoner reprezentacji Polski.

Zapytany o relację z Urbanem, Pawłowski z uśmiechem przyznał, że nie raz jeździli razem na ryby. A reprezentacja Polski z pewnością taki właśnie uśmiech, pozytywną energię, zyskała. Więc perspektywa na przyszłość dla Polaków może być całkiem niezła.

Wyjątkowa aura Tadeusza Pawłowskiego. Wsparcie dla akademii WKS

Co do „trenerskiego pozytywizmu”, Pawłowski nawiązał do swojego podejścia do życia. Inaczej nie było, a właściwie nie jest również w pracy szkoleniowej. Choć „Teddy” nie jest już na karuzeli trenerskiej w seniorskim wydaniu, to nadal szkoli, mieszkając na co dzień w Austrii, ale już najmłodszych, przyszłych piłkarzy.

– Co jest bardzo ciekawe, co obserwuję, widząc najlepszych trenerów na świecie. Przeczytałem książki o Guardioli, o Ancelottim, patrzę na to, jak gra Atletico Madryt, Barcelona, każdy dobry zespół. Co widzę teraz? Że trenerzy, którzy w tej chwili są tacy, jakim ja byłem w Śląsku Wrocław, czyli uśmiechnięci. Zobaczcie, jak kończy się mecz, trener idzie objąć każdego zawodnika, porozmawiać. Nie ma już czegoś takiego, że trener idzie do jakiegoś piłkarza i go opieprza. Te czasy się skończyły. W tej chwili trzeba trafić do zawodnika, do człowieka, Drużyna czy zawodnik odda to, kiedy ja mogę mu pomóc, rozmawiam z nim indywidualnie […] W tej chwili jest moda na kompetencje miękkie, to co kiedyś ja robiłem, teraz naśladuje mnie Guardiola, Ancelotti – roześmiał się „Teddy”.

Podczas spotkania były też momenty poruszające. Pawłowskiemu głos ugrzązł w gardle, kiedy mówił o rozdziale, w którym poruszone zostały bardzo trudne, życiowe tematy. Śmierć syna czy poważna choroba żony oraz drugiego syna.

Życie z pewnością nie oszczędzało i nie oszczędza legendy Śląska Wrocław, ale Pawłowski bierze je takim, jakie jest. Nie tracąc pozytywnego podejścia do codzienności, co z pewnością jest kolejnym dowodem, o jak szczególnym człowieku mowa.

A tak swoją drogą, porozmawiałem po spotkaniu – w oczekiwaniu na dedykację na książce – z prezesem Śląska Michałem Mazurem. Wspólnie doszliśmy do wniosku, że to spotkanie z „Teddym” mało naprawdę szczególną aurę. Niezależnie od tego, w którym miejscu jest obecnie klub – walczący o powrót do ekstraklasowego grona. Pawłowski to postać, która przyciąga ponad podziałami.

Nikogo zatem nie mogło zdziwić, że 50 proc. ze sprzedaży książki o Pawłowskim trafi na konto akademii Śląska Wrocław. Co zresztą było inicjatywą samego pana Tadeusza.

I nawet długa kolejka po dedykację, wspólne zdjęcie, zamienienie zdania, która rozciągnęła się na ponad godzinę, nikomu nie przeszkadzała. Pawłowski za to, w swoim stylu, każdego wysłuchał, podziękował za obecność, podkreślając przy tym coś, co zawsze nosił i nosi w sercu: Wrocław jest moim miastem, a Śląsk moim klubem.

Udział
Exit mobile version