
Agnieszka Niesłuchowska, „Wprost”: Co mówią Węgrzy, odliczając godziny do wyborów parlamentarnych?
Nastroje są niezwykle napięte. Jeśli spojrzymy na sondaże niezależne, partia TISZA Pétera Magyara ma realną szansę na większość, a niektórzy mówią nawet o większości konstytucyjnej. Z kolei Fidesz nie chce zostać przegranym, tak łatwo nie odda władzy.
Lech Wałęsa uważa, że tak zakombinuje, że znów wygra.
Coś w tym jest. Ludzie boją się, że władza zrobi wszystko, by wpłynąć na wynik. To nie jest zwykła rywalizacja partii, gdzie raz wygrywa jeden, raz drugi. To jest cały system zbudowany od podstaw przez Viktora Orbána.
W piątkowym orędziu do narodu przyznał, że wspólnie z Węgrami zbudował jedność, którą teraz mogą stracić. Pytanie, czy tę samą jedność z władzą odczuwają zwykli obywatele.
Węgrzy odzyskali nadzieję, że zmiana jest możliwa, choć system wyborczy jest skrojony pod Fidesz. Władza ma pieniądze, media i pełną kontrolę nad przekazem. Często trudno odróżnić plakaty partyjne od informacji rządowych. Opozycja nie ma takich środków – oni mają „tylko” ludzi i bezpośrednie spotkania. Fidesz z kolei zalewa kraj plakatami antyukraińskimi, uderzającymi w prezydenta Zełenskiego.
Ale pojawiają się też „pozytywne” komunikaty, jak choćby te o cenach paliw. Od 10 marca na Węgrzech obowiązuje wprowadzony przez rządu limit: 595 forintów za litr benzyny i 615 forintów za olej napędowy (ok. 6,5–6,7 zł). To musi podobać się wyborcom.
Bardzo trudno oddzielić czystą propagandę Fideszu od oficjalnych komunikatów rządowych – te dwa światy całkowicie się przeniknęły. To strategia głęboko zakorzeniona w węgierskiej mentalności politycznej, sięgająca jeszcze ery Jánosa Kádára z lat 70. Wtedy też wierzono, że rozdawnictwo pieniędzy i sztuczne utrzymywanie niskich cen może rozwiązać każdy problem społeczny, by zadowolić wyborcę tu i teraz.

