
-
W ciągu kilku tygodni na wyspie New Ireland znaleziono tysiące martwych zwierząt morskich i pojawiły się objawy chorób u setek osób.
-
Władze ostrzegły mieszkańców przed jedzeniem ryb i kontaktem z wodą, co oznaczało dla wielu utratę podstawowego źródła pożywienia i dochodu.
-
Przyczyna katastrofy nie jest znana; trwają badania próbek wody, a jako możliwość wymienia się zanieczyszczenia z rolnictwa i rozkład brunatnic uwalniający toksyczne gazy.
-
Więcej podobnych informacji znajdziesz na stronie głównej serwisu
Zaczęło się w grudniu. Na plażach wyspy New Ireland zaczęły pojawiać się pojedyncze martwe ryby. Początkowo niewiele wskazywało na skalę problemu. W ciągu kilku tygodni sytuacja jednak gwałtownie się pogorszyła.
W styczniu martwe ryby zaczęły pojawiać się masowo wzdłuż wschodniego wybrzeża wyspy. Lokalne społeczności zgłaszały kolejne przypadki, a równocześnie pojawiły się pierwsze objawy u ludzi. Mieszkańcy skarżyli się m.in. na silne podrażnienia skóry po kontakcie z wodą.
Setki martwych zwierząt i pierwsze objawy u ludzi
John Aini, działacz i założyciel organizacji Ailan Awareness, ruszył z zespołem w teren, by sprawdzić, co się dzieje. To, co zobaczył, było bezprecedensowe. „Setki ryb leżały na plaży” – mówi. „Wiele z nich nie miało oczu. Nigdy w życiu nie widziałem czegoś takiego”.
W ciągu zaledwie pięciu dni lokalne zespoły i mieszkańcy naliczyli około 3,5 tysiąca martwych zwierząt morskich. To jednak tylko te, które trafiły na brzeg. Znacznie więcej dryfowało w wodzie.
Szybko stało się jasne, że nie chodzi o pojedynczy gatunek. Problem dotyczy co najmniej 15 gatunków ryb, ale giną też ośmiornice, węgorze, homary, strzykwy, a nawet rekiny rafowe. To oznacza kryzys całego przybrzeżnego ekosystemu.
Ludzie zaczynają chorować
Równolegle pojawiły się objawy u ludzi. Według lokalnych badań społecznych co najmniej 750 osób zgłosiło poważne problemy zdrowotne po kontakcie z wodą lub powietrzem przy wybrzeżu.
Najczęstsze objawy to wysypki, pęcherze, obrzęki i silne podrażnienia skóry. Zgłaszano też duszności, ból gardła, gorączkę oraz problemy żołądkowe. Niektórzy mieszkańcy opisywali intensywny zapach przypominający zgniłe jajka lub tytoń, ale znacznie silniejszy.
Jednym z opisanych przypadków jest 12-letni chłopiec, który wszedł do wody, by się ochłodzić. Chwilę później jego twarz zaczęła puchnąć, jedno oko całkowicie się zamknęło, a na skórze pojawiły się swędzące pęcherze. Jak relacjonował, uczucie przypominało oparzenie gorącym olejem.
Zakaz połowów i brak wyjścia
Władze ostrzegły mieszkańców, by nie jedli ryb i unikali kontaktu z wodą. Dla wielu osób oznacza to jednak utratę podstawowego źródła pożywienia i dochodu. „Nasze życie kręci się wokół oceanu. To nasze źródło białka i dochodu” – mówi Rebecca Marigu, dziennikarka środowiskowa z regionu.
-
Zielona papuga w centrum Krakowa. To symbol egzotycznej inwazji
-
W Polsce rośnie niemal wszędzie. Zakazano go w żywności
Przyczyna katastrofy wciąż nie jest znana. Państwowa agencja środowiskowa pobrała próbki wody, ale wyników badań dotąd nie opublikowano. Wśród możliwych scenariuszy wymienia się zanieczyszczenia z rolnictwa, w tym pestycydy i nawozy spływające z plantacji palmy olejowej. W regionie, gdzie gleby są przepuszczalne, a rzeki krótkie, substancje chemiczne mogą szybko trafiać do oceanu.
„Sprawdzamy różne chemikalia używane w rolnictwie” – przyznał minister rybołówstwa Jelta Wong. „Musimy poczekać na wyniki badań, zanim będziemy wiedzieć, co dokładnie znajduje się w rybach”.
Naukowcy podkreślają, że przyczyn może być więcej. Rachel Sapery James z WWF wskazuje, że ważną rolę mogą odgrywać także zmiany klimatu. Ciepła woda oraz nadmiar składników odżywczych, takich jak azot i fosfor z nawozów, sprzyjają gwałtownemu rozwojowi glonów. Takie zakwity mogą obniżać poziom tlenu w wodzie i prowadzić do masowego śnięcia ryb.
Dodatkowo w regionie pojawiły się duże ilości brunatnic. Ich rozkład może uwalniać toksyczne gazy, w tym siarkowodór, który podrażnia skórę i drogi oddechowe.
Mimo rosnącej skali problemu mieszkańcy wciąż czekają na konkretne informacje i realną pomoc. Do części wiosek dostarczono wodę pitną, żywność i podstawowe środki medyczne.
To jednak nie rozwiązuje problemu. Pojawiają się relacje, że nawet dostarczana woda może powodować złe samopoczucie. W tym samym czasie ludzie tracą dochody i dostęp do podstawowego źródła pożywienia.

