
Jonathan Ross, agent ICE, który zastrzelił Renee Good w Minneapolis, nagrywał całe zajście swoim telefonem. Nie do końca wiadomo dlaczego. Być może obawiał się rozwoju sytuacji i postanowił udokumentować ją własnoręcznie. W ostatnich miesiącach wielu agentów służb imigracyjnych postępowało w ten sposób. Czasem jednak smartfony pojawiały się w ich dłoniach z zupełnie innych powodów. W sieci nie brakuje fotografii i nagrań pokazujących funkcjonariuszy celujących w kierowców albo przechodniów obiektywem kamery.
Obecnie w Kongresie toczy się dyskusja o metodach stosowanych przez służby imigracyjne. Demokraci uzależniają dalsze finansowanie dla Departamentu Bezpieczeństwa Krajowego, który odpowiada za ICE czy CBP, służby zajmujące się zatrzymywaniem nielegalnych imigrantów, od istotnych zmian w sposobie działania agentów. Kontrowersyjną kwestią jest zasłanianie twarzy czy brak kamer nasobnych, rejestrujących ich poczynania w czasie akcji.
Jednak nawet ci politycy, którzy chcieliby nałożyć na służby nowe ograniczenia, niewiele mówią o wykorzystywanych przez nie rozwiązaniach technologicznych. A to one powinny budzić największy niepokój. Służby imigracyjne w drugiej kadencji Donalda Trumpa zyskały ogromny zastrzyk pieniędzy i przeznaczają znaczną część tych środków na zwiększenie swoich zdolności do inwigilacji.
Twoja twarz wygląda znajomo
W czerwcu zeszłego roku na platformie 404 Media pojawił się tekst informujący, że amerykańskie służby imigracyjne używają nowej aplikacji. Mobile Fortify może służyć zarówno do fotografowania twarzy, ale także bezdotykowego zdejmowania odcisków palców. Zebrane w ten sposób dane są następnie porównywane ze zbiorami danych będącymi w posiadaniu Departamentu Bezpieczeństwa Krajowego, w których znajdują się informacje na temat ponad 300 mln osób. Jeśli odwiedzaliście kiedyś USA – prawdopodobnie są tam również wasze.
W ten sposób agenci mają szybko zidentyfikować, czy człowiek, którego właśnie spotkali na ulicy, nie figuruje jako nielegalny imigrant, kwalifikujący się do deportacji. I tu zaczynają się kontrowersje. Skoro to skanowanie twarzy ma pomóc w ustaleniu, czy dana osoba przebywa w USA legalnie, muszą zdarzać się przypadki, kiedy właśnie tak jest – agenci ICE pobierają dane biometryczne od obywatela USA. Tego samego obywatela, który na przykład na amerykańskim lotnisku może zgodnie z prawem odmówić skanowania twarzy czy odcisków. Tutaj możliwości odmowy nie ma, a zebrane w ten sposób dane są przechowywane przez 15 lat.
To jednak nie największy problem. O wiele bardziej niepokojące są pomyłki aplikacji. Systemy rozpoznawania twarzy czasem zawodzą – ich producenci przekonują o niemal stuprocentowej skuteczności, ale zawsze jakiś margines błędu (choćby to był jedynie ułamek procenta) zachowują. W rzeczywistości rezultaty bywają jednak gorsze. Z jednej strony ulica nie zawsze zapewnia laboratoryjne warunki, a zdjęcia w bazie, których używa się do porównywania wizerunku, nie muszą być najwyższej jakości.
Do tego technologia ma wyraźny problem w przypadku ras innych niż biała – zwłaszcza kobiety o ciemniejszej karnacji częściej padają ofiarą błędów. To zaś może mieć kluczowe znaczenie w sytuacji, kiedy agenci federalni uznają, że wyroki ferowane przez aplikację są bardziej wiarygodne niż nawet zaprezentowane przez kogoś dokumenty. W zeszłym roku w stanie Oregon pewna kobieta została błędnie zidentyfikowana… i to dwukrotnie. W dodatku za każdym razem aplikacja utożsamiła ją z kim innym.
Mobile Fortify to nie jedyne narzędzie używane przez agentów służb imigracyjnych. We wrześniu zeszłego roku za ponad 4 mln dolarów ICE kupiło od firmy BI2 Technologies oprogramowanie umożliwiające identyfikację za pomocą skanowania siatkówki oka. Podpisało również kontrakt z Clearview AI na narzędzie umożliwiające rozpoznawanie twarzy na podstawie zasobów internetu, w tym mediów społecznościowych, oczywiście wspierane przez sztuczną inteligencję.
Media społecznościowe w ogóle mogą być kopalnią informacji – służby imigracyjne planują współpracę z kilkudziesięcioma zewnętrznymi podmiotami, by monitorować, co dzieje się na Facebooku, Tik-Toku czy Instagramie.
Na stronie TOSV (TechOps Specialty Vehicles), firmy z Maryland specjalizującej się w dostosowaniu samochodów do zadań specjalnych, można znaleźć przykłady wielu realizacji, w tym tych przeprowadzonych na zlecenie wymiaru sprawiedliwości. Są wozy patrolowe i busy do transportu więźniów. Są mobilne centra dowodzenia i mobilne laboratoria. Pojazdy przeznaczone do przewożenia jednostek specjalnych i nieoznakowane radiowozy. W portfolio brakuje jednak pewnego typu pojazdu.
8 maja zeszłego roku Departament Bezpieczeństwa Krajowego podpisał z firmą TOSV kontrakt wart ponad 800 tys. dolarów na „pojazdy CSS”. CSS, czyli Cell Site Simulator – instalacje udające maszty telefonii komórkowej, umożliwiające przechwycenie sygnału. Dzięki temu właściciel takiego urządzenia może zidentyfikować telefon i zbierać metadane dotyczące połączeń. Z jakimi numerami ktoś się łączył, kiedy i jak długo trwały te połączenia, a nawet gdzie się wtedy znajdował (w zasięgu której stacji bazowej). To jeszcze nie podsłuchiwanie rozmów, ale doskonały sposób na ustalenie czyjejś sieci kontaktów czy codziennej rutyny. A i podsłuchiwanie wchodzi w grę. Część „fałszywych masztów telefonii” pozwala na obniżenie poziomu szyfrowania połączeń z 5G czy LTE do niższego, tak aby przechwycenie czyjejś rozmowy stało się łatwiejsze.
To nie wszystko. ICE nawiązało także współpracę z izraelską firmą Paragon Solutions, producenta oprogramowania szpiegującego Graphite, przypominającego nieco niesławnego Pegasusa. Graphite umożliwia między innymi włamywanie się do telefonów, a także przechwytywanie wiadomości z popularnych komunikatorów. W pierwszej połowie zeszłego roku wybuchła afera, ponieważ okazało się, że za pomocą oprogramowania Paragon Solutions szpiegowani byli m.in. dziennikarze i aktywiści.
Inny izraelski producent oprogramowania, Cellebrite, współpracuje z ICE od lat. Jej system, UFED, umożliwia włamywanie się na zabezpieczone telefony czy wydobywanie danych z zaszyfrowanych aplikacji.
Wszystkie te sposoby pozyskiwania informacji, a także inne: wykorzystywanie rządowych baz danych czy kupowanie ich od brokerów (z których usług zazwyczaj korzystają reklamodawcy) oznaczają, że służby imigracyjne stają przed najpoważniejszym wyzwaniem: nadmiarem informacji. I tutaj z pomocą przychodzi jedna z bardziej tajemniczych, a zarazem wpływowych korporacji – Palantir.
Firma od ponad dwóch dekad zajmuje się przygotowywaniem narzędzi umożliwiających analizowanie ogromnych zbiorów danych w krótkim czasie. Od lat współpracuje też z amerykańskim rządem, dostarczając oprogramowanie kluczowe nie tylko dla działań agencji federalnych, ale również na polu bitwy – w sierpniu zeszłego roku Palantir zawarł z Pentagonem umowę wartą 10 mld dolarów.
Kontrakt z ICE opiewa na znacznie mniejszą kwotę – „zaledwie” 30 mln. W zamian Palantir ma przygotować specjalny system Immigration OS, który ze wszystkich informacji zebranych dotąd przez służby imigracyjne wybierze te kluczowe i pozwoli zidentyfikować cele. Ma to w znaczący sposób zwiększyć efektywność służb. Budzi jednak również rosnący niepokój.
Rząd USA kumuluje narzędzia pozwalające na zidentyfikowanie liczącej miliony grupy ludzi, ich rodzinnych i towarzyskich powiązań, stylu życia, miejsca zamieszkania i pobytu, treści ich rozmów. Ba, umożliwiające nawet stwierdzenie, gdzie się aktualnie znajdują.
Palantir dostarczył służbom inny program, o nazwie Elite, który oferuje interaktywną mapę, umożliwiającą sprawdzenie, pod jakim adresem najczęściej przebywa konkretna osoba i jak duże jest prawdopodobieństwo, że znajduje się tam w tej właśnie chwili.
Wiele elementów tej infrastruktury do cyfrowej inwigilacji powstało znacznie wcześniej. Na przykład pojazdy z urządzeniami imitującymi maszty telefoniczne były używane przez agentów ICE już za czasów Baracka Obamy. Pomiędzy 2008 a 2021 rokiem tylko ta agencja miała wydać na środki do cyfrowej inwigilacji prawie 3 mld dolarów.
Używanie tego rodzaju narzędzi i programów przez służby również nie jest niczym nadzwyczajnym – z oprogramowania Cellebrite, służącego do łamanie zabezpieczeń w telefonach i przejmowanie znajdujących się na nich danych, korzysta m.in. polska policja.
Niepokój budzi jednak skala tych inwestycji, związana z ogromnym wzrostem wydatków na służby imigracyjne w USA, a także skala wykorzystywania tych narzędzi w związku z akcją deportacyjną. W założeniu ma to ją oczywiście usprawnić. Jednak przy okazji państwo gromadzi dane osób, które przebywają na jego terytorium legalnie. Co się stanie, kiedy ta administracja (albo kolejna) stwierdzi, że wspomniane instrumenty są niezbędne również do zwalczania „krajowego terroryzmu” objawiającego się protestami przeciwko jej posunięciom?

