
-
Donald Trump testuje granice władzy prezydenckiej, odwołując się do precedensów i dążąc do ich poszerzenia.
-
Sąd Najwyższy podejmie decyzje w trzech kluczowych sprawach dotyczących ceł, naturalizacji oraz zwolnień w administracji federalnej.
-
W przypadku zmian w Kongresie po wyborach w USA możliwa jest otwarta wojna polityczna między prezydentem a władzą ustawodawczą.
-
Więcej ważnych informacji znajdziesz na stronie głównej Interii
W Stanach Zjednoczonych dyskusja o zakresie władzy prezydenckiej trwa – chciałoby się powiedzieć – od wieków. Amerykanista Rafał Michalski podkreśla, że spór konstytucjonalistów sprowadza się do problemu czy prezydent jest samodzielną władzą wykonawczą, czy też współwykonuje władzę wykonawczą.
W przeszłości prezydenci starali się poszerzać swoje uprawnienia. Kilka przykładów: Lincoln zawiesił sprawdzanie przez sąd legalności aresztowania w czasie wojny secesyjnej, Roosevelt internował Amerykanów japońskiego pochodzenia, George W. Bush samodzielnie forsował decyzje o operacjach wojskowych.
Obecny prezydent nie jest pierwszym, który używa nacisków do kontroli Rezerwy Federalnej, czyli amerykańskiego banku centralnego. Pierwszy robił to Harry Truman. Rozwiązanie Departamentu Edukacji? Obiecywał to Ronald Reagan. – Tylko, że każdy z tych precedensów Donald Trump próbuje rozciągać jeszcze bardziej – komentuje Michalski.
Nie oznacza to, że Trump może robić wszystko, na co ma ochotę. W najbliższym czasie czekają go rozstrzygnięcia w trzech sprawach, kluczowych dla jego planów.
Władza Donalda Trumpa. Trzy kluczowe orzeczenia
Przez 12 miesięcy drugiej kadencji Trumpa do sądów trafiły zastrzeżenia w licznych sprawach: od wykorzystania Gwardii Narodowej po prawa osób transpłciowych.
Rafał Michalski w rozmowie z Interią wyróżnia trzy kwestie, które pokażą, jak duża jest władza prezydenta i czy Trump przesuwa granice swoich uprawnień skutecznie.
– Zobaczymy, jak daleko te granice zostaną mu wyznaczone przez Sąd Najwyższy – wskazuje amerykanista. Tam właśnie obecnie toczą się najbardziej istotne dla Trumpa postępowania. – To po pierwsze orzeczenie dotyczące ceł – mówi dalej Michalski.
Sędziowie badają legalność amerykańskich ceł, które mają wpływ na światową gospodarkę. Sąd ma zbadać czy Trump nakłada cła zgodnie z prawem na podstawie ustawy o stanach wyjątkowych, czy też naruszył uprawnienia Kongresu.
– Pozostałe kwestie, które wyznaczą granice władzy prezydenckiej, to sprawa naturalizacji i orzeczenie, dotyczące możliwości zwolnień urzędników federalnych – wymienia nasz rozmówca.
Wątek naturalizacji to ograniczenie prawa do amerykańskiego obywatelstwa dla osób, które urodziły się w USA. Trump podpisał rozporządzenie wykonawcze, którym chciał ograniczyć imigrację. Nakazał rządowym agencjom nie uznawać obywatelstwa i prawa do stałego pobytu dzieci, które przyszły na świat w USA, ale żadne z rodziców nie ma amerykańskiego paszportu. Sąd niższej instancji zablokował dekret, uznając, że narusza on 14. poprawkę do konstytucji.
Z kolei sprawa zwolnień dotyczy masowej „redukcji etatów” w administracji federalnej, przede wszystkich w departamentach i rządowych agencjach. Sąd niższej instancji argumentował, że Trump przekroczył swoje uprawnienia. – Jeśli sąd potwierdzi, że prezydenta ma szeroką władzę do zwolnienia urzędników, to będzie oznaczać, że może wpływać na obsadę i de facto wyznaczać linię każdej z agencji, które dotychczas uznawaliśmy za niezależne – komentuje Michalski.
„Bierny” Kongres USA. „Trump to wykorzystuje”
W każdej z wymienionych spraw ostateczną decyzję podejmie Sąd Najwyższy USA. Jego działanie ogranicza jednak czas. – Zanim dojdzie do przesłuchania, wydania orzeczenia, to są tygodnie jeśli nie miesiące. Oprócz bardzo wyjątkowych przypadków mamy dwie fale orzeczeń w roku, w sesji zimowej i letniej – wskazuje Michalski.
Ale w kontekście konstytucyjnego sporu, o którym wspomnieliśmy na początku, nie tylko sąd kontroluję władzę prezydenta. Konstytucja USA była uchwalona w XVIII wieku i z poprawkami funkcjonuje do dzisiaj. Została zbudowana na trójpodziale władzy i sporo decyzji pozostawiła w kompetencjach Kongresu. Władza ustawodawcza mocno ograniczała głowę państwa. Jak wskazuje nasz rozmówca, po wojnie secesyjnej tak naprawdę najpotężniejszymi politykami byli przewodniczący komisji kongresowych, a nie prezydent.
Zaczęło się to zmieniać w XX wieku, na bazie kolejnych reform. W końcu poszczególne stany zorientowały się, że finansowo nie poradzą sobie przede wszystkim z polityką socjalną i zaczęły się uzależniać od finansowej pomocy, a więc i od decyzji władz federalnych. Czym Kongres jest dzisiaj?
– Mamy Kongres, który jest bierny. Dzisiaj nie ma inicjatywy większości republikańskiej do tego, żeby weryfikować, co Donald Trump robi lub co może robić – podkreśla Michalski i dodaje, że spiker Mike Johnson blokuje wszelkie próby weryfikacji działań prezydenta.
Republikanie bez błogosławieństwa władzy wykonawczej, mówię to trochę z przekorą, ale bez zgody Donalda Trumpa nie mogą się zmobilizować w całości
Nasz rozmówca zaznacza jednak, że republikanie nie są jednolitą, stuprocentowo zgodną formacją. Skłóceni wewnętrznie, dysponują minimalną większością w Izbie Reprezentantów. – To najmniejsza większość partyjna od 1939 roku. Dzisiaj republikanie w Izbie nie mogą stracić trzech głosów, bo przegrają głosowanie. Donald Trump to wykorzystuje, rozszerzając władzę wykonawczą. Republikanie są tutaj winni, bo mogliby kontrolować władzę wykonawczą – ocenia Michalski i dodaje, że dziś republikanie bez Trumpa nie są w stanie być skuteczni.
– Są tak wewnętrznie skłóceni, że bez błogosławieństwa władzy wykonawczej, mówię to trochę z przekorą, ale bez zgody Donalda Trumpa nie mogą się zmobilizować w całości – podkreśla amerykanista.
Problem prezydenta polega na tym, że wszystko może się zmienić jesienią 2026 roku.
„Otwarta wojna” w amerykańskiej polityce
W listopadzie Amerykanów czekają wybory, które mogą zmienić układ sił w Kongresie. – Jeżeli obecne sondaże utrzymają się do listopada, co wydaje się prawdopodobne, to demokraci odzyskają Izbę Reprezentantów z dosyć bezpieczną większością. Będą mieli władzę nad komisjami. Będą mogli wzywać członków administracji i rozpoczynać śledztwa. Będą obecni przy każdej ustawie – wymienia Rafał Michalski.
Tymczasem Donald Trump podkreśla, że on osobiście wprowadza zmiany. – Każda porażka będzie postrzegana jako jego osobista porażka. Wojna między władzą ustawodawczą i prezydentem to będzie główny temat polityki amerykańskiej w latach 2027-2028 – wskazuje nasz rozmówca. W 2028 Amerykanów czekają kolejne wybory – prezydenckie.
Jeśli demokraci wrócą, (…) zobaczymy otwartą wojnę polityczną, bo tak spolaryzowanej polityki amerykańskiej nie było od długiego czasu
Opór demokratów może być tylko częściowo skuteczny, jeśli nie przejmą izby wyższej, czyli Senatu. – Ale też nie wiemy jak będzie wyglądała polityka za rok. Może pojawi się grupa republikanów, którzy będą chcieli głosować w Senacie za ponadpartyjnymi rozwiązaniami – komentuje amerykanista.
– Dzisiaj Trump korzysta z tego, że Kongres jest rozbity. Korzysta z tego, że republikanie nie mają lidera wewnątrz partii. Krytykujemy za to demokratów, a republikanie mają ten sam problem. Oprócz Trumpa nie ma tam drugiej osoby łączącej frakcje i on z tego korzysta. Jeśli demokraci wrócą, będą prowadzili wielogodzinne przesłuchania członków administracji, wydawali raporty. Republikanie robili to w czasach Joe Bidena i już się okazało, że to może być narzędzie prowadzenia silnej polityki. Zobaczymy otwartą wojnę polityczną, bo tak spolaryzowanej polityki amerykańskiej nie było od długiego czasu – podsumowuje Rafał Michalski w rozmowie z Interią.
Chcesz porozmawiać z autorem? Napisz na jakub.krzywiecki@firma.interia.pl
-
Donald Trump testuje granice. Dwa kolejne miasta na jego celowniku
-
Ostatnia szansa demokratów, by powstrzymać Trumpa? Zamknięcie rządu w USA

