
Donald Trump (prezydent Stanów Zjednoczonych)
Amerykański prezydent po czterech latach przerwy wrócił do władzy z hukiem, rozbijając w wyborczym boju Kamalę Harris. Tym razem do Białego Domu wprowadził się dużo lepiej przygotowany, niż miało to miejsce w 2016 roku – z ekipą zaufanych ludzi i precyzyjnym planem (słynny „Project 2025”) urządzenia Stanów Zjednoczonych na modłę ruchu MAGA.
W swojej drugiej kadencji Trump jeszcze bardziej niż w latach 2016-20 nie godzi się na półśrodki. Całkowicie zdominował Partię Republikańską, podporządkowuje sobie kolejne kluczowe instytucje państwa i coraz głośniej mówi o chęci ubiegania się o trzecią kadencję w fotelu prezydenta (tu na przeszkodzie może mu stanąć amerykańska konstytucja, która ogranicza liczbę kadencji do dwóch).
Rzecz w tym, że sukces Trumpa dotyczy głównie jego samego, ewentualnie jego i jego politycznego otoczenia.
Amerykanie samozadowolenia prezydenta nie podzielają, co pokazują pikujące sondaże poparcia. Bezrobocie wzrosło, a drożyzna jak była, tak jest. Nawet nieprzejednana walka administracji Trumpa z imigrantami nie przekonała jego rodaków i nie zyskała mu popularności.
Na arenie międzynarodowej Trump również nie próżnował. Z jednej strony, wypowiedział całemu światu wojnę handlową i chociaż nie wygrał jej w takiej skali, jaka mu się marzyła, to doprowadził do renegocjacji szeregu umów handlowych (m.in. wynegocjował bardzo korzystną dla Stanów Zjednoczonych umowę z Unią Europejską). Z drugiej strony, jest na dobrej drodze do ustabilizowania relacji z Chinami, a przecież to z Państwem Środka Ameryka Trumpa miała toczyć najostrzejsze boje.
Z trzeciej strony, Trump stara się przeforsować oparty na XIX-wiecznej doktrynie Monroe’a porządek świata, w którym glob jest podzielony na strefy wpływów wielkich mocarstw.
Wreszcie z czwartej strony, amerykański prezydent połamał sobie zęby na wojnie w Ukrainie. Zakładał, że jej zakończenie będzie dla niego formalnością, tymczasem kilkukrotnie został bezwzględnie ograny przez Władimira Putina, a sam swoimi wypowiedziami i działaniami wielokrotnie podkopywał fundamenty funkcjonowania NATO, co w dłuższej perspektywie – wbrew ocenie Trumpa i jego otoczenia – może Stanom Zjednoczonym tylko zaszkodzić.
Binjamin Netanjahu (premier Izraela)
2025 rok jako udany z pewnością zaliczy również szef izraelskiego rządu. Binjamin Netanjahu dopiął swego w kwestii wojny w Gazie i zrealizował niemalże plan maksimum swojej ultraprawicowej koalicji.
Dążąc do swojego celu, Netanjahu nie ukorzył się nawet przed Donaldem Trumpem i amerykańską administracją, naginając ich do swojej woli. Zawarty między Izraelem a Hamasem pokój jest kruchy i faworyzuje Izrael, więc nie jest wykluczone, że w 2026 roku na Bliskim Wschodzie znów będzie gorąco.
Tym bardziej, że Netanjahu szedł po trupach do celu. Zanim zawarł pokój z Hamasem, wykorzystał okazję (i amerykańskie wsparcie), żeby uderzyć we wszystkich przeciwników Izraela w regionie: Hezbollah, Syrię, Iran.
Jednocześnie na arenie międzynarodowej rząd Netanjahu roztrwonił soft power pieczołowicie pielęgnowany przez Izrael od zakończenia drugiej wojny światowej. Izraelską prawicę interesowało bowiem wyłącznie osiągnięcie krótkoterminowego celu. Długoterminowe skutki tej polityki mogą jednak Tel Awiwowi odbić się poważną czkawką.
Xi Jinping (przywódca Chin)
Odkąd Donald Trump wrócił do Białego Domu, cały świat oczekiwał konfrontacji Chin ze Stanami Zjednoczonymi. Tej politycznej, tej gospodarczej, a być może nawet tej militarnej. Gospodarcze starcie przyszło szybko. Trump chciał złamać Chińczyków swoją polityką celną, ale Państwo Środka zamiast ustąpić i prosić o litość odpłaciło się Amerykanom tym samym, zmuszając Trumpa do zrobienia kroku w tył.
Próba sił skończyła się tym, że oba mocarstwa zawarły taktyczny rozejm w kwestiach handlowych, z szansą na długoterminowe porozumienie, a przywódcy obu państw wznowili rozmowy na najwyższym szczeblu.
Co więcej, Chiny wymiernie korzystają na słabnącej wskutek zachodnich sankcji rosyjskiej gospodarce, coraz mocniej podporządkowując sobie Rosję. Zależność jest na tyle silna, że w Pekinie nieoficjalnie zaczęto już nawet mówić o wykorzystaniu historycznej słabości Moskwy i odebraniu jej utraconych w XIX wieku terytoriów na Dalekim Wschodzie.
Władimir Putin (prezydent Rosji)
Chociaż w relacjach z Chinami 2025 rok nie był dla Rosji korzystny, to jednak minione 12 miesięcy Kreml może zapisać na swoją korzyść. Z kilku powodów. Po pierwsze, powrót Donalda Trumpa do Białego Domu bardzo szybko otworzył Rosji drogę powrotną na światowe salony. W międzyczasie Władimir Putin kilkukrotnie brutalnie ograł i ośmieszył amerykańskiego prezydenta w kwestii negocjacji pokojowych z Ukrainą.
Po drugie, Kreml jest wielkim beneficjentem doktryny Monroe’a, którą w nowej odsłonie chce wskrzesić Biały Dom, dzieląc świat na strefy wpływów wielkich mocarstw.
Po trzecie, Rosja z sukcesem poszerza swoje wpływy wśród krajów Globalnego Południa i wzmacnia pozycję BRICS, tworząc alternatywę dla swoich dawnych kontaktów z krajami Zachodu. Coraz trudniej mówić o Rosji jako globalnym pariasie. Tym pariasem Kreml jest już tylko i aż w oczach krajów UE i NATO.
Wreszcie po czwarte, mimo problemów z zaopatrzeniem i dużych strat w ludziach Rosja posuwa się do przodu na froncie w Ukrainie. To z kolei daje jej mocne karty w negocjacjach pokojowych, które Kreml opóźnia i sabotuje, jak tylko może, chcąc osiągnąć swoje pierwotne cele drogą militarną.
Zohran Mamdani (burmistrz Nowego Jorku)
Chociaż w skali kraju 2025 rok w amerykańskiej polityce należał do Donalda Trumpa i ruchu MAGA, to i demokraci mieli swoją iskierkę nadziei. Był nią Zohran Mamdani i jego listopadowe zwycięstwo w wyborach na burmistrza Nowego Jorku.
Popierany m.in. przez Berniego Sandersa i Alexandrę Ocasio-Cortez Mamdani obiecał Nowojorczykom m.in. pokonanie kryzysu mieszkaniowego (budowa 200 tys. przystępnych cenowo mieszkań na wynajem w ciągu najbliższej dekady), podniesienie godzinowej płacy minimalnej do 30 dolarów w 2030 roku oraz podniesienie podatków dla wielkich korporacji i milionerów. Nic dziwnego, że szybko zyskał tytuł „nowej nadziei demokratów”.
Co ciekawe, polubił go nawet Donald Trump, który po spotkaniu i rozmowie w cztery oczy obu polityków w Białym Domu nie potrafił ukryć zadowolenia z nowej znajomości. Zaprzysiężony na nowy urząd Mamdani będzie musiał udowodnić, że szumne obietnice i śmiałe plany nie były tylko kiełbasę wyborczą. Jeśli temu nie podoła, jego pięć minut w amerykańskiej polityce skończy się szybciej, niż się zaczęło.
Sanae Takaichi (premier Japonii)
Historyczne rzeczy jesienią wydarzyły się nie tylko w Nowym Jorku, ale również w odległej o tysiące kilometrów Japonii. Sanae Takaichi została pierwszą w historii kraju kobietą na stanowisku premiera rządu. W polityce nie jest jednak żółtodziobem. Wręcz przeciwnie – była ministrem zarówno w dwóch rządach Shinzo Abe, jak i później w gabinecie Fumio Kishidy.
Z racji konserwatywnych poglądów Takaichi ma dobre relacje z amerykańską administracją i samym Donaldem Trumpem. Jest przeciwniczką imigracji, zwolenniczką inwestycji państwa w kluczowych obszarach gospodarki, zwiększenia nakładów na obronność, a także krytyczką legalizacji małżeństw jednopłciowych.
Szerszej publiczności dała się jednak poznać z rzucenia rękawicy Chinom w kwestii Tajwanu. W japońskim parlamencie stwierdziła, że agresja Państwa Środka na wyspiarski kraj byłaby bezpośrednim zagrożeniem dla bezpieczeństwa Japonii, które zmusiłoby Kraj Kwitnącej Wiśni do działania.
Tym samym zerwała z leciwą doktryną strategicznej niejednoznaczności Japonii i postawiła na konfrontację z Pekinem. 2026 rok może przynieść wiele odpowiedzi w kwestii tego, jak daleko w tej eskalacji obie strony gotowe są się posunąć.

