
Łukasz Rogojsz, Interia: Iran i Stany Zjednoczone znów ze sobą walczą. Długo z przestrzeganiem porozumienia pokojowego nie wytrwały. Wróciliśmy do punktu wyjścia?
Dr Jakub Sławek, były ambasador RP w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, inicjator działającego na Uniwersytecie Śląskim think tanku Gulf House zajmującego się Zatoką Perską: – Niestety dzieje się to, czego wielu ekspertów się obawiało. Podpisane 17 czerwca porozumienie między Stanami Zjednoczonymi a Iranem było zbudowane na niedostatecznie mocnym fundamencie.
Co to znaczy?
– Przypominało bardziej zawieszenie broni niż dokument o charakterze traktatu pokojowego. Warto podkreślić, że formalnie do pierwszego złamania zawieszenia broni doszło już 25 czerwca, zatem tydzień po podpisaniu tzw. memorandum o porozumieniu.
Na zaprzestaniu walk skorzystały przecież obie strony – Iran miał szansę wyrwać się gospodarczego i politycznego marginesu, a Stany Zjednoczone pozbyć się problemu, które same sobie zgotowały.
– I dlatego przy bardzo wytężonych zabiegach dyplomacji pakistańskiej, katarskiej oraz omańskiej społeczność międzynarodowa mogła ostrożnie liczyć, że zawarte na 60 dni porozumienie uda się przekuć w trwalszy dokument pokojowy. Sam miałem wielką nadzieję, że dotrwamy do 17 sierpnia, żeby zobaczyć, czy i co obie strony wypracowały z myślą o stabilizacji sytuacji w regionie.
Teraz do stabilizacji jest bardzo daleko.
– Niestety. Obie strony wróciły do działań zbrojnych i sytuacja zmierza raczej w stronę dalszej eskalacji niż uspokojenia i respektowania zawartego w czerwcu porozumienia.
Czyja to wina? Mówiąc wprost: kto zaczął?
– Iran. Z nieznanych powodów, a może motywów, siły irańskie już 25 czerwca rozpoczęły działania zaczepne, a w następnych dniach zaatakowały katarski gazowiec i saudyjski tankowiec. Natomiast po atakach odwetowych amerykańskiej armii Irańczycy zaatakowali też emiracki supertankowiec, co zakończyło się śmiercią jednej osoby i ranieniem dwóch kolejnych. Mówimy więc o bardzo poważnej eskalacji.
To już przesądzone, że wojna na Bliskim Wschodzie wróciła?
– Myślę, że jeszcze jest miejsce na klasyczną dyplomację, natomiast w tym momencie zagrożenie wojną, której byliśmy świadkami od 28 lutego, jest ponownie bardzo realne.
Nie rozumiem jednej rzeczy: dlaczego Iran znowu eskalował konflikt? Wydawało się, że obie strony mają to, co chciały. Iran, w dość zgodnej ocenie analityków, był wygranym negocjacji pokojowych. Z kolei Stany Zjednoczone były zadowolone, że ta wojna już się skończy.
– Czerwcowe porozumienie rzeczywiście zostało zawarte bardziej na warunkach irańskich niż amerykańskich. Zawsze przy tak dużej dysproporcji siły jak pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Iranem, to kraj, który zdołał przetrwać, może uznawać się za wygranego. Jednak sukces Iranu w tej wojnie sprowadzał się przede wszystkim do jednego: reżim ajatollahów przetrwał siłową próbę obalenia i zdołał zapewnić kontynuację systemu. Poniesione straty osobowe, infrastrukturalne, gospodarcze i militarne są oczywiście ogromne, ale system działa. To jedyne, wymierne zwycięstwo, o którym w tym momencie Iran faktycznie może mówić.
To bardzo istotne zwycięstwo, bo – przypomnijmy – pierwotnym celem Amerykanów i Izraelczyków było właśnie obalenie reżimu w Teheranie.
– Obalić się go nie udało, ale straty personalne w kierownictwie reżimu są ogromne. Poza tym, przy gigantycznych stratach materialnych, wojskowych i ludzkich Iranu w tej wojnie reżimowi w Teheranie w ręku pozostała tylko jedna atutowa karta, czyli kontrola nad cieśniną Ormuz. Grają tą kartą ze swojej perspektywy strategicznie i ostro.
Faktem jest, że w tej chwili jedyną poważną kartą Iranu pozostają próby narzucenia własnej hegemonii i pełnej kontroli cieśniny Ormuz
Znowu nią zagrali?
– Tak. Prawdopodobnie dlatego, że w wyniku działań wojennych kolosalne straty pod każdym możliwym względem ponieśli tzw. tradycyjni proxies Iranu, czyli Hamas i Hezbollah. Na Bliskim Wschodzie mówi się nawet, że być może jest to początek końca obu organizacji. Przypomnieć warto, że formalnie 6 lipca Hamas zdecydował o rozwiązaniu swojej struktury politycznej rządzącej w Gazie od ponad 20 lat, zapowiadając przekazanie władzy w ręce nowego technokratycznego komitetu. Ruch, nawet jeżeli tylko symboliczny, bo nie wspomina słowem o rozbrojeniu organizacji, to jest jakimś małym krokiem naprzód. Jak zakończy się kwestia irańskich proxies zobaczymy w najbliższych miesiącach i latach, bo mówimy o budowanych przez dekady strukturach wojskowych i też o jakimś społecznym ich poparciu. Niemniej ich zdolności bojowe są dzisiaj bardzo zmniejszone, ale także możliwości Iranu dalszego ich szybkiego wspierania musiały zmaleć. To naturalna konsekwencja.
Iran nie może ich wspierać. To był jeden z warunków Waszyngtonu przy stole negocjacyjnym: zakończenie przez Iran wsparcia dla niepaństwowych aktorów uznawanych na Zachodzie za organizacje terrorystyczne.
– Iran nie chciał tego zrobić, bo tu nie chodzi tylko o sojusz polityczny, ale w wymiarze praktycznym – o odsuwanie działań wojennych od własnego terytorium. Walki toczyły się w Libanie, w Strefie Gazy, w wielu innych miejscach, ale z dala od Iranu. Dzisiaj mamy sytuację, że cały Zachód i Zatoka są jednak zaskoczone tym, jak potężny arsenał broni zgromadził Iran, z pewnością z pomocą Rosji i częściowo również Chin. Faktem jest, że w tej chwili jedyną poważną kartą Iranu pozostają próby narzucenia własnej hegemonii i pełnej kontroli cieśniny Ormuz. Zakładam, że reżim w Teheranie chciał pokazać własnemu społeczeństwu, że nadal jest silny i nadal ma zdolności do „kąsania” Stanów Zjednoczonych oraz ich baz i sojuszników w regionie.
Chodzi tylko o pokaz siły czy o ryzykowną strategię negocjacyjną z Amerykanami? W negocjacjach dwustronnych pojawiły się jakieś trudności, które Iran chciał w ten sposób ominąć albo przełamać?
– Jedyne, co przychodzi mi do głowy, to rozbieżności w interpretacji punktów czerwcowego porozumienia przez strony. Każda ze stron, ale przede wszystkim Iran, być może chce przetestować tzw. nowe czerwone linie, wynikające z memorandum o porozumieniu.
Zakaz strzelania i bombardowania cywilnych statków w cieśninie Ormuz nie wydaje się skomplikowany.
– Idea pobierania przez jakiekolwiek państwo opłat za żeglugę jest niezgodne z obowiązującym prawem i regulacjami, co podkreśla Międzynarodowa Organizacja Morska, ale także kraje Zatoki. Nawet idea amerykańskiego prezydenta o pobieraniu 20 proc. opłaty wartości ładunku nie ma najmniejszych szans materializacji. Wiemy, że Iranowi bardzo zależy na wymuszeniu sposobu żeglugi po wyznaczonych przez Teheran szlakach wodnych, a wszelkie jednostki nie poruszające się tym torem będą narażone na irańskie ataki. Podpisane memorandum wskazuje również, że Iran i Oman mają rozmawiać na temat przyszłości administrowania ruchem w cieśninie Ormuz. W tej chwili ta kwestia również wydaje się być zawieszona w związku z powrotem działań zbrojnych.
Nawet z perspektywy strategii negocjacji to wszystko wydaje się mocno nieracjonalne.
– Zgadzam się. Zwłaszcza, że Stany Zjednoczone w czerwcowym memorandum zobowiązały się do sukcesywnego znoszenia nałożonych na Iran sankcji ekonomicznych. Dostępne informacje wskazują, że od 17 czerwca z irańskich portów wypłynęło ok. 30 tankowców z irańską ropą i produktami petrochemicznymi. W zależności od wykonywania postanowień porozumienia Iran miał też odzyskiwać dostęp do swoich „zamrożonych” funduszy, a to kolejna rzecz, na której Teheranowi bardzo zależało.
Przy okazji ponownej eskalacji nie sposób nie wspomnieć o Izraelu. Dla Binjamina Netanjahu, a zwłaszcza jego koalicjantów z rządu, możliwość powrotu do walki z Iranem to wymarzony scenariusz przed tegorocznymi wyborami.
– To też spore zagrożenie dla trwających negocjacji pokojowych pod auspicjami Stanów Zjednoczonych między Izraelem a Libanem. Już bez tej eskalacji było tam wystarczająco wiele punktów zapalnych i pułapek, ale udało się dojść do szóstej rundy negocjacji. Patrząc długoterminowo Izrael musi ułożyć sobie na nowo relacje z Libanem i Syrią. Tu wykuwa się nowa dynamika Bliskiego Wschodu, nowy regionalny porządek. To szalenie skomplikowana mozaika.
Negocjacje przetrwają obecną eskalację? Dla Izraela to wygodny pretekst, by odejść od stołu i wznowić działania wojenne, skoro nawet Donald Trump wrócił do rozwiązań siłowych.
– Izrael i Liban mają wspólny cel: doprowadzenie do całkowitej demilitaryzacji Hezbollahu, powrotu libańskiej armii i struktur rządowych do kontrolowania całości kraju. Izrael nie ma żadnych pretensji terytorialnych do Libanu i vice versa. To silny wspólny punkt, ale szczegóły – kto pierwszy ma się wycofać, kto będzie demilitaryzować Hezbollah, jak będą wyglądać kolejne etapy całej operacji – powodują, że negocjacje zapowiadają się na trudne i długie.
Jakie perspektywy mają w tym wszystkim Stany Zjednoczone? Znowu wracają do konfliktu, o zakończeniu którego marzyli wszyscy w Białym Domu i Pentagonie. A Donald Trump pytany o to, kiedy będzie pokój, odpowiada, że w Wietnamie Amerykanie byli ponad 19 lat, a wojna z Iranem to raptem cztery miesiące.
– Po tym, jak Amerykanom nie udało się obalić reżimu ajatollahów, głównym celem tej wojny stało się unicestwienie irańskiego programu nuklearnego oraz możliwie najdalej posunięte ograniczenie możliwości bojowych Iranu. Stany Zjednoczone i cały Zachód nie chcą dopuścić, żeby Iran posiadał broń masowego rażenia. Atomowy Bliski Wschód to scenariusz, którego Waszyngton nigdy nie zaakceptuje. Z kolei reżim irański nie chce wyjść z tej wojny jeszcze bardziej osłabiony, więc będzie próbować prężyć muskuły na tyle, na ile tylko może. Stany Zjednoczone nie mogą pozwolić sobie na okazanie słabości, więc będą na te działania odpowiadać.
Rzeczywiście brzmi jak recepta na wieloletni konflikt.
– Mamy sytuację „wet za wet”, czy – jak mawiają Amerykanie – „tit for tat”: wy strzelacie, my odpowiadamy. Jeśli jednak szukać światełka w tunelu, jest nim to, że działania obu stron i ich cele są umiejscowione wokół cieśniny Ormuz i irańskiego wybrzeża. Amerykanie jeszcze powstrzymują się od nalotów na infrastrukturę cywilną i energetyczną, bo to mogłoby być bardzo dotkliwe dla Iranu, zwłaszcza po wszelkich wcześniejszych zniszczeniach. Irańczycy koncentrują się natomiast na atakach logistycznych. Dlatego ciężko stwierdzić, czy weszliśmy już w logikę pełnoskalowej konfrontacji i ataków na cele strategiczne i cywilne w Zatoce. Na razie teatr działań pozostaje ograniczony i to daje jakąś nadzieję na powrót do stołu negocjacyjnego.
(…) w tym momencie zagrożenie wojną, której byliśmy świadkami od 28 lutego, jest ponownie bardzo realne
Jeśli dojdzie do pełnej eskalacji, to Amerykanie mają jeszcze jakieś pole manewru? Mogą zrobić coś, czego nie zrobili przed czerwcowym porozumieniem? Wówczas mówiło się, że jedyny dalszy krok to interwencja lądowa (choćby symboliczna) albo zrównanie z ziemią infrastruktury energetycznej Iranu, co jednak na pewno pchnęłoby Iran do zadania bolesnych ciosów sojusznikom Stanów Zjednoczonych w regionie.
– Za ponowną pełną eskalację irańskie społeczeństwo zapłaciłoby jeszcze większą cenę, ale zapewne jest gotowe i na taki scenariusz. Zapaść gospodarki wywindowała koszty życia do niewyobrażalnego poziomu, a blokada portów przez amerykańską marynarkę groziła wręcz głębokim kryzysem, Trzeba jednak pamiętać, że Iran przystosował się do warunków kryzysowych i sankcyjnych, więc niewiele udałoby się zmienić.
A reżim? Też ma się czego obawiać w razie eskalacji?
– Reżim został skonstruowany w bardzo solidny sposób, do tego oparty na teokratycznym fundamencie. Dzięki temu bardzo trudno jest go obalić od zewnątrz. Próby podburzenia Irańczyków przeciwko reżimowi, które podejmowały władze amerykańskie i izraelskie, spełzły na niczym, bo w Iranie nikt nie wyobraża sobie władzy, która w jakikolwiek sposób byłaby wynikiem działań i wsparcia Izraela czy nawet też Stanów Zjednoczonych. Nie byłoby mowy o jakiejkolwiek legitymacji społecznej dla takiej grupy osób czy organizacji. Dla Irańczyków to scenariusz nie do pomyślenia.
– Pamiętajmy też, że przed agresją amerykańsko-izraelską reżim ajatollahów zmagał się z bardzo poważnymi protestami społecznymi, wywołanymi dramatyczną sytuacją gospodarczą. Ani przez chwilę nie wahali się z użyciem siły i ostatecznie pozbawili życia być może nawet 30 tys. protestujących rodaków. Siła strachu musiała tutaj zrobić swoje.
Łukasz Rogojsz

