
-
Mit o niewyczerpanych rezerwach ludzkich Rosji jest obecnie poddawany weryfikacji przez straty wojenne i ograniczenia gospodarcze.
-
Rosyjska mobilizacja opiera się głównie na bezrobotnych, więźniach i osobach z marginesu społecznego, a obciążenie finansowe rekrutacji rośnie w regionach.
-
Dr Szyman Kardaś mówi Interii jak długo Rosja jest w stanie rekrutować w ten sposób. Wskazuje też krok, którego Putin na razie unikał, ale może nie mieć wyboru, jeśli chce kontynuować wojnę.
-
Więcej ważnych informacji znajdziesz na stronie głównej Interii
– Ludzi u nas mnogo – miał powiedzieć niegdyś Stalin, gdy zapytano go o straty Rosjan na froncie II wojny światowej. Mimo gigantycznej liczby ofiar Związek Radziecki był w stanie przeczekać zimę w Stalingradzie i ruszyć do walki z Niemcami z nową siłą. Kontratak zakończył się zwycięstwem w Berlinie.
Od tamtej pory pokutuje pogląd, że Rosji nie da się pokonać, że kremlowscy decydenci mają do dyspozycji rozległy kraj, z którego mogą czerpać nieograniczone zasoby ludzkie. Mimo to w obecnej wojnie Rosja już od lat walczy na ustabilizowanej linii frontu, wykonując jedynie niewielkie i powolne posunięcia naprzód.
Bo dziś Rosja to kraj zupełnie inny niż Związek Radziecki, a nieograniczone zasoby ludzkie są mitem.
– Uwzględniając aktualną sytuację na froncie, władze nadal są w stanie uzupełnić regularnie ponoszone straty, zarówno jeśli chodzi o personel, jak i o sprzęt. Natomiast trzeba uczciwie powiedzieć, że potencjał, by zwiększać poziom zaangażowania, jest ograniczony. Obecny mechanizm uzupełniania strat może wystarczyć w horyzoncie roku, dwóch – mówi Interii dr Szymon Kardaś, ekspert think tanku European Council on Foreign Relations.
Wojna w Ukrainie. Prawdziwe straty Rosji
Analizę rzeczywistej sytuacji Rosji należy zacząć od jej realnych strat w bieżącym konflikcie. Na początku tego roku strona ukraińska podała, że Moskwa straciła 1,2 mln żołnierzy. Czy to prawdziwe dane?
– Tak naprawdę nie jesteśmy w stanie obiektywnie odpowiedzieć na to pytanie. Mamy tutaj problem z metodologią. Na liczby, które podają Ukraińcy, trzeba patrzeć ostrożnie, bo to jest też element walki informacyjnej. W ich interesie jest jak najbardziej podnosić skalę rosyjskich strat i pokazywać, ile ta wojna Rosjan kosztuje. Liczba powyżej miliona robi wrażenie – zaznacza dr Kardaś.
Nasz rozmówca podkreśla też, że ośrodki analityczne wskazują na straty Rosjan dużo niższe, niż te prezentowane przez Kijów.
– Jeśli popatrzymy na dane niezależnych ośrodków, to na przykład raport dla Meduzy wskazuje, że na koniec lata ubiegłego roku liczba zgonów rosyjskich żołnierzy była na poziomie 220 tysięcy. Z kolei jeśli spojrzymy na dane z raportów wskazujących na wzrost liczby nekrologów i aktów zgonów, to dane są trochę wyższe. Tu liczba zabitych jest szacowana nawet na poziomie bliskim 400 tysięcy – mówi nasz rozmówca.
To jednak nie koniec zamieszania z analizą danych. – Kolejny problem jest taki, że są statystyki, które obejmują zabitych i tych, którzy zaginęli w akcji. Wreszcie jest pytanie, jak kwalifikować tych, którzy zostali ranni na wojnie, ale nie na tyle, żeby kiedyś nie wrócić na front – tłumaczy Kardaś.
Kolejna kwestia, która tłumaczy sytuację Rosji, to jej potrzeby i możliwości mobilizacyjne.
Ilu żołnierzy potrzebuje Putin?
Dr Kardaś zaznacza, że to, ilu nowych żołnierzy Moskwa będzie potrzebować w 2026 roku, zależy od sytuacji na froncie.
– Możemy bazować na tym, jak wyglądała skala rekrutacji w dwóch minionych latach. Rosjanie byli w stanie zakontraktować i wysłać na front od 360 do 480 tysięcy żołnierzy rocznie. Dane różnią się w zależności od źródeł oraz trybu pozyskiwania osób wysyłanych na front, ale to mniej więcej ten przedział. Tempo mobilizowania prawdopodobnie uda się utrzymać w tym roku – wyjaśnia ekspert.
Według szefa wywiadu wojskowego Ukrainy Rosja planuje zmobilizować w tym roku ponad 400 tys. osób. – Ale jednocześnie ze względu na pogarszającą się sytuację ekonomiczną koszty związane z rekrutowaniem są coraz poważniejszym obciążeniem. Szczególnie dla regionów, które z roku na rok coraz bardziej się zadłużają – tłumaczy rozmówca Interii.
W tym miejscu dochodzimy do następnego elementu układanki rosyjskich możliwości – gospodarki.
Gospodarka. Coraz większe obciążenie regionów
– Rosja poprzedni rok zamknęła z relatywnie wysokim deficytem budżetowym, w porównaniu do sytuacji z pierwszych lat wojny. Tempo wzrostu gospodarczego wyhamowało. W 2024 roku wydawało się, że produkcja zbrojeniowa napędza gospodarkę, ale według szacunków w 2025 wzrost był na poziomie niecałego 1 proc. Prognoza na ten rok jest podobna. To jeszcze nie jest wielki kryzys, ale na pewno stagnacja, wyhamowanie – mówi nam dr Kardaś.
Po co te liczby? Są istotne, bo Rosja słono płaci za zachęty finansowe, które mają przekonać ludzi do podpisywania kontraktów wojskowych. Koszty są tak duże, że oprócz budżetu federalnego na zachęty składają się też rosyjskie obwody. Na początku 2025 roku w obwodzie samarskim można było dostać w sumie 4 miliony rubli za podpisanie kontraktu. W innych zamożnych regionach około 3 mln rubli. To w przeliczeniu od 140 do 180 tys. zł.
Nadal wielu Rosjan podpisuje kontrakty. W wielu przypadkach to ważniejsze dla członków rodzin żołnierzy, niż dla samych podpisujących
Rosjan coraz trudniej namówić do walki, więc kontrakty muszą być wysokie. Ale jednocześnie sytuacja gospodarcza sprawia, że kontrakty są rosnącym obciążeniem.
– Ciężar związany z finansowaniem wojny coraz bardziej jest widoczny na poziomie regionów. Oczywiście nadal wielu Rosjan podpisuje kontrakty. W wielu przypadkach to ważniejsze dla członków rodzin żołnierzy, niż dla samych podpisujących. Gdy kontraktujący nie wraca z frontu, rodzina dostaje dodatkowe świadczenia – wskazuje dr Kardaś i jednocześnie nakreśla kolejny element obrazu współczesnej Rosji.
Na front niekoniecznie trafiają patrioci wierzący w rosyjską sprawę.
Rosjanie na froncie. „Bezrobotni i więźniowie”
– Na początku wojny prowadziliśmy rozmowy z ekspertami rosyjskimi. Podkreślali, że wojna będzie mieć znaczenie nie tylko gospodarcze, ale też społeczne – opowiada dr Kardaś.
– Nie można generalizować, ale dla wielu rodzin wysłanie kogoś na front wiązało się praktycznie z samymi korzyściami. Nie tylko finansowymi, ale często z gospodarstwa domowego pozbywano się patologicznych zachowań. Rodziny wysyłały osoby, które piły albo dopuszczały się przemocy domowej. Dla nich wysłanie takiej osoby było pozbyciem się problemu – mówi dalej.
Na front trafiają przede wszystkim będący na marginesie życia zawodowego. Bezrobotni, więźniowie. Ludzie o niskich kwalifikacjach i niskiej zdolności do zdobywania nowych kwalifikacji
Jacy Rosjanie idą na wojnę dzisiaj? – Na front trafiają przede wszystkim będący na marginesie życia zawodowego. Bezrobotni, więźniowie. Ludzie o niskich kwalifikacjach i niskiej zdolności do zdobywania nowych kwalifikacji. Takimi ludźmi można front zapchać i osiągać pewne taktyczne korzyści, wykorzystując efekt skali. Natomiast na froncie zaczyna być widoczne, że utrzymywanie i zdobywanie pozycji wymaga zaangażowania osób o dużo wyższym poziomie wyszkolenia. Tu brak kwalifikacji zaczyna być problemem – podkreśla nasz rozmówca.
Kolejne pytanie, na które powinniśmy odpowiedzieć, to jak długo Rosja może mobilizować takich ludzi. I czy sięgnie do puli, której każda rosyjska władza zawsze się bała.
Ostatni rezerwuar ludzi. Putin „starał się nie tykać”
Rewolucje najczęściej wybuchają w miastach. Dlatego mieszkańców miast w Rosji się oszczędza, są ostatni do mobilizacji, bo tam potencjał, że się zbuntują, jest największy. Problem Rosji polega na tym, że współczesna struktura społeczna kraju bardzo różni się od Związku Radzieckiego.
Według raportów ONZ obecnie w miastach mieszka ponad 70 proc. Rosjan. W 1960 roku było to nieco ponad 50 proc. Dziś Putinowi łatwiej mobilizować ludzi na wsi, w małych ośrodkach, gdzie szansa na sprzeciw jest mniejsza. Tylko jest ich tam mniej niż w miastach. Kiedy jednak nie będzie miał innej możliwości, czy zdecyduje się sięgnąć także po mieszkańców największych ośrodków?
– Bardzo symptomatyczne są ostatnie sygnały związane z próbami ograniczenia kanałów komunikacji typu Telegram. Niektórzy wiążą to z planami Kremla odnośnie do ogłoszenia mobilizacji, również ludności miejskiej. To na razie tylko spekulacja, ale gdyby się potwierdziła, to oznacza, że Kreml sięga do rezerwuaru, którego do tej pory starał się nie tykać. To z kolei oznacza, że w ocenie Moskwy utrzymanie sytuacji na froncie staje się problematyczne. Może jeszcze nie teraz, ale w perspektywie kolejnego roku. Jednocześnie to wskazywałoby na determinację, by wojnę jednak kontynuować i doprowadzić do końca zgodnego z rosyjskimi oczekiwaniami politycznymi – wyjaśnia dr Kardaś.
Wojna napędza wojnę. Putin patrzy na Indie i Iran
Na koniec warto wspomnieć o nowych geopolitycznych wyzwaniach Rosji. W Interii opisywaliśmy zapowiedzi Indii, które wstrzymały zamówienia na rosyjską ropę.
– W 2025 roku na Chiny i Indie przypadało łącznie 85 proc. rosyjskiego eksportu naftowego. Jeśli jeden z tych dwóch graczy znacząco ograniczy import, Rosjanie to rzeczywiście odczują. Niewykluczone, że przy braku rynków zbytu, rosyjskie firmy będą musiały ograniczyć wydobycie, co przełoży się na dalsze spadki wpływów budżetowych pozyskiwanych z sektora naftowo-gazowego. Tylko musimy poczekać czy faktycznie potwierdzą się deklaracje Indii – tłumaczy nasz rozmówca.
Jest jednak element, który Putinowi może pomóc.
– Jednym z gorących punktów jest sytuacja na Bliskim Wschodzie i to, co wydarzy się wokół Iranu. Cena ropy już lekko wzrosła i to dla Rosjan jest dobra wiadomość. Ze względu na stagnację ten rok na pewno będzie trudniejszy niż poprzednie lata, ale byłbym daleki od prognozowania załamania gospodarczego na tym etapie – podsumowuje w rozmowie z Interią dr Szymon Kardaś.
Chcesz porozmawiać z autorem? Napisz na jakub.krzywiecki@firma.interia.pl
-
Fatalne statystyki Rosji. Masa poległych na wojnie, nowy raport
-
Analityk wskazał poważny problem Rosji. „Może nie wytrzymać kolejnego roku”

