
Na kilka przed wyborami na Węgrzech coraz szerzej rozwierają się nożyce sondażowego poparcia między ośrodkami bliskimi rządzącym a tymi niezależnymi. W badaniach pracowni prorządowych sprawująca władzę od 2010 r. koalicja prowadzi z przewagą 5-8 pp. Z kolei w sondażach niezwiązanych z władzą dominuje TISZA, wyprzedzając Fidesz od 9 do nawet 23 pp.
Przynajmniej w warstwie deklaratywnej wybory, które odbędą się w przyszłą niedzielę, zakończą się rekordową frekwencją. Dotychczas najwyższą odnotowano w 2002 roku (70,5 proc.).
Według opublikowanego 1 kwietnia sondażu 21 Research Center przewaga partii TISZA nad rządzącą koalicją w grupie zdecydowanych wyborców wzrosła do 19 pp. (56 proc. wobec 37 proc.). Swoich przedstawicieli do Zgromadzenia Krajowego wprowadziłaby jeszcze tylko skrajnie prawicowa partia Mi Hazánk (5 proc.).
Analizując w ostatnich tygodniach wyniki badań niezależnych ośrodków, można wręcz odnieść wrażenie, że rezultat wyborów jest już przesądzony, a karty dawno rozdane. To jednak niezwykle zgubne złudzenie – nie tylko dla obserwatorów węgierskiej sceny politycznej, ale przede wszystkim dla jej uczestników.
Nie ma bowiem dla opozycji większego zagrożenia niż demobilizacja elektoratu i uśpienie wyborców poczuciem, że ich głos „niczego już nie zmieni”.
Sondaże sprzyjają partii TISZA, ale ordynacja wspiera Fidesz. Kształtowana latami przez partię rządzącą i skrojona pod jej polityczne potrzeby ustawa wyborcza od początku miała za zadanie jedno: sprawić, by nawet ewentualny sukces opozycji, po przepuszczeniu przez mechanizmy przeliczania głosów, ostatecznie zminimalizował straty władzy.
Wskazywałem tam m.in. na celowe wytyczanie granic okręgów wyborczych (gerrymandering), sposób organizacji głosowania korespondencyjnego czy tryb ponownego przeliczania głosów. Ale to nie wszystko.
Co jeszcze pomoże Fideszowi
Zwycięstwo TISZY wcale nie musi przełożyć się na końcowy podział mandatów. Dlaczego? Na Węgrzech funkcjonuje 106 jednomandatowych okręgów wyborczych (JOW), w których rywalizacja toczyć się będzie nierzadko o pojedyncze głosy.
System skonstruowany jest tak, że kandydata wybiera się w jednej turze, zwykłą większością. Głosy oddane na tego, który przegra, nie przepadają – zostają doliczone do tzw. listy krajowej jego partii.
Co więcej, w przypadku zwycięzcy głosy nadmiarowe (czyli te powyżej progu niezbędnego do wygranej) również zasilają ogólnokrajową pulę. To mechanizm tzw. premii dla przegranego i zwycięzcy.
Jak to działa? Kandydat A otrzymuje 1000 głosów, a zwycięski kandydat B – 1201. W tej sytuacji na listę krajową partii kandydata A trafia 1000 głosów (bo przegrał), natomiast partia kandydata B zyskuje 200 „nadwyżkowych” głosów (ponieważ do wygranej wystarczył mu 1001 głosów).
Dlaczego to takie istotne? W okręgach tradycyjnie zdominowanych przez Fidesz kandydaci władzy wygrywają zazwyczaj z ogromną przewagą, podczas gdy opozycja notuje tam bardzo słabe wyniki.
Oznacza to potężną premię ze zwycięstwa w danym okręgu dla partii rządzącej. Z kolei tam, gdzie triumfuje opozycja, kandydaci Fideszu i tak osiągają na ogół solidne rezultaty.
Paradoksalnie więc, przegrana Fideszu w takim okręgu może zasilić jego listę krajową (z puli przegranego) większą liczbą głosów, niż zyska opozycja z tytułu premii za zwycięstwo.
To właśnie z tej ogólnokrajowej listy, metodą d’Hondta, obsadzane są pozostałe 93 miejsca w ławach poselskich. Warto mieć w pamięci ten podwójny mechanizm premiowania, gdy spływają doniesienia o przewidywanych tryumfach w poszczególnych JOW-ach.
Tym bardziej, że ze szczątkowych danych pochodzących z lokalnych badań wynika, iż w wielu okręgach przewaga jednej lub drugiej formacji waha się zaledwie od kilku do kilkunastu punktów procentowych.
Pomyłka administracji, głos nieważny
Druga kwestia to lokale wyborcze poza granicami kraju. Utworzono 151 takich przedstawicielstw, jednak ich rozmieszczenie często ma się nijak do rzeczywistego zapotrzebowania.
Posłużmy się przykładami:
-
w Rumunii do głosowania osobistego zarejestrowało się 3288 osób, które mają do dyspozycji trzy lokale (w Bukareszcie, Miercurea-Ciuc [węg. Csíkszereda] i Kluż-Napoce [węg. Kolozsvár]).
-
Z kolei w Wielkiej Brytanii, gdzie chęć udziału w wyborach zgłosiły aż 12 402 osoby, utworzono dokładnie tyle samo, bo zaledwie trzy punkty (w Londynie, Edynburgu i Manchesterze).
-
W Rosji, gdzie oddać głos chciałoby 138 osób, również utworzono trzy punkty wyborcze (w Moskwie, Petersburgu i Kazaniu).
-
W Niemczech 15 746 obywateli zagłosuje w pięciu placówkach (w Berlinie, Stuttgarcie, Norymberdze, Monachium i Düsseldorfie),
-
a w Austrii 4680 osób ma do dyspozycji tylko dwa lokale.
-
W Słowenii także, ale tam głosować chce 421 wyborców.
-
Warto też odnotować, że Węgrzy będą mogli oddać głos na terytorium ogarniętej wojną Ukrainy (w Kijowie, Berehowie i Użhorodzie), z tej możliwości chciałyby skorzystać 593 osoby.
Poza spodziewanymi długimi kolejkami i utrudnionym dojazdem (z uwagi na znaczne odległości), z głosowaniem w zagranicznym punkcie wiąże się jeszcze jeden, typowo proceduralny problem.
Komisja traktuje bowiem takiego wyborcę dokładnie tak, jakby głosował w swoim miejscu zamieszkania na Węgrzech (przysługują mu zatem dwa głosy: na kandydata w JOW-ie oraz na listę krajową).
Oznacza to, że w zagranicznym lokalu wyborczym musi fizycznie znaleźć się karta do głosowania przypisana do jego konkretnego okręgu nad Dunajem. W przypadku jakiejkolwiek pomyłki logistycznej ze strony administracji wyborca po prostu nie będzie mógł oddać głosu.
O tego typu incydentach informowano przy okazji wyborów w 2018 i 2022 r. Różnica polega na tym, że wówczas szanse opozycji na sukces i tak pozostawały marginalne. Dziś sytuacja wygląda zupełnie inaczej, a w wielu miejscach o ostatecznym wyniku mogą decydować dosłownie pojedyncze karty.
Łącznie chęć głosowania poza granicami państwa wyraziło w tym roku ponad 90 tysięcy osób (dla porównania: w 2022 r. było to niespełna 65,5 tys., a w 2018 r. – nieco ponad 58 tys.).
Społeczną mobilizację widać również w statystykach dotyczących zaświadczeń o prawie do głosowania poza miejscem zamieszkania. Według stanu na 2 kwietnia taki dokument pobrało już blisko 213 tys. Węgrów. Przed czterema laty z tej możliwości skorzystało 157,5 tys. wyborców, a w 2018 r. – ok. 200 tys.
Wielu wyborców nie ufa systemowi
Opublikowane 2 kwietnia badanie ośrodka 21 Research Center (przeprowadzone w dniach 23-28 marca) rzuca na sprawę organizacji wyborów i sondaży inne, niepokojące światło.
Wynika z niego, że prawie połowa Węgrów (48 proc.) jest zdania, iż Fidesz może wygrać wybory wyłącznie dzięki fałszerstwom. Co czwarty ankietowany uważa to za możliwe i bez oszustw (wynika bowiem z poparcia), a 27 proc. badanych nie potrafiło zająć stanowiska.
W elektoracie TISZY nastroje te są jeszcze bardziej radykalne: aż 70 proc. zwolenników największej partii opozycyjnej uważa, że Fidesz mógłby wygrać wyłącznie nieuczciwie. Odmiennego zdania jest niespełna co czwarty sympatyk tej formacji, a 7 proc. wstrzymało się od głosu.
Dane te warto przeanalizować również z perspektywy wyborców wciąż niezdecydowanych (którzy na ogół nieco chętniej sympatyzują z TISZĄ). W tej grupie 18 proc. uważa, że Fidesz wygra wyłącznie przez fałszerstwa, a 22 proc. – że w drodze uczciwej rywalizacji. Aż 60 proc. nie potrafi jednak odpowiedzieć na to pytanie.
Co ciekawe, gdy odwrócimy sytuację i zapytamy, z czego wynikałoby ewentualne zwycięstwo partii TISZA, 38 proc. populacji wskazuje na rzeczywiste poparcie społeczne, a 18 proc. na fałszerstwa (44 proc. nie ma zdania).
Elektorat największego rywala, czyli Fideszu, jest w tej kwestii rozbity niemal na trzy równe części: 35 proc. ewentualną wygraną TISZY przypisałoby fałszerstwom, 30 proc. – naturalnemu poparciu, a 34 proc. zaznacza odpowiedź „nie wiem”. Wśród wyborców niezdecydowanych dominują dwie opcje: uczciwe poparcie (36 proc.) oraz brak zdania (62 proc.).
Wyborcy o konsekwencjach wygranej Fideszu lub TISZY
Warto przywołać jeszcze jedno interesujące pytanie z sondażu 21 Research Center: jakie konsekwencje przyniosłoby zwycięstwo Fideszu?
W całej populacji blisko połowa ankietowanych (48 proc.) wskazuje, że byłyby to skutki złe lub bardzo złe, a nieco ponad co piąty (22 proc.) spodziewa się konsekwencji dobrych lub bardzo dobrych. 13 proc. uważa, że nic by się nie zmieniło, a 17 proc. nie potrafiło odpowiedzieć na to pytanie.
Dla 94 proc. zwolenników TISZY rządy obecnej władzy oznaczają oczywiście bardzo zły scenariusz. Z kolei w grupie wyborców niezdecydowanych odsetek obawiających się złych konsekwencji wynosi 22 proc.; 16 proc. jest zdania, że niewiele by się zmieniło, a zaledwie 5 proc. wierzy w poprawę sytuacji, jednakże aż 55 proc. wstrzymuje się od odpowiedzi.
Odwracając znowu role – zwycięstwo partii TISZA jako złe lub bardzo złe w skutkach ocenia znacznie mniej, bo 26 proc. wszystkich wyborców, natomiast na pozytywne konsekwencje wskazuje 45 proc. badanych (23 proc. nie ma zdania).
W elektoracie Fideszu 78 proc. ankietowanych uważa, że rządy partii Magyara miałyby negatywne skutki, a 17 proc. nie umie odpowiedzieć. Z kolei wśród niezdecydowanych 16 proc. widzi w wygranej TISZY dobre strony, 11 proc. obawia się pogorszenia sytuacji, a aż 64 proc. nie potrafi tego ocenić.
Z badania płynie jeszcze jeden niezwykle ciekawy wniosek: wyborcy TISZY znacznie silniej wierzą, że rządy ich ugrupowania przyniosą im obiektywne korzyści (95 proc.), niż zwolennicy Fideszu pokładają podobne nadzieje w wygranej własnej formacji (72 proc.).
Otwartym pozostaje bowiem pytanie, jak na ostateczny rezultat zareagują zwolennicy obu zantagonizowanych obozów – zwłaszcza w dobie tak skrajnej polaryzacji i napięć społecznych.
To tym bardziej istotne, że mobilizacja w obozach obydwu partii jest niemal taka sama. Głosować chce mniej więcej 9 na 10 zwolenników zarówno TISZY, jak i Fideszu. W tym kontekście zawiłości ordynacji wyborczej, a w szczególności prawo do ponownego przeliczania głosów, nabierają jeszcze większego, krytycznego znaczenia.

