
Piątek to na Węgrzech przedostatni dzień kampanii wyborczej. Zazwyczaj to właśnie w piątek partie mobilizowały wyborców po raz ostatni – Fidesz tradycyjnie w Székesfehérvárze, rodzinnym mieście Orbána, a opozycja w wielkomiejskim Budapeszcie.
Tym razem jest inaczej. Na finałowe wiece przyjdzie nam poczekać do soboty: premier wystąpi w stolicy, a Péter Magyar w Debreczynie. Warto w tym miejscu przypomnieć kluczową zasadę: na Węgrzech nie obowiązuje cisza wyborcza, co oznacza, że ostra polityczna rywalizacja będzie trwać dosłownie do samego zamknięcia urn.
Wybory na Węgrzech 2026. Dwa orędzia w piątkowy poranek
Ostatni piątek kampanii rozpoczął się od internetowych orędzi liderów Fideszu i Tiszy. Najpierw wystąpił premier. Przekonywał, że w niedzielę Węgrzy wybiorą „nie tylko rząd, ale i los ojczyzny„, którą przez 16 lat udało się „podnieść z ruin”.
Po wyliczeniu sukcesów socjalnych i gospodarczych premier uderzył w tony alarmistyczne, ostrzegając przed szalejącymi wojnami i pukającym do Europy kryzysem. Co stanowi nowość w jego retoryce, Orbán wezwał do zakopania politycznych sporów, apelując o współpracę i narodową jedność w imię bezpieczeństwa.
Jednocześnie szef rządu oskarżył opozycję, że przy wsparciu „zagranicznych służb” dąży do chaosu i zdyskredytowania woli Węgrów. Premier ewidentnie przygotowuje tym samym grunt pod ewentualne podważanie wyników.
Sytuacja jest niezwykle napięta: z dwóch niezależnych sondaży wynika, że niemal 90 proc. wyborców Tiszy uważa, iż Fidesz utrzyma władzę wyłącznie dzięki fałszerstwom. Z kolei w obozie władzy dominuje przekonanie, że to opozycja w jakiś sposób „skręci” wybory. To zwiastuje kryzys i sugeruje, że przegrany nie pogodzi się z werdyktem wyborczym. Warto przypomnieć, że podobnie było w 2002 r., gdy Fidesz przez rok kontestował swoją wyborczą porażkę.
Półtorej godziny później zareagował Péter Magyar, ironicznie nazywając wystąpienie Orbána „mową pożegnalną ustępującego premiera„. Lider opozycji przyznał mu rację tylko w jednym: Węgry faktycznie potrzebują dziś jedności i współpracy. Zapewnił jednak, że żadne akcje służb ani dezinformacja nie powstrzymają zwycięstwa Tiszy. Zaapelował do obywateli o potraktowanie niedzieli jako „pokojowego, ustrojowego referendum”, a odchodzącego premiera wezwał, by „z odpowiednim spokojem i godnością przyjął werdykt narodu”.
Komentując tę wymianę ciosów, znany publicysta Szabolcs Dull zauważył, że Magyar między wierszami sugeruje przygotowywanie przez Fidesz operacji „pod fałszywą flagą”. Dziennikarz podkreślił też ogromną sprawność taktyczną lidera opozycji, który „na każdy krok szefa rządu reaguje natychmiast, nie pozwalając opinii publicznej ani na minutę interpretować działań Orbána w izolacji, bez uwzględnienia własnej narracji”.
W tych sondażach wygra TISZA
Ostatnie godziny kampanii obfitują w ostatnie przedwyborcze sondaże – publikowane zarówno przez pracownie bliskie obozowi władzy, jak i te zdecydowanie mu przeciwne. Najnowsze badanie opozycyjnego instytutu Publicus sugeruje, że TISZA powinna w niedzielę pewnie sięgnąć po zwycięstwo.
Piątkowy sondaż pracowni Publicus przewiduje, że w badaniu obejmującym ogół populacji – w tym osoby wciąż wahające się – TISZA prowadzi z Fideszem przewagą dziewięciu punktów proc. (38 do 29 proc.). W takim układzie do parlamentu weszłyby wyłącznie te dwie siły.
Kluczowy pozostaje jednak ogromny odsetek niezdecydowanych (25 proc.). Z danych innej pracowni wynika, że do urn uda się najwyżej połowa z nich, przy czym zaledwie „połowa tej połowy” deklaruje, że zrobi to „na pewno”. Ich rola w niedzielnym, spolaryzowanym starciu jest bardzo ważna.
Sytuacja zmienia się wśród twardego elektoratu, czyli zdeklarowanych wyborców, którzy nie tylko wiedzą na kogo, ale i na pewno zamierzają głosować. Tutaj przewaga Tiszy nad Fideszem rośnie do 13 pp. (52 do 39 proc.). Do parlamentu weszłaby jeszcze tylko jedna formacja – skrajnie prawicowe Mi Hazánk z pięcioprocentowym poparciem. Ten scenariusz – obecności parlamentarzystów Mi Hazánk – jest tym najbardziej prawdopodobnym.
Sondaż zrealizowano w dniach 7-9 kwietnia. Co kluczowe, deklarowana w nim frekwencja osiąga rekordowe 76 proc. Obie strony są zmobilizowane do granic możliwości: w obozie Tiszy udział w wyborach deklaruje 95 proc. sympatyków, a wśród zwolenników władzy – 90 proc.
Podobne nastroje płyną z przedświątecznego badania Instytutu IDEA (29 marca – 4 kwietnia), opublikowanego 9 kwietnia. W ogólnej populacji TISZA również prowadzi z Fideszem przewagą dziewięciu pp. (39 do 30 proc.), co oznaczałoby parlament jedynie dwupartyjny.
Z kolei wśród zdeklarowanych wyborców przewaga partii Magyara sięga już 13 pp. (50 do 37 proc.). Także i w tym badaniu szansę na przekroczenie progu poza faworytami ma jedynie skrajna prawica (pięć proc.), przy wciąż wysokim, ponad 20-procentowym udziale niezdecydowanych.
W tych sondażach wygra Fidesz
Dla zachowania symetrii warto spojrzeć na ośrodki sympatyzujące z władzą, choć doświadczenie uczy, że mają one skłonność do przeszacowywania wyników Fideszu.
Z opublikowanego 9 kwietnia badania Centrum Praw Podstawowych – swoistego zaplecza analitycznego rządu, organizatora węgierskiej konserwatywnej konferencji CPAC – wynika, że partia Orbána wygra w 64 ze 106 okręgów jednomandatowych, co zapewni jej ostatecznie zwycięstwo (cztery lata temu zdobyła ich aż 87).
TISZA miałaby triumfować w 35 okręgach, co oznacza, że w siedmiu pozostałych walka dopiero by się rozstrzygnęła.
Ostatni sondaż największej prorządowej pracowni Nézőpont (z 3 kwietnia) przewiduje zwycięstwo Fideszu z poparciem 46 proc. TISZA zajęłaby drugie miejsce (40 proc.), a do parlamentu z pewnym, 8-procentowym wynikiem weszłaby też skrajna prawica z Mi Hazánk.
Co ciekawe, to jedyny ośrodek, który tak wysoko wycenia notowania radykałów (w 2022 roku Nézőpont do końca twierdził, że formacja ta w ogóle nie znajdzie się w parlamencie). W tej analizie Fidesz zdobyłby 109 ze 199 mandatów, TISZA – 80, a Mi Hazánk – 8 (jeden przypadłby też rozpoznawalnemu niezależnemu posłowi Ákosowi Hadházyemu).
Z kolei prorządowy Instytut XXI Wieku (sondaż z 2 kwietnia) jako jedyny widzi w tę niedzielę parlament czteropartyjny: Fidesz (46 proc.), TISZA (41 proc.), skrajna prawica (6 proc.) i liberalna Koalicja Demokratyczna (5 proc.).
Podstawowy problem z badaniami prorządowych pracowni polega na ich specyficznej metodologii. Najczęściej podają one wyniki dla całej populacji, zupełnie ignorując wyborców niezdecydowanych. A jeśli już ich uwzględniają, to w niskim, nierealnym rzędzie wielkości – na poziomie zaledwie 10-12 proc.
Precyzyjne prognozowanie wyników jest niemożliwe. Funkcjonujemy w swego rodzaju węgierskim „laboratorium wyborczym”, w którym pojawiły się zmienne dotychczas zupełnie nieznane.
Tymczasem zwolennicy jednej czy drugiej strony poszukują prostych odpowiedzi. Jednakże im dłużej się ten system analizuje, tym bardziej docenia jego nieprzewidywalność.
Mamy w zasadzie jedną realną siłę przeciwko Fideszowi i niezwykle aktywną kampanię Tiszy, która prowadziła ją w dotychczasowych bastionach władzy. Nie wiadomo jeszcze, jak dokładnie zachowają się tamtejsi wyborcy, a w grze nie chodzi przecież tylko o proste zwycięstwa w okręgach jednomandatowych (JOW), lecz o rozmiar przewagi.
To on – w skomplikowanym węgierskim systemie głosów nadwyżkowych u zwycięzcy i sumowania głosów przegranego – zdecyduje o ostatecznym kształcie parlamentu.
Zwycięstwo jednej bądź drugiej strony minimalną przewagą natychmiast otworzy puszkę Pandory: ruszy lawina kontestowania wyników i wniosków o ponowne przeliczanie głosów.
Skrajna polaryzacja, obustronna nieufność i głęboki brak wiary elektoratu Tiszy w uczciwość państwowych instytucji budzą realne obawy o wybuch niepokojów społecznych na niespotykaną skalę (dotychczasowy aktywizm polityczny ograniczał się niemal wyłącznie do Budapesztu).
Obie strony z pewnością zaczną oskarżać się o zagraniczne interwencje: Fidesz obwini Ukrainę i UE, a TISZA – Stany Zjednoczone i przede wszystkim Rosję. To będzie ostateczny test dla państwowych instytucji, które będą musiały jakoś przekonać „tę drugą stronę” do swojej bezstronności.
Realny scenariusz: Wygra TISZA, nastanie „niedasizm”
Najbardziej prawdopodobnym scenariuszem wydaje się dziś zwycięstwo Tiszy – jednak bez większości konstytucyjnej (2/3). Taki układ jednocześnie błyskawicznie uruchomiłby polityczne bezpieczniki pozostawione przez odchodzącą władzę.
Oznaczałoby to, że Węgry de facto nie wyjdą z permanentnej kampanii trwającej od wiosny 2024 r. Fidesz zostawi po sobie chociażby zabetonowaną Radę Budżetową – trzyosobowe, konstytucyjne gremium, którego akceptacja jest niezbędna do uchwalenia budżetu.
Jeśli ustawa nie zostanie przyjęta do 31 marca, lojalny wobec Orbána prezydent zyska prawo do rozpisania nowych wyborów. A ewentualny „niedasizm” Tiszy w rozliczaniu poprzedników, odblokowywaniu unijnych funduszy i wprowadzaniu reform szybko wypaliłby społeczny entuzjazm. Zwłaszcza przy rynku medialnym wciąż zdominowanym przez obóz prawicy, co w perspektywie przyspieszonych wyborów ponownie premiowałoby Fidesz.
Jeśli jednak Viktor Orbán wygra po raz piąty z rzędu, Węgry czeka kontynuacja dotychczasowego kursu. Utrata większości konstytucyjnej nie byłaby dla niego wielkim problemem, ponieważ kluczowych urzędników państwowych (wymagających 2/3 głosów) obsadzono już wcześniej.
Premier będzie raczej wyczekiwał prawicowych przewrotów w kolejnych krajach Europy, licząc na sukces swojej frakcji (Patrioci dla Europy) w nadchodzących eurowyborach.
Bez jej silnego mandatu nie zrealizuje bowiem swojego najważniejszego, długoterminowego planu: gruntownej przebudowy samej Unii Europejskiej.

