
-
Wybory w Danii zostały przeprowadzone po wyjątkowo krótkiej kampanii wyborczej, w czasie rosnących niepokojów dotyczących bezpieczeństwa, migracji i gospodarki.
-
W duńskiej polityce panuje szeroki konsensus w sprawach ograniczania migracji oraz strategicznych kierunków bezpieczeństwa, choć trwa spór o podatki i przyszłość państwa socjalnego.
-
Wybory odbywają się w klimacie niepewności, a wynik pozostaje niewiadomą z powodu napięć międzynarodowych oraz obaw związanych z gospodarką.
-
Więcej ważnych informacji znajdziesz na stronie głównej Interii
Tegoroczna kampania wyborcza w Danii była wyjątkowo krótka. Plakaty pojawiły się niemal natychmiast po ogłoszeniu przyspieszonych wyborów, a partie od razu ruszyły z ofensywą, próbując w ciągu kilku tygodni przekonać wyborców.
W Kopenhadze mało kto ma wątpliwości, że termin został wybrany bardzo świadomie. Premier Mette Frederiksen zdecydowała się rozpisać wybory w momencie, który z politycznego punktu widzenia był dla niej najkorzystniejszy. W duńskiej polityce od lat panuje przekonanie, że zbyt długie rządy jednej osoby nie są zdrowe dla demokracji i wyborcy prędzej czy później chcą zmiany.
Tym razem jednak premier postawiła na wcześniejsze głosowanie, zanim nastroje społeczne mogły się pogorszyć.
W tle są napięcia wokół Grenlandii, niepewność w relacjach ze Stanami Zjednoczonymi, spór o podatki i rosnące obawy o gospodarkę. Za kilka miesięcy sytuacja mogłaby wyglądać zupełnie inaczej, dlatego moment został wybrany bardzo precyzyjnie.
– Nastroje w Danii bardzo się zmieniły. Kiedyś życie tutaj było spokojne, dziś pojawił się niepokój. Kryzys wokół Grenlandii i napięcia ze Stanami Zjednoczonymi sprawiły, że Duńczycy zaczęli patrzeć na świat zupełnie inaczej – mówi w rozmowie z Interią Lykke Friis, dyrektorka think tanku Europa.
Jej zdaniem właśnie poczucie zagrożenia sprawia, że wielu wyborców może postawić na stabilność, nawet jeśli jeszcze niedawno chcieli zmiany.
Wybory w Danii. Rząd ponad podziałami, ale bez gwarancji przetrwania
Obecnie Danią rządzi koalicja socjaldemokratów, liberalnego Venstre i centrowej partii Moderaterne. Taki rząd powstał po wyborach w 2022 roku, gdy żaden z bloków politycznych nie zdobył większości.
Podział na czerwony (lewicowy i centrolewicowy) i niebieski blok (netroprawica i prawica) wciąż istnieje, ale coraz częściej to partie centrum decydują o tym, kto rządzi. Według analityków podobny scenariusz możliwy jest również po tych wyborach.
– W sprawach bezpieczeństwa i polityki zagranicznej w Danii panuje bardzo szeroki konsensus. Niezależnie od tego, kto wygra, kierunek polityki raczej się nie zmieni – mówi w rozmowie z Interią Mikkel Runge Olesen, ekspert Duńskiego Instytutu Spraw Zagranicznych.
To oznacza, że nawet jeśli zmieni się skład rządu, strategiczne decyzje dotyczące obronności czy współpracy z Europą pozostaną podobne.
Migracja – twarda linia po obu stronach sceny politycznej
Jednym z najważniejszych tematów kampanii pozostaje migracja. Dania od lat prowadzi jedną z najbardziej restrykcyjnych polityk w Europie, a wiele rozwiązań wprowadzonych w Kopenhadze zaczęły później kopiować inne państwa.
– Można powiedzieć, że Europa stała się bardziej duńska. Pomysł, aby sprawy azylowe rozpatrywać poza Europą, został dziś przyjęty na poziomie Unii – mówi Lykke Friis.
Ekspertka podkreśla, że w Danii od dawna dominuje przekonanie, że liczba migrantów ma bezpośredni wpływ na stabilność społeczną i funkcjonowanie państwa socjalnego.
– W duńskiej polityce od wielu lat panuje przekonanie, że liczby mają znaczenie. Jeśli napływ ludzi jest zbyt duży, powoduje to napięcia w społeczeństwie i utrudnia prowadzenie reform – tłumaczy.
Dlatego w tej sprawie w Danii panuje dziś rzadko spotykany w Europie konsensus. Zarówno lewa, jak i prawa strona sceny politycznej chce ograniczania migracji, choć różnią się w szczegółach.
Dobrym przykładem jest premier Mette Frederiksen, która jako socjaldemokratka prowadzi jedną z najbardziej restrykcyjnych polityk migracyjnych w Europie i otwarcie mówi, że bez kontroli napływu ludności nie da się utrzymać państwa socjalnego.
Z prawej strony pojawiają się jednak jeszcze bardziej radykalne propozycje. Część polityków uważa, że cudzoziemcy przyjeżdżający do Danii nie powinni automatycznie otrzymywać bezterminowego prawa pobytu, nawet jeśli pracują w kraju przez wiele lat. W ich opinii pozwolenia powinny być czasowe i regularnie odnawiane, a stały pobyt powinien być możliwy tylko w wyjątkowych sytuacjach, na przykład w przypadku małżeństwa z obywatelem Danii albo silnych związków rodzinnych z krajem.
Twardy kurs widać także w praktyce. W czasie kampanii wyborczej wstrzymano rozpatrywanie wielu spraw związanych z obywatelstwem, a część decyzji dotyczących pobytu i azylu została odłożona. Uzasadniano to tym, że tak ważne kwestie powinny być rozstrzygane dopiero po wyborach, kiedy wyborcy zdecydują, w jakim kierunku ma iść polityka państwa.
Zdaniem ekspertów pokazuje to, jak bardzo temat migracji stał się w Danii sprawą polityczną, ale też jak silna jest zgoda co do tego, że system musi pozostać pod kontrolą.
– Chodziło o to, żeby uchodźcy pracowali, integrowali się, a jeśli to się nie udaje, muszą wyjechać. Dania przez lata konsekwentnie zaostrzała przepisy i dziś podobne rozwiązania wprowadzają inne państwa – mówi Friis.
Wielki zwrot w Danii. Koniec bezwarunkowego zaufania do USA
Drugim wielkim tematem tej kampanii jest bezpieczeństwo i relacje transatlantyckie.
Przez dziesięciolecia Dania była jednym z najbliższych sojuszników Stanów Zjednoczonych w Europie, ale według ekspertów ten model właśnie się kończy.
– Przez ponad 20 lat strategia Danii polegała na tym, żeby być jak najbliżej Stanów Zjednoczonych. Ten model się załamał i nie ma powrotu do przeszłości – mówi Mikkel Runge Olesen.
Jak podkreśla, kryzys wokół Grenlandii był momentem przełomowym.
– Fakt, że trzeba było zacząć postrzegać Stany Zjednoczone nie tylko jako partnera, ale także jako potencjalne zagrożenie dla Królestwa Danii, był ogromnym wstrząsem dla duńskich elit politycznych. Tego wcześniej nikt sobie nie wyobrażał.
Zmiana widać nawet w decyzjach dotyczących armii.
– Kiedyś kupowanie sprzętu wojskowego w USA było postrzegane jako coś pozytywnego, bo zbliżało Danię do Stanów Zjednoczonych. Dziś ten argument działa w drugą stronę i może sprawiać, że amerykańskie systemy będą wybierane rzadziej – podkreśla ekspert.
Według analityków to jeden z największych zwrotów w duńskiej polityce od zakończenia zimnej wojny.
Spór o podatki i strach przed spowolnieniem
W kampanii coraz częściej pojawia się także temat gospodarki.
Rząd proponuje wprowadzenie nowego podatku dla najbogatszych, argumentując, że bez dodatkowych dochodów trudno będzie utrzymać państwo socjalne. Opozycja ostrzega, że zbyt wysokie podatki mogą osłabić konkurencyjność.
Debata nabrała znaczenia, gdy pojawiły się sygnały spowolnienia gospodarczego. Duże firmy zapowiadają ograniczanie kosztów, a w mediach pojawiają się informacje o możliwych zwolnieniach liczonych w tysiącach miejsc pracy.
Chodzi o przedsiębiorstwa będące filarami duńskiej gospodarki, takie jak Maersk czy Novo Nordisk. To właśnie dlatego temat bezpieczeństwa socjalnego wrócił na pierwsze miejsce kampanii. Wielu wyborców obawia się, że w razie kryzysu państwo będzie musiało pomóc znacznie większej liczbie osób niż dotychczas.
Wybory w cieniu niepokoju
Choć Dania wciąż należy do najbogatszych i najbardziej stabilnych krajów Europy, tegoroczne wybory odbywają się w atmosferze większego napięcia niż jeszcze kilka lat temu.
– Kiedyś Duńczycy czuli się jednym z najbardziej bezpiecznych społeczeństw na świecie. Dziś pojawiło się poczucie, że świat się zmienił i trzeba się do tego dostosować – mówi Lykke Friis.
Dlatego wynik wyborów pozostaje niepewny.
Część wyborców chciałaby zmiany po latach rządów Mette Frederiksen, ale wielu zastanawia się, czy w czasie międzynarodowych napięć i gospodarczej niepewności nie lepiej postawić na sprawdzonych polityków. Odpowiedź na to pytanie Duńczycy dadzą we wtorek przy urnach. Głosowanie zakończy się o 20.
Z Kopenhagi dla Interii Tomasz Lejman

