
Przypomnijmy, że polski prezydent nie spotka się z Viktorem Orbánem podczas wizyty na Węgrzech 3 grudnia.
Decyzja, jak wyjaśnił Pałac Prezydencki, miała związek „ze zrealizowaną przez Premiera Viktora Orbána wizytą w Moskwie i jej kontekstem”.
Fidesz był zachwycony zwycięstwem Nawrockiego
Wybór Karola Nawrockiego na prezydenta był nad Dunajem przyjmowany od początku niezwykle entuzjastycznie. Nie chodziło jedynie o pewną bliskość ideową (konserwatywną), co przede wszystkim wyczuwalną zmianę narracji wokół Ukrainy. Jeśli zatem główny powód rozejścia się formatu wyszehradzkiego (forum współpracy Polski, Czech, Węgier i Słowacji) dotyczył zapatrywania na wojnę rosyjsko-ukraińską i pomoc Ukrainie, Viktor Orbán wydawał się szczerze przekonany, że teraz współpraca polsko-węgierska odżyje. Zresztą tego typu deklaracje wyrażali także inni prominentni politycy Fideszu.
Skądinąd warto uczynić dygresję. Zgodnie z protokołem równorzędnym prezydentowi partnerem jest prezydent, obecnie Tamás Sulyok, a nie premier Viktor Orbán. Specyfika systemu, który de facto pozostaje kanclerskim, stawia w punkcie centralnym szefa rządu. Każdy o spotkanie z Orbánem zabiega. Jednocześnie prezydent na Węgrzech ma rolę czysto reprezentacyjną. Dysponuje niezwykle skromnym katalogiem prerogatyw, który pod rządami koalicji Fidesz-KDNP został jeszcze uszczuplony.
Znikające poparcie Wyszehradu
Viktor Orbán uwierzył, że zmiana władzy na Słowacji i w Czechach sprzyjać będzie odnowie współpracy wyszehradzkiej.
Jest ona dla Budapesztu bardzo cenna, nie tylko z uwagi na węgierską prezydencję w Grupie Wyszehradzkiej, ale także poszukiwanie legitymacji własnej polityki w regionie. Od wybuchu wojny w Ukrainie Węgry pozostają bowiem na marginesie polityki europejskiej.
Stąd też taki ciężar kładzie się na współpracę z innymi „propokojowymi” partnerami, do których należą głównie państwa dalekiego świata – od Ameryki Południowej po Chiny. Nie sposób jednak docenić wartości, jaką jest uzyskanie poparcia w „najbliższej okolicy”, i to jeszcze na około 4,5 miesiąca przed wyborami.
W przypadku Czech Andrej Babiš, chociaż stronnik Orbána, ma wewnątrz kraju silnego oponenta, którym jest jednoznacznie prozachodni prezydent Petr Pavel. W Polsce przyjazna rola przypaść miała właśnie prezydentowi Karolowi Nawrockiemu, który sytuowany był w kontrze wobec silnie krytykowanego przez Węgrów rządu premiera Tuska.
Dlaczego „hołd lenny”? Głównie z uwagi na deklarację Orbána, że bezpieczeństwo energetyczne Węgier opierało się, opiera i będzie opierać na Rosji. I to wszystko w sytuacji, w której kancelaria prezydenta Nawrockiego uczyniła z działań na rzecz zmniejszania energetycznych wpływów Rosji jeden ze swoich priorytetów.
Potwierdziły to rozmowy zarówno na Słowacji, jak i w Czechach. Prezydent do polskiej oferty chciał teraz zaprosić Węgrów. Budapeszt nie przejawia jednak żadnego zainteresowania. Zamiast realnie zająć się problemem, poszukuje sposobów przekonania wszystkich wokół, że alternatywy wobec Rosji nie ma.
W 2024 r. Węgry zaimportowały z Rosji 86 proc. wolumenu ropy, który przetwarzają w rafineriach na Węgrzech i Słowacji (z racji tego samego właściciela – MOL), a także 74 proc. gazu.
Na marginesie warto wspomnieć, że największy rywal Orbána – Péter Magyar z TISZA zapowiedział w wakacje, że do 2035 r. Węgry uniezależnią się od rosyjskich surowców. Problem w tym, że wciąż nie powiedział, w jaki sposób zamierza tego dokonać.
„Przyjaźń nie pamięta złego”
Wróćmy do polityki. Orbán wyszedł z założenia, że polityczne polsko-węgierskie relacje zniosą wszystko. Przez lata faktycznie tak było. Polska była dla niego narzędziem do realizowania swoich celów, m.in. podgrzewania sporów z Unią Europejską.
Reakcja Pałacu Prezydenckiego przypomina mi wydarzenie, które w 2022 r. silnie ustawiło stosunki polsko-węgierskie na kolejne lata. Niedługo przed wyborami parlamentarnymi, które odbyły się 3 kwietnia 2022 r., odkryto masowe groby w Buczy, w Ukrainie. Kiedy informacja o tym fakcie poruszyła polskich odbiorców, na Węgrzech zupełnie ją wyparto.
Chodziło o to, by nie podawać w wątpliwość dotychczasowych węgiersko-rosyjskich kontaktów politycznych, by nie okazało się, że tak ważny partner jak Moskwa popełnia zbrodnie wojenne.
Kilkadziesiąt godzin po zwycięstwie koalicji Fidesz-KDNP, w trakcie pierwszej konferencji prasowej Viktor Orbán, nawiązując do Buczy, powiedział, że: „żyjemy w czasach masowej manipulacji, gdy człowiek nie wie, czy może wierzyć w to, co sam widzi”.
Było oczywistym, że w ten sposób relatywizuje rosyjskie zbrodnie w Ukrainie. Wypowiedź węgierskiego premiera spotkała się ze zdecydowaną reakcją polskich władz, której punktem kulminacyjnym był wywiad Jarosława Kaczyńskiego. Stwierdził on wówczas, że jeżeli ktoś nie widzi tego, co stało się w Buczy, powinien iść do okulisty.
9 kwietnia 2022 r. rzecznik Viktora Orbána, Bertalan Havasi przekazał oświadczenie premiera następującej treści: „Potępiamy ludobójstwo w Buczy. Wspieramy międzynarodowe śledztwo”.
Jednak obóz Fidesz przed nadchodzącymi wyborami powraca niemal w całości do opowieści z 2022 r., w której jedynie Viktor Orbán uchroni Węgry przed najgorszym, czyli przed „prowojenną” Europą.
Nie mam wątpliwości, że Viktor Orbán będzie zabiegał o spotkanie z prezydentem Karolem Nawrockim. Co więcej, bezcennym byłoby dla niego uzyskanie poparcia ze strony polskiej prawicy w wyborach parlamentarnych – te najpewniej odbędą się 12 kwietnia 2026 r.
To też nie wydaje się być zbyt oczywiste. W kampanię wyborczą nad Dunajem z pewnością zaangażują się tak prezydent USA Donald Trump, jak i prezydent Rosji Władimir Putin. W interesie obydwu sił geopolitycznych jest zwycięstwo Fideszu i utrzymanie swoich regionalnych wpływów.
Swoje interesy w wygranej Orbána mają też politycy z innych mniejszych państw. I Viktor Orbán ma tego pełną świadomość.













