
Interwencja zbrojna Stanów Zjednoczonych w Wenezueli wisi w powietrzu. W ostatnich dniach Donald Trump trzykrotnie dolał oliwy do i tak już mocno płonącego ognia. Najpierw pod koniec listopada, gdy w rozmowie telefonicznej postawił Nicolasowi Maduro ultimatum: siedem dni na oddanie władzy i bezpieczne opuszczenie kraju wraz z rodziną.
Wenezuelski prezydent, za pomoc w ujęciu którego Biały Dom wyznaczył wcześniej 50 mln dolarów nagrody, z oferty amnestii nie skorzystał. Co ciekawe, komentując po niemal dwóch tygodniach przebieg rozmowy z Trumpem, stwierdził, że „była serdeczna” i „miała charakter pełen szacunku”.
To jednak robienie dobrej miny do złej gry, bo już na początku grudnia Trump zamieścił w swoich mediach społecznościowych nieprawdziwy wpis o rzekomym poddaniu się wenezuelskiego prezydenta. Ten odpowiedział wymownie: wezwaniem do mobilizacji wenezuelskich sił zbrojnych i przygotowaniem do nadchodzącej wojny ze Stanami Zjednoczonymi.
Jakby tego było mało, Trump zapowiedział też, że dotychczasowe ataki sił amerykańskich na łodzie rzekomo szmuglujące narkotyki do USA to dopiero początek. – Będziemy przeprowadzać te uderzenia również na lądzie – oznajmił dziennikarzom w Białym Domu. – Wiecie, na lądzie to będzie znacznie, znacznie łatwiejsze. Wiemy, jakimi szlakami się przemieszczają. Wiemy o nich wszystko. Wiemy, gdzie ci źli ludzie mieszkają. Zaczniemy to naprawdę niedługo – dodał.
Wenezuela. Państwo na skraju przepaści
Sytuacja reżimu Nicolasa Maduro jest więc nie do pozazdroszczenia. Zresztą jak i całej Wenezueli.
Od strony politycznej rząd Maduro coraz mocniej traci legitymizację – zarówno w oczach Wenezuelczyków, jak i większości międzynarodowych partnerów. W regionie jest wyraźnie osamotniony, bowiem wpływy chavizmu – lewicowy nurt polityczny o zabarwieniu marksistowskim stworzony przez byłego prezydenta Wenezueli Hugo Chaveza – w Ameryce Południowej sukcesywnie maleją.
Nawet rządzone przez lewicowych przywódców kraje regionu – jak Brazylia, Chile, Kolumbia czy Meksyk – mocno dystansują się od reżimu Maduro. Kraje z prawicowymi rządami (m.in. Argentyna, Boliwia, Ekwador czy Salwador) zrobiły to już wcześniej. Po stronie Caracas zostały dzisiaj tak naprawdę jedynie Kuba i Nikaragua. Jednak w obliczu możliwej amerykańskiej interwencji zbrojnej nawet te dwa państwa nie stanęły murem za reżimem Maduro.
Społecznie sytuacja wenezuelskiego dyktatora i jego otoczenia wcale nie jest lepsza. Reżim u władzy utrzymuje się wyłącznie dzięki rozbudowanemu systemowi represji, łamaniu praw człowieka i faktycznej prywatyzacji państwa. Wszystko to w sytuacji, gdy zwykli Wenezuelczycy na co dzień zmagają się z efektami potężnego kryzysu gospodarczego – m.in. bezrobociem, upadkiem usług publicznych czy hiperinflacją – w którym kraj tkwi od przeszło dekady. Tylko w ostatnich latach z Wenezueli uciekło około siedem milionów obywateli. W przypadku amerykańskiego ataku ta liczba można skokowo wzrosnąć, doprowadzając do destabilizacji regionu, czego bardzo obawiają się sąsiedzi Wenezueli.
Gospodarczo Wenezuela to jedna, wielka sprzeczność. Z jednej strony, posiada niemal nieograniczone zasoby naturalne. Na czele z największymi na świecie złożami ropy naftowej (szacowane na 303 mld baryłek, czyli niemal jedną piątą światowych zasobów tego surowca) i największymi na półkuli zachodniej rezerwami gazu ziemnego (6,26 bln metrów sześciennych). Surowce energetyczne to jednak nie wszystko. Wenezuela ma również ogromne złoża złota, diamentów, żelaza czy boksytu. Posiada również złoża niezwykle pożądanych w zaawansowanych technologiach metali ziem rzadkich.
Druga strona medalu to jednak brak kapitału, zapuszczona i przestarzała infrastruktura, braki kadrowe i technologiczne i powszechna korupcja, które uniemożliwiają Wenezueli zbudowanie w oparciu o swoje zasoby silnej i nowoczesnej gospodarki. Dość powiedzieć, że nawet w przemyśle naftowym, gdzie Wenezuela powinna być globalnym liderem, produkuje zaledwie około miliona baryłek ropy dziennie, podczas gdy jeszcze w 2013 roku wartość ta była trzykrotnie wyższa.
Ameryka może stać się tym szkolnym osiłkiem. Trump zaprasza nas do świata, w którym dominuje tzw. koncert mocarstw. Świata, w którym każde mocarstwo – Stany Zjednoczone, Rosja czy Chiny – przypomina sobie, że kiedyś mogło znacznie więcej, ponieważ mocarstw nie krępowały restrykcyjne normy międzynarodowe
Sytuacja wojskowa Wenezueli wcale nie jest lepsza. Truizmem będzie stwierdzenie, że w ewentualnej konfrontacji z Amerykanami Wenezuela jest bez szans. Nawet armię, na której Maduro oparł swoje rządy, dotykają bowiem problemy masowej emigracji, braku kapitału czy zachodnich sankcji. Nie mając wielkiego wyboru, Maduro zwrócił się więc w stronę autorytarnych państw z tzw. osi zła, prosząc Chiny, Iran i Rosję o militarne wsparcie w obliczu konfliktu z Amerykanami.
Szanse na to, że któreś ze wspomnianych państw pospieszy Wenezueli na ratunek są nikłe, jednak wenezuelskiemu dyktatorowi chodziło bardziej o podbicie stawki dla Amerykanów, gdyby zdecydowali się na interwencję zbrojną. Rosja to główny partner i dostawca sprzętu wojskowego dla Wenezueli. Chiny od lat stanowią zaplecze finansowo-gospodarczo-technologiczne reżimu Maduro. Z kolei Iran dzieli się swoją wiedzą i doświadczeniami w zakresie omijania zachodnich sankcji i budowania sił zbrojnych przy ograniczonych możliwościach finansowych i technologicznych.
Kluczowe jest w tym to, że tuż pod nosem Amerykanów, w samym sercu ich strefy wpływów, pojawiły się i działają konkurencyjne, a nawet wrogie, mocarstwa. Ameryka Łacińska stała się miejscem konfrontacji Ameryki z Rosją, Chinami i Iranem. To ważny kontekst presji wywieranej przez Waszyngton na Wenezueli.
Surowce i geopolityka. O co naprawdę gra Trump?
Amerykańska doktryna „maksymalnej presji”, czyli próba obalenia reżimu Maduro bez konieczności interwencji zbrojnej, poniosła klęskę. To dlatego Stany Zjednoczone przeszły do pokazu siły. A być może tej siły w końcu też użyją.
Oficjalnym powodem „zainteresowania” administracji Donalda Trumpa Wenezuelą, a tak naprawdę całym regionem, jest walka z kartelami narkotykowymi. Amerykański prezydent mówi o „wojnie z narkoterroryzmem”, a Wenezuelę oskarża o zalewanie Stanów Zjednoczonych fentanylem.
Tyle że nie ma to pokrycia w faktach. Nawet amerykańscy eksperci i agencje wskazują, że udział Wenezueli w globalnym przemycie narkotyków jest mały, a kraj pełni raczej rolę szlaku tranzytowego. Za problemami z fentanylem stoją Chiny, które produkują większość potrzebnych do jego wytworzenia składników, oraz meksykańskie kartele, które przemycają narkotyk przez południową granicę Stanów Zjednoczonych.
Administracja Trumpa koncentruje się jednak na Ameryce Łacińskiej i już wiele miesięcy temu zażądała od państw regionu bezwarunkowej współpracy w walce z narkobiznesem. Co to w praktyce oznacza? Wolną rękę dla amerykańskich agencji i sił zbrojnych w operacjach na terytorium państw regionu. Wenezuela takiej zgody odmówiła i weszła na kurs kolizyjny z Waszyngtonem.
Amerykanie nie rzuciliby jednak w bezpośrednie sąsiedztwo Wenezueli tak licznych sił – m.in. grupa uderzeniowa z lotniskowcem USS Gerald R. Ford, niszczyciele rakietowe USS Gravely i USS Jason Dunham, bombowce strategiczne B-52 i B-1, eskadry myśliwców F-35 czy od 10 do 15 tys. żołnierzy – tylko do walki z kartelami narkotykowymi. Stawka dla Białego Domu jest o wiele wyższa.

Po pierwsze, obalenie reżimu Maduro to „oczyszczenie przedpola” i to w bezpośrednim sąsiedztwie samych Stanów Zjednoczonych. Pokaz siły wobec Chin, Rosji i Iranu, które od lat otwarcie wspierają Wenezuelę, próbując odwrócić uwagę Amerykanów od Europy Wschodniej i basenu Indopacyfiku. Dodatkowo Biały Dom sprzedałby to na krajowym podwórku jako sukces administracji, co mogłoby podreperować pikujące sondaże Trumpa.
Po drugie, zmiana władzy w Caracas oznaczałaby dostęp do niemal nieograniczonych złóż surowców naturalnych, którymi dysponuje Wenezuela. To przełożyłoby się nie tylko na zyski dla amerykańskich koncernów, ale również na bezpieczeństwo strategiczne Stanów Zjednoczonych. Pozwoliłoby zdobyć ogromny wpływ na światowy rynek ropy i gazu, a co za tym idzie – zyskać poważne narzędzie do wywierania wpływu zarówno na Rosję (ropa i gaz), jak i Chiny (ropa i metale ziem rzadkich).
Po trzecie, pozbycie się Maduro i jego ludzi byłoby manifestacją siły Stanów Zjednoczonych i kamieniem milowym w nowym porządku globalnym, w którym świat podzielony jest na strefy będące pod kontrolą największych mocarstw. O takim scenariuszu mówi się w Waszyngtonie od początku drugiej kadencji Trumpa, a jego usankcjonowanie ma być nowa doktryna obrona Stanów Zjednoczonych. W nowym układzie sił zachodnia półkula to niepodzielna strefa wpływów Amerykanów, zgodnie ze słynną doktryną Monroe’a, na której Stany Zjednoczone od XIX wieku budowały swoją globalną potęgę.
Będziemy przeprowadzać te uderzenia również na lądzie. Wiecie, na lądzie to będzie znacznie, znacznie łatwiejsze. Wiemy, jakimi szlakami się przemieszczają. Wiemy o nich wszystko. Wiemy, gdzie ci źli ludzie mieszkają. Zaczniemy to naprawdę niedługo
– Ameryka może stać się tym szkolnym osiłkiem. Trump zaprasza nas do świata, w którym dominuje tzw. koncert mocarstw. Świata, w którym każde mocarstwo – Stany Zjednoczone, Rosja czy Chiny – przypomina sobie, że kiedyś mogło znacznie więcej, ponieważ mocarstw nie krępowały restrykcyjne normy międzynarodowe – tłumaczył to w rozmowie z Interią na początku tego roku prof. Tomasz Pawłuszko, ekspert od bezpieczeństwa międzynarodowego z Uniwersytetu Opolskiego.
Wygrana to dopiero początek. Poważne dylematy Ameryki
Jaki będzie finał konfrontacji amerykańsko-wenezuelskiej? Perspektywy nie są optymistyczne. Dyplomatyczne i polityczne drogi deeskalowania napięcia nie przyniosły skutku. W jednym z wywiadów sam Donald Trump przyznał, że Nicolas Maduro „zaoferował wszystko”, żeby zapobiec eskalacji konfliktu. „Wszystko” w tym przypadku oznacza preferencyjny dostęp dla Amerykanów do wenezuelskiej ropy, gazu, złota i złóż metali, a także przekierowanie eksportu ropy z Chin do Stanów Zjednoczonych. To jednak nie wystarczyło. Negocjacje miały trwać kilka miesięcy, ale to Amerykanie odeszli od stołu i wybrali opcję siłową.
Kluczowe pytanie brzmi dzisiaj nie czy Amerykanie zaatakują Wenezuelę, ale kiedy i w jaki sposób się na to zdecydują. Zwycięstwo militarne nad siłami wiernymi Maduro nie powinno być wielkim wyzwaniem. Zdobycie i utrzymanie kontroli nad całym krajem będzie jednak nie lada wyzwaniem choćby ze względów geograficznych (Wenezuela to kraj górzysty, w dużej części pokryty lasami tropikalnymi) i klimatycznych (Wenezuela znajduje się w strefie tropikalnej).
Otwarty konflikt zbrojny w Wenezueli to niemal pewna kolejna, wielka fala migracyjna, która może zdestabilizować cały region. Tego obawiają się sąsiednie państwa, na czele z Brazylią. Jeśli Amerykanie zlekceważą głosy państw regionu i uparcie będą chcieli postawić na swoim, mocno utrudni to późniejsze budowanie proamerykańskiego sojuszu, który pozwoliłby uspokoić atmosferę w Ameryce Łacińskiej.
Wreszcie samo obalenie reżimu Maduro to dopiero początek. Utrzymanie kontroli nad Wenezuelą i zabezpieczenie amerykańskich interesów w tym kraju będzie najpewniej wymagać rozlokowania w nim amerykańskich wojsk. To natomiast kolejna płaszczyzna potencjalnego sporu z pozostałymi państwami regionu. A na pewno nowy front, na którym Amerykanie będą musieli skupić swoją uwagę z perspektywie średnio- i długookresowej. Jednocześnie poświęcając mniej tej uwagi Europie Wschodniej i Indopacyfikowi, na co liczą Rosja i Chiny.












