
Również, bo prawie dokładnie tak samo, jak w 1956 roku, o medale zimowych igrzysk walka będzie rozgrywać się na Półwyspie Apenińskim. Nie trzeba się zresztą aż tak mocno cofać, żeby przypomnieć sobie olimpijską rywalizację we Włoszech. „Zaledwie” dwie dekady wstecz najlepsze olimpijki i najlepsi olimpijczycy rywalizowali bowiem w Turynie. Ale to Cortina d’Ampezzo okazała się być tą pierwszą, historyczną dla Polski.
Franciszek Gąsienica-Groń odczarował igrzyska dla reprezentacji Polski
Reprezentacja Polski po raz pierwszy na ZIO pojawiła się w 1924 roku. Miejscem zmagań było francuskie Chamonix. Start nieopodal Mont Blanc był szczególnym przeżyciem dla drużyny stworzonej z części cywilnej i patrolu wojskowego.
Nie obyło się bez przygód, bo długa podróż pociągami niosła ze sobą ryzyko w postaci opóźnień. I to wielogodzinnych, co akurat w przypadku zimowych realiów i zupełnie innego milenium, tak właściwie… nie uległo jakiejś radykalnej zmianie. Efekt był jednak taki, że dziewięcioosobowa polska drużyna rzutem na taśmę dotarła do Francji. Co ciekawe, w polskiej reprezentacji była jedna kobieta – Elżbieta Ziętkiewicz. Ostatecznie jednak na miejscu MKOl i FIS wspólnie podjęły decyzję o zakazaniu startu Polce. A trzeba dodać, że Ziętkiewicz z powodzeniem potrafiła rywalizować z mężczyznami w narciarstwie. Zasady były wówczas takie, a nie inne – kobiety miały zakaz startu na ZIO.
Polska medal olimpijski z zimowej rywalizacji przywiozła za siódmym podejściem. Tym szczęśliwcem okazał się technik mechanik z Zakopanego. Franciszek Gąsienica-Groń, który w kombinacji norweskiej zdobył brązowy medal ZIO 1956. Choć trzeba przyznać, że nerwowo było od samego początku. Łącznie z tym że Gąsienica-Groń początkowo… nie był brany pod uwagę na wyjazd olimpijski.
Jak już jednak pojechał, to dodał dramaturgii, zajmując dopiero 10. miejsce po serii skoków na skoczni w Cortinie d’Ampezzo. Przed konkursem Polak wygrywał w trakcie prób, ale później doszły emocje i olimpijska trema.
„Wreszcie zapowiedź: Groń Gonszenica, Polonia. Napaliłem się na ten skok, chciałem uzyskać na rozbiegu jak największą szybkość. Coś poknociłem, w końcu wystartowałem przy zachwianej równowadze. Błyskawiczna myśl: rany boskie, nie przewrócić się na rozbiegu. To wystarczyło, dekoncentracja, już próg skoczni, wybijam się za wcześnie. Straszne, lecę na głowę. Końce nart dostają zeskoku, jakimś cudem się odchylam, odbijam palcami, zjeżdżam w dół, ale skok jest z upadkiem. Łzy leją mi się po policzkach, co za straszny pech. Przez dwa tygodnie na tej skoczni lądowałem najdalej ze wszystkich, ani razu się nie przewróciłem i musiało to mieć miejsce akurat teraz”
Gąsienica-Groń odrobił w biegu, choć i tak nie obyło się bez przygód, bo Polak wylądował w głębokim śniegu, cudem unikając zderzenia z jednym z przeciwników. Zaczął zatem z uśmiechem i skończył z uśmiechem.
„W dniu decydującej batalii, przed biegiem na 15 km, wstałem o godzinie 7 rano. Wszyscy już byli po śniadaniu. Nie budzili mnie. Trener zabronił. Byłem świetnie wypoczęty, ale przeraziłem się, gdyż był najwyższy czas smarować narty. Wbiegłem więc do narciarni, lecz tam moich desek nie było. Wypadłem przed hotel. Stały oparte o ścianę, były już wysmarowane. Zatroszczył się o to trener Orlewicz. Głupio zapytałem go, czy dobrze są posmarowane. Tylko się uśmiechnął. Ale po co ta mowa, miałem do niego bezgraniczne zaufanie”
Kto jednak liczy na symboliczną powtórkę w przypadku ZIO 2026, będzie mocno rozczarowany. Skocznia w Cortinie d’Ampezzo nie funkcjonuje od 1990 roku. Rywalizacja odbędzie się w Predazzo na Stadio del Salto Giuseppe dal Ben, dwie godziny jazdy samochodem z Cortiny przez przełęcze Dolomitów.
A tam, gdzie część swojego medalu „wykuwał” (bądź wyskakiwał) Gąsienica-Groń, obecnie można pograć w… piłkę nożną. Którą zresztą pan Franek lubił, grywając nawet na poziomie II ligi w Garnizonowym Wojskowym Klubie Sportowym Łódź. Partnerem w ataku późniejszego medalisty olimpijskiego był nawet równie legendarny Ernest Pohl. Świetnego napastnika, którego strzeleckie rekordy żyją do dziś i mają się świetnie.
Franek Pochwała specjalnie dla pradziadka. Tak sport łączy pokolenia
Czym byłaby jednak historia, gdyby nie nawiązania do tego, co dzieje się też tu i teraz. Polski Komitet Olimpijski podzielił się wyjątkowym nagraniem, w którym głos zabiera… prawnuk Gąsienicy-Gronia. Franciszek Pochwała swoje imię odziedziczył właśnie po słynnym pradziadku. Choć panowie nie zdołali się poznać, Franek dobrze wie, o jakiej legendzie w rodzinie od zawsze było, jest i pewnie będzie – zdecydowanie najgłośniej.
Co ciekawe, Franek to syn Tomasza Pochwały, jakżeby inaczej, olimpijczyka z ZIO 2002 w skokach narciarskich. Reprezentanta Polski funkcjonującego w czasach „Małyszomanii”, z której główny bohater – czyli obecnie pan prezes Polskiego Związku Narciarskiego – wycisnął cztery medale olimpijskie. Adam Małysz sięgnął bowiem po trzy srebrne i jeden brązowy. Do legendarnego sukcesu Wojciecha Fortuny z ZIO w Sapporo (1972) nawiązał dopiero Kamil Stoch. I to z nawiązką, bo pięciokrotny olimpijczyk zdobył przecież trzy tytuły mistrza igrzysk – dwa razy w 2014 i raz w 2018 roku.
Franciszek Gąsienica Groń zmarł w swoim ukochanym Zakopanem w 2014 roku. Erze regularnie zdobywanych medali olimpijskich dla Polski. W samym XXI wieku nie zdarzyły się bowiem igrzyska w zimowej scenerii, w których nie odnotowano by medalu kogokolwiek z biało-czerwonych. Ta seria trwa od ZIO w Salt Lake City i zapoczątkował ją wspomniany Małysz. Wcześniej funkcjonowała gigantyczna wyrwa sięgająca – jakżeby inaczej – wspomnianego Fortuny. Czyli równo 30 lat czekania na polski medal ZIO.
Salt Lake City z dwoma, Turyn (2006) również, Vancouver (2010) i Soczi (2014) – aż po sześć (!) medali, Pjongczang (2018) dwa i historia najnowsza – Pekin (2022) z jednym. Oby ta seria została utrzymana.
A pan Franciszek z pewnością gdzieś tam z góry spogląda i uśmiecha się, dobrze wiedząc, kto Polskę przedstawił na zimowym, olimpijskim podium.
Fragmenty wspomnień Franciszka Gąsienicy-Gronia pochodzą z książki Ludwika Fischera, Mariana Matzenauera i Józefa Kapeniaka – Kronika śnieżnych tras. Wydana w Warszawie w 1977 roku.












