
Jak bardzo ostrożnie trzeba obchodzić się z porcelaną, ostrzegała w latach 90. Majka Jeżowska, śpiewając piosenkę autorstwa Jacka Cygana. Tytułowa laleczka z saskiej porcelany, zakochana w księciu, wykonanym z takiego samego materiału, przeżyła traumatyczne zdarzenie. Wzbudzone wiatrem okno z impetem się zatrzasnęło, tłukąc na kawałeczki wybranka jej serca – niemiłosiernie i bezpowrotnie.
Też przeżyłbym życiowy kryzys, ale na tle finansowym, gdybym zbyt szarżował między stolikami i gablotami, zwiedzając Manufakturę Porcelany w Miśni, pełniącą również funkcję muzeum. Co prawda część tych małych i dużych dzieł sztuki jest chroniona, wiele jednak pozostaje „na wolności”, wręcz na wyciągnięcie ręki. Brać ich w dłonie jednak nie polecam – gdyby spadły, naliczony rachunek co najmniej zeszkliłby nam oczy.
Polski akcent w Miśni. Założyciel fabryki był naszym królem
Termin „saska porcelana” jednoznacznie kojarzy się z Miśnią. To niemieckie, niespełna 30-tysięczne miasteczko leży w Saksonii, między Dreznem a Lipskiem, i korzysta z ponad 300-letniej tradycji wyrobu tego rodzaju ceramiki.
Skoro już sięgamy po kalendarz, nie sposób pominąć, iż fabrykę (dokładniej: Królewsko-Polską i Elektorsko-Saską Manufakturę Porcelany) nakazał założyć tam w 1710 roku król August II Mocny.

Ten monarcha z dynastii Wettynów panował w dręczonej politycznym kryzysem Rzeczpospolitej dwukrotnie: najpierw w latach 1697-1706, by po trzech latach wrócić na tron i nie schodzić z niego do 1733. Królewski tytuł obejmował, będąc już wcześniej, jako Fryderyk August I, elektorem Saksonii – stąd mowa o personalnej unii polsko-saskiej. O Auguście pamięta się chociażby w Dreźnie, gdzie w centrum miasta stoi jego złoty pomnik.

Miśnieńska manufaktura porcelany była pierwszą w Europie, bo i ledwo dwa lata przed jej powstaniem opracowano na Starym Kontynencie sposób jej wytwarzania. Europejczyków sporo wyprzedzili Chińczycy, gdyż w Państwie Środka porcelana znana była od 7. stulecia. Tę z Saksonii początkowo zwano „białym złotem”, ponieważ przez pierwszy okres nie były jeszcze dostępne specjalne, topliwe farby. Pojawiły się one w latach 20. XVIII wieku.

Orędownik produkcji porcelany w Miśni także musiał postępować z nią, zachowując najwyższą ostrożność. W końcu przydomek Mocny u Augusta II wziął się z doniesień, iż dysponował taką siłą, że umiał wyginać podkowy gołymi rękoma. Skoro tak postępował z metalem, co dopiero mogłoby spotkać mniejsze lub większe figurki, wazy, filiżanki czy talerze. Trafiały niegdyś na zamki i do pałaców, stanowiły obiekty pożądania najwyższych sfer, a dziś wystawiane są w niemieckim muzeum.

Hepburn i Mandela z porcelany. Ceny dzieł w Miśni potrafią zwalić z nóg
U wejścia do manufaktury przywitały mnie dwa skrzyżowane miecze, czyli symbol tamtejszej porcelany wzięty z dawnego saksońskiego herbu. Kosztujący 14 euro bilet wstępu – w przeliczeniu około 60 złotych – kupiłem wcześniej przez internet, dlatego jedynie okazałem go przy kasie i rozpocząłem zwiedzanie. Warto przeznaczyć na nie więcej niż godzinę (najlepiej dwie), gdyż ekspozycja rozlokowana jest w wielu salach na dwóch piętrach.

Właściwie przez cały czas zastanawiałem się, jak to możliwe, że ktoś z taką precyzją, w tak delikatnym materiale, ujął w swych dziełach tyle szczegółów. Nie chodzi wyłącznie o malunki, lecz i drobne elementy budowy ciała porcelanowego nosorożca, nieco zmierzwioną sierść niedźwiedzia albo anatomię nóg konia. Wśród ludzkich wizerunków odnalazłem brytyjską aktorkę Audrey Hepburn żującą gumę, jak i błyszczące się popiersie byłego prezydenta RPA Nelsona Mandeli.

Wartość pierwszego z tych dzieł wyceniono na – bagatela – 156 tysięcy euro! Niższe, choć nadal pokaźne sumy, widniały przy pokaźnym flakonie (105 tysięcy euro), porcelanowym wielbłądzie (33 tysiące euro) lub wspomnianym koniu (26,5 tysiąca euro). Ci o skromniejszym budżecie kupić mogą figurkę świętego Mikołaja za 1 tys. euro, filiżankę ze spodkiem warte niecałe 500 euro czy zestaw dwóch świątecznych bombek za prawie 400 euro.

Rozstrzał cen poszczególnych produktów jest w Miśni na tyle spory, iż nie sposób wymienić wszystkich. Komu z portfela tyle banknotów europejskiej waluty nie ucieka, temu zostaje podziwiać wzrokiem te wszystkie zbiory. Muzeum organizuje też demonstracyjne warsztaty, czasem wśród zwiedzających. I tak, gdy błądziłem między salami, co jakiś czas zerkałem, jak pewna pracująca w manufakturze pani z anielskim spokojem zdobi talerz.

Nie dotykaj! A chwilę później: Dotykaj!
Bitte nicht berühren! (Proszę nie dotykać!) – głosiło ostrzeżenie przy piszczałkowych organach. Do zupełnie odwrotnej rzeczy zachęcano natomiast gości przy rzeźbie, ukazującej dwóch śpiących. Wykonana była z czerwonej kamionki Böttgera – niewymagającej szkliwienia „protoplastki” porcelany. Miano nosi ona od nazwiska swojego twórcy – alchemika, a u zarania istnienia miśnieńskiej manufaktury jej kierownika.

Moją uwagę przykuła też „piramida”, ustawiona w centralnym holu budynku. Stanowiła jakby podsumowanie wszystkiego, co można zobaczyć w muzeum, a jednocześnie ukazywała, jak różnorodne wyroby można pozyskać z porcelany. Jej produkcja – o rzemieślniczym charakterze – trwa tam do dzisiaj. Zdecydowanie smutniejszy koniec spotkał takie fabryki w Polsce, jak „Karolinę” w Jaworzynie Śląskiej, której rok temu nikt nie chciał kupić.

Manufakturę Porcelany w Miśni zwiedzić można podczas kilkudniowej wycieczki do Saksonii – sam tak zrobiłem, poznając jednocześnie Drezno oraz Lipsk. Do ostatniego z tych miast od niespełna miesiąca dojechać można bezpośrednio z południa Polski pociągami PKP Intercity. Stacja w Dreźnie natomiast ma bezpośrednie połączenie z przygranicznym Zgorzelcem, uruchamiane dzięki współpracy niemieckiego przewoźnika z Kolejami Dolnośląskimi.
Z Miśni Wiktor Kazanecki, Interia
Kontakt do autora: wiktor.kazanecki@firma.interia.pl













