
W obecnej sytuacji posłowie PL 2050, którzy nie zamierzają zakończyć kariery politycznej wraz z końcem obecnej kadencji Sejmu, będą teraz – o ile już tego nie zrobili – szukać dla siebie miejsca w innych formacjach.
Przypuszczalnie największą ich grupę przejmie KO, która już pozyskała – sądząc po sondażach – większość dawnych zwolenników partii Hołowni. W ten sposób kolejna, po Nowoczesnej Ryszarda Petru, próba stworzenia formacji pomiędzy PiS i KO kończy się fiaskiem.
W centrum sceny politycznej wciąż walczy o przetrwanie PSL, którego liderzy stale powołują się na 130-letnią tradycję tej formacji, co rzeczywiście czyni ją wyjątkową, nawet jeśli ta ciągłość jest historycznie dyskusyjna.
Rzecz w tym, że samodzielnie PSL zdołało ostatnio wejść do Sejmu w 2015 i to pokonując pięcioprocentowy próg wyborczy o zaledwie 0,13 proc. Cztery lata później ludowców uratował sojusz z formacją Pawła Kukiza, a po upływie kolejnej kadencji właśnie z PL 2050. Jednak szanse na reanimację Trzeciej Drogi z pozostałością tej ostatniej partii wydają się zerowe. Żaden z sondaży w ostatnich miesiącach nie pozwalał takiej koalicji nawet marzyć o przekroczeniu ośmioprocentowego progu.
Teoretycznie ludowcy mogą szukać porozumienia z Nową Polską senatorów Zygmunta Frankiewicza i Wadima Tyszkiewicza, ale niemal pół roku po utworzeniu tej ostatniej formacji nie pojawiła się ona nawet w badaniach którejkolwiek z sondażowni, co nie wróży jej niczego dobrego.
Trudno aby było inaczej, skoro wszystkie większe partie polityczne w III RP były budowane na bazie osobistej popularności konkretnej osoby lub grupy osób. Tymczasem w Nowej Polsce – mimo udziału istotnych w swoich regionach samorządowców – nie sposób ich jak dotąd dostrzec.
Dlatego, gdy tylko zakończy się proces dezintegracji PL 2050, premier Tusk i jego ludzie – w tym sympatyzujący z KO dziennikarze i publicyści – rozpoczną kampanię nakłaniania ludowców do stworzenia wspólnej listy wyborczej. Podobna akcja miała miejsce przed wyborami w 2023 r. Wówczas ludowcy skutecznie się jej oparli, a ostatecznie stworzona wraz z partią Hołowni zdobyła niewyobrażalne z dzisiejszej perspektywy 14,4 proc. głosów. Pomógł w tym sam Donald Tusk, dając tuż przed wyborami do zrozumienia, że część zwolenników KO powinna się zastanowić nad „taktycznym” oddaniem głosu na TD, aby ta nie spadła poniżej progu, co mogło znacząco zwiększyć rezultat pierwszego wówczas w sondażach PiS.
Jeśli obecny stan, w którym KO przewodzi w sondażach, utrzymałby się także w 2027 r., premier nie będzie już miał powodów do rzucania „koła ratunkowego” ludowcom. Jeśli odrzucą propozycję jednej listy – a Władysław Kosiniak-Kamysz już kilkakrotnie deklarował, że tak będzie – ich spadek poniżej progu może, zgodnie z regułami systemu d’Hondta, na jakim opiera się ordynacja, przynieść najwięcej korzyści mandatowych właśnie Koalicji Obywatelskiej. Oczywiście pod warunkiem zajęcia pierwszego miejsca na wyborczej mecie.
Wiele będzie zależeć również od decyzji, jakie zapadną po lewej stronie sceny politycznej. Tu są zaś możliwe różne scenariusze.
Po pierwsze, powtórka z sojuszu wyborczegoNowej Lewicy i partii Razem, który zdobył w 2023 r. 8,61 proc. Tyle tylko, że później Razem znalazła się w opozycji do rządu współtworzonego przez partię Włodzimierza Czarzastego, a relacje między tym ostatnim a drużyną Adriana Zandberga wydają się coraz gorsze. W świetle większości ostatnich sondaży NL nie powinna mieć problemu z przekroczeniem wyborczego progu, czego nie można powiedzieć o Razem.
Jeśli jednak nastroje lewicowych wyborców, wśród których Czarzasty nie wydaje się przesadnie popularny, zaczną – tak jak to obecnie ma miejsce na prawicy – ulegać radykalizacji, wówczas Razem i NL mogą się w sondażowych rankingach zamienić miejscami. A wtedy mogłoby się okazać, że spadek NL poniżej progu pomógłby w walce o mandaty – podobnie jak w przypadku PSL – właśnie Koalicji Obywatelskiej. Oczywiście tylko pod warunkiem utrzymania przez nią pierwszej lokaty i to z odpowiednio dużym – przekraczającym 5 proc. – dystansem od PiS.
Dominacja Tuska w koalicji rządowej jest dziś równie oczywista, jak sondażowa przewaga KO nad PiS. Przypomina odwrócony stan, z jakim mieliśmy do czynienia na długo przed wyborami z 15 października 2023 r. PiS przewodził wtedy w sondażach, a prezes Kaczyński przekonywał, że formacja ta ma szanse na uzyskanie (po raz trzeci z rzędu) samodzielnej większości. Ci zaś politycy PiS, którzy w to nie wierzyli, pocieszali się po cichu, że w ostateczności by utrzymać się przy władzy, dobiorą sobie do koalicji posłów Konfederacji. Jak to się skończyło – wszyscy pamiętamy.
Dziś Tusk wydaje się być na drodze do wpadnięcia w taką właśnie „pułapkę Kaczyńskiego”. Wprawdzie nie mówi, że liczy na samodzielną większość KO w kolejnym Sejmie, ale trudno nie odnieść wrażenia, iż niektórzy politycy jego partii od pewnego czasu rozważają możliwość przeciągnięcia na swoją stronę wolnościowej części Konfederacji. Szanse na razie wydają się na to znikome, ale też nie chodzi tu o jakąkolwiek koalicję, tylko o spotęgowanie problemów wewnętrznych politycznej hybrydy, jaką pozostaje Konfederacja.
Znamienne, że równolegle – komplementując ostatnio publicznie Krzysztofa Bosaka – w to samo gra Jarosław Kaczyński. Nic nie poprawiłoby obu starszym panom humorów bardziej niż podział w Konfederacji, związany z rywalizacją Mentzena i Bosaka o kształt list wyborczych. Taki konflikt, w połączeniu z coraz ostrzejszą rywalizacją obu skrzydeł Konfederacji z Koroną Brauna, dawałby bowiem szansę na spadnięcie bodaj jednego z tych bytów poniżej progu.
To, że marginalizacja mniejszych formacji – elegancko nazywana „zjadaniem przystawek” – stanowi ważne paliwo polityczne zarówno dla KO, jak i PiS, wiadomo od dawna, czyli od czasów „konsumpcji” takich zapomnianych już dziś partii jak Samoobrona, LPR, Nowoczesna, Ruch Palikota czy Kukiz ’15. Zarazem jednak Kaczyński z Tuskiem nigdy nie zdecydowali się na ich ostateczną anihilację, do której droga wiodłaby przez zmiany w ordynacji wyborczej w kierunku jeszcze bardziej sprzyjającym największym graczom.
Teoretycznie jest to wciąż możliwe. W praktyce jednak całkowicie nierealne i to nie tylko dlatego, że Karol Nawrocki, próbujący odgrywać rolę „ojca prawicy”, mógłby wziąć w obronę interesy mniejszych formacji i skorzystać z prawa weta, które wszak stosuje coraz częściej. Akurat w tym przypadku weto mogłoby się doczekać uchylenia przez Sejm, bowiem KO i PiS dysponują w nim większością mandatów daleko wykraczającą poza niezbędne do tego 3/5.
Rzecz w tym, że proces polaryzacji zaszedł w Polsce już tak daleko, iż nie sposób sobie wyobrazić współpracy drużyn Kaczyńskiego i Tuska w jakiejkolwiek istotnej sprawie. Nie tylko dotyczącej tak wrażliwej materii jak ordynacja wyborcza.
Ich wyborcy, nieustannie karmieni seansami nienawiści do drugiej strony, nie zrozumieliby i nie wybaczyli swoim wodzom takiej kooperacji.
Dlatego dominujący w Polsce od dwóch dekad PO-PiS-owy duopol znajduje się od dawna w głębokim klinczu. Bez przejścia obu starszych panów – będących jego architektami – na polityczną emeryturę jego przezwyciężenie wydaje się mało realne. Wbrew nadziejom niektórych wydaje się, że kolejne wybory parlamentarne mogą go tylko umocnić.












