
-
W zakładzie produkującym ciastka w Grecji doszło do wycieku propanu, który spowodował eksplozję i pożar, w wyniku czego zginęło pięć kobiet.
-
Pracownicy przez kilka miesięcy zgłaszali silny zapach gazu, lecz kierownictwo nie podjęło skutecznych działań.
-
Osoba pełniąca funkcję hydraulika nie posiadała odpowiednich uprawnień, a niepokojący zapach polecano mu tłumaczyć awarią kanalizacji.
-
Więcej ważnych informacji znajdziesz na stronie głównej Interii
Wyciek propanu w zakładzie produkującym ciastka Violanta w okolicy Aten, wykryty kilka miesięcy wcześniej, był przyczyną eksplozji i pożaru, do których doszło 26 stycznia.
Grecka gazeta „Proto Thema” poinformowała, że kierownictwo i właściciele fabryki byli świadomi zagrożenia, ale nikt nie potraktował go poważnie. „Wygląda na to, że kwestie bezpieczeństwa również nie były traktowane poważnie: zaniedbano planów ewakuacji na wypadek sytuacji awaryjnych, szkolenia pracowników i ćwiczenia z protokołów bezpieczeństwa” – czytamy.
Grecja: Tragiczny pożar fabryki. Na jaw wychodzą nowe fakty
Ekspert potwierdził gazecie, że w podziemnej sieci doprowadzającej propan ze zbiorników do palników pieca wystąpił poważny wyciek, który spowodował gromadzenie się gazu i jego zapłon, co skutkowało wybuchem. W wyniku tych wydarzeń życie straciło pięć pracownic.
– Uważam, że długotrwały wyciek z podziemnej stalowej rury spowodował gromadzenie się propanu w luźnej glebie, a następnie przedostanie się do piwnicy. Będąc cięższym od powietrza, osiadł na dnie. Kiedy osiągnął stężenie wybuchowe i prawdopodobnie napotkał iskrę od silnika elektrycznego, spowodował eksplozję z potężną falą uderzeniową – wyjaśnił ekspert, który w obecności miejscowej policji już po tragedii wykonał test szczelności instalacji.
Seria zaniedbań w greckim zakładzie. „Nic się nie zmieniało”
Grecka gazeta udostępniła fragmenty oświadczeń zatrudnionych w przedsiębiorstwie osób, które zostały przekazane śledczym. Pracownicy opisywali silny zapach, który pojawił się już w listopadzie 2025 roku. Zgłosili sprawę szefostwu, ale nic z tym nie zrobiono.
„Zapach czasami się nasilał, innym razem ustępował. Nie potrafię go dokładnie opisać. Jedyne porównanie, jakie mogę podać, to zapach wydzielany przez samochody na stacjach benzynowych podczas tankowania LPG” – relacjonował 31-letni pracownik, dodając, że poinformował o tym przełożonych.
Dopytywany przekazał, że nie został poinformowany o planach ewakuacji, a w zakładzie nie odbywały się żadne szkolenia bezpieczeństwa. „Nie słyszałem sygnału ostrzegawczego przed wybuchem. Potem usłyszałem cichy alarm” – wspominał.
„Nic się nie zmieniało, ta sama sytuacja pozostała do końca. Pracowałem tam 28 lat, podobnie jak moja córka, która straciła życie” – przekazał inny pracownik. On także informował o niepokojącym zapachu kierowników. Usterką miał się zająć „hydraulik”, który – jak czytamy – „także zapewniał nas, że nie ma żadnego zapachu”.
Pracownik wspominał, że leżące na podłodze w hali produkcyjnej kable elektryczne powodowały porażenia prądem u pracowników. „Sam raz zostałem porażony, po prostu zdrętwiała mi ręka” – przekazał.
„Wiedzieli o problemie, ale nic nie zrobili”. Pracownicy alarmowali przełożonych
Inna osoba zatrudniona w zakładzie od 24 lat poinformowała, że „zapach był tak silny, że szczypał w oczy”. „Przez 15 dni przed pożarem czułem dziwny zapach w toaletach. Do tego piekły mnie oczy. Nie był to zapach ścieków ani czystego LPG” – przekazał, dodając, że poinformował kierownika zmiany.
Kolejny pracownik podkreślił w oświadczeniu, że wyczuł zapach w toalecie. „To był LPG, a nie ścieki” – przekazał. On także zaznaczył, że poinformowano przełożonych, ale „nic nie zrobiono, zapach pozostał”. „Technicy wiedzieli o problemie i nie wykonali swojej pracy należycie, co doprowadziło do eskalacji i wybuchu” – przekazał.
Inny 27-letni pracownik wspominał feralną noc z 25 na 26 stycznia. „Rozmawiałem z kolegą, byliśmy w odległości około 10 metrów od siebie, bez żadnych przeszkód. Gdy tylko skończyliśmy rozmawiać, zgasło światło i usłyszałem głośny huk, jakby wybuch granatu. Widziałem latające panele, blachy, części pieca” – relacjonował.
Hydraulik bez uprawnień. „Kazał mówić, że zapach pochodzi z kanalizacji”
Grecka gazeta podała również, że funkcję „hydraulika” w przedsiębiorstwie pełniła osoba bez wykształcenia technicznego. W swoich zeznaniach przekazał, że zapach – opisywany przez wszystkich świadków – odczuwał co najmniej od listopada 2025 roku. „Wyglądał na LPG. Był silniejszy w toaletach i zmywalni” – podał.
„Pracownicy również to zauważyli i zwrócili mi na to uwagę. Ustnie poinformowałem o tym właściciela Violanty. Razem z dyrektorem produkcji udaliśmy się do toalet, ale nic nie znaleźliśmy. Później w połowie grudnia przyjechał specjalista od instalacji gazowych i przeprowadził pomiary. Tego dnia niczego nie znalazł” – opisywał ” hydraulik”.
„Kierownik produkcji kazał mi powiedzieć, że 'zapach pochodzi z kanalizacji, dopóki nie ustalimy, co się dzieje'” – relacjonował. Pracownik twierdził także, że przed laty właściciel polecił mu wykonać nową linię instalacji doprowadzającej propan „mimo że wiedział, że nie mam do tego uprawnień”.












