„Rosja zapłaci za to ogromną cenę”. Ekspertka o tym, czy gospodarka zmusi Kreml do kroku wstecz

Czy Rosja zawali się pod ciężarem kryzysu ekonomicznego i tak wreszcie skończy się ta wojna?

Do zawalenia się jeszcze daleko. Jeśli trwanie w oczekiwaniu, że Rosjanom zabraknie pieniędzy na wojnę jest czyjąś strategią na jej zakończenie, to nie jest to dobra strategia. Mimo wszystko potencjał gospodarczy Rosji jest bardzo duży, a do tego połowa świata z nią współpracuje. Owszem poważnym ciosem są aktualne niskie ceny ropy i sankcje, co przekłada się na niskie wpływy budżetowe. Pieniędzy w kasie Kremla jest mało, ale na wojnę się znajdą. 

Ale nawet w rosyjskiej prasie można regularnie przeczytać o kryzysie zadłużenia władz regionalnych, falach bankructw w kolejnych branżach przemysłu, inflacji. Nie brzmi to zdrowo.

Proszę mnie nie zrozumieć źle. Kremlowi jest aktualnie bardzo trudno. Wyzwań gospodarczych ma przed sobą mnóstwo. Jednak przestrzeń do dalszego finansowania wojny ma, choć jest ona coraz mniejsza. Wojna jest bowiem priorytetem. W ciągu ostatnich czterech lat Kreml ograniczał wydatki na wszystko inne, byle mieć na nią pieniądze. Jednocześnie dbał o zachowanie stabilności systemu, dlatego jak długo się da, starał się ograniczać przenoszenie obciążeń na społeczeństwo. Pieniądze wyciągano z kieszeni ludzi głównie pośrednio, na przykład rezygnacją z dotacji kredytów hipotecznych. ograniczaniem wydatków na opiekę zdrowotną czy politykę społeczną. No i przede wszystkim inflacją. Dopiero teraz Kreml sięgnął mocniej do kieszeni ludzi poprzez podniesienie VAT. Jednocześnie od dawna mniej subtelnie obchodzono się zwłaszcza z przedsiębiorstwami, gdzie regularnie podnoszono opodatkowanie. Firmy mają teraz coraz gorsze wyniki i coraz mniej pieniędzy do podziału z państwem, ale nadal można je od nich pozyskiwać.

Czy to wszystko nie prowadzi jednak do narastającego społecznego niezadowolenia i oddolnej presji na Kreml, żeby coś z tą wojną zrobił?

Kreml od początku prowadzi ją tak, aby społeczeństwo względnie mało ją odczuwało. Koszty przerzucano głównie na wspomniany biznes oraz na klasę średnią i wyższą. Najuboższym zapewniano środki na przetrwanie. Emerytury i wypłaty socjalne indeksowane są do wysokości oficjalnej inflacji. Dawało to najuboższym poczucie, że państwo choć częściowo rekompensuje im ponoszone koszty. Społeczeństwo biednieje, ale stopniowo. Jednak Kreml ma przede wszystkim sprawny aparat represji i propagandy. Dzięki nim społeczeństwo pozostaje zupełnie pasywne, pomimo trudności gospodarczych. Nie ma żadnej reakcji, na przykład na rosnące ceny żywności, leków czy czynszów. Przynajmniej takiej, która by jakoś zagrażała Kremlowi. Nawet obecna podwyżka VAT jest przedstawiana jako dziejowa konieczność. Płynie przekaz, że społeczeństwo też musi wziąć na siebie część ciężaru, bo przecież Rosja jest w śmiertelnym boju z wrogim Zachodem.

Czy taki układ może trwać bez końca? Nie nadejdzie moment, kiedy ludzie jednak powiedzą „dość”?

Nie da się przewidzieć. Dlatego na czymś takim nie sposób budować strategii, mającej doprowadzić do zakończenia wojny. Jeśli kiedyś wreszcie to się stanie, to przede wszystkim w wyniku kalkulacji politycznej Kremla, który uzna, że ta wojna jest zbyt kosztowna, że elita za dużo na niej traci i nie ma sensu ponosić dalszych kosztów. To nie będzie decyzja społeczeństwa. To nie będzie rewolucja z masowymi protestami i rozpadem kraju. Zagrożenia dla Kremla ze strony społeczeństwa nie widzę. Jak na razie władza jest przekonana, że już niedługo osiągnie swoje cele, bo Zachód wycofa się ze wsparcia Ukrainy. 

A może jakiś szok systemowy, taki jak na przykład kryzys bankowy w 1998 roku? Coś, co z zaskoczenia usunie Kremlowi podłogę spod nóg?

Owszem są sygnały świadczące o tym, że kryzys bankowy wisi w powietrzu. Jednak system gospodarczy w Rosji funkcjonuje dość racjonalnie. Co oznacza, że rząd i zwłaszcza bank centralny bardzo dbają o to, aby powtórki z 1998 roku nie było. Wydatki na wojnę to ciągle priorytet, jednak drugim kluczowym priorytetem pozostaje podtrzymanie systemu władzy, a to oznacza brak tego rodzaju wstrząsów. W tej konkretnej kwestii trzeba pamiętać, że w latach 2023-2025 sektor bankowy w Rosji miał duże zyski, między innymi dlatego, że dawał wysoko oprocentowane pożyczki. Bank centralny zadbał o to, aby banki te pieniądze przeznaczały na zwiększanie kapitałów własnych i budowanie rezerw, kosztem wypłacanych dywidend. Tak więc choć aktualnie sytuacja istotnie się pogorszyła i kredytobiorcom coraz trudniej jest wywiązywać się ze swoich zobowiązań, to banki aktywnie restrukturyzują najbardziej problematyczne kredyty i w ten sposób stabilizują sytuację. Choć oczywiście ryzyko jest, zwłaszcza w dłuższej perspektywie.

Co to oznacza w tym przypadku krótka i długa perspektywa?

Krótka to mniej więcej rok, może dwa. To jest związane z tym, jaką politykę prowadzi Kreml. Władimir Putin podejmuje decyzje dotyczące wojny w perspektywie krótkoterminowej. On i jego otoczenie wydają się przekonani, że są bliscy sukcesu, a Ukraina jest wyczerpana. Oraz że Zachód ma już dość ponoszenia kosztów i gotów jest do porozumienia się z Rosją na jej warunkach, czyli do powrotu do biznesu sprzed 2022 roku. W takiej rzeczywistości wystarczy, że Rosja wytrzyma jeszcze ten rok. Może dwa. I osiągnie swoje cele. Tym, co będzie dalej z gospodarką, rosyjska władza będzie zajmować się później. Ta krótka perspektywa jest najważniejsza i w niej pieniędzy na prowadzenie wojny oraz na podtrzymanie systemu wystarczy. Już w 2025 roku było wiadomo, że dziura w budżecie będzie wielka, ale udało się ją sfinansować. W tym roku presja finansowa w związku z niskimi cenami ropy naftowej będzie tylko większa. Jednak na ten rok wystarczy jeszcze choćby zapasów zgromadzonych w Funduszu Dobrobytu Narodowego, zbudowanym w dwóch pierwszych dekadach tego wieku dzięki eksportowi drogich surowców. Kiedy i te pieniądze się skończą, to jeszcze pozostanie głębsze sięgnięcie do kieszeni biznesu oraz społeczeństwa. W krótkim terminie władza nadal ma co poświęcać na ołtarzu swojej imperialnej polityki. Jednak w dłuższej perspektywie Rosja zapłaci za to ogromną cenę. Bardzo boleśnie odczuje w przyszłości to, co dzieje się teraz. Już w zeszłym roku aktywność ekonomiczna w Rosji mocno wyhamowała, a gospodarka znalazła się w stagnacji. Inwestycje spadają. W kolejnych latach problemy te będą się stopniowo pogłębiać. Jednak tak jak mówiłam, to Putina – i szerzej Kreml – obecnie nie obchodzi.

Jak długo trzeba by jeszcze wytrzymać, żeby Kreml nie mógł dalej ignorować postępującej zapaści państwa?

Reżimy Korei Północnej czy Iranu pokazały, że granice wytrzymałości mogą być ogromne. Przy czym Rosja obecnie znajduje się w naprawdę trudnej sytuacji. Stan infrastruktury jest katastrofalny, co obecna zima po raz kolejny obnażyła. To są dekady zaniedbań po rozpadzie ZSRR, na które dodatkowo nakładają się skutki wojny. Straty na froncie i migracja pogłębiły problemy demograficzne Rosji. Postępuje regres technologiczny i kurczą się dochody. Finanse publiczne są w bardzo trudnej sytuacji. W zeszłym roku 45 proc. budżetu federalnego pochłonęły resorty siłowe, głównie armia prowadząca wojnę. W 2021 roku było to około 23 proc. Oznacza to, że coraz mniej środków Kreml przeznacza na rozwój gospodarki i infrastruktury czy kapitał ludzki. Rosną też wydatki na obsługę długu publicznego, bo od 2022 r. budżet realizowany jest z deficytem, a Kreml odcięty od zagranicznych rynków kapitałowych musi brać drogie kredyty na rynku wewnętrznym. Sytuacja jest na tyle poważna, że dalszy dynamiczny wzrost wydatków, w tym na wojnę, nie jest możliwy. Już w 2025 roku wydatki w ujęciu realnym nie wzrosły. W 2026 r. zaplanowano nawet spadek nakładów na obronę narodową, choć oczywiście faktyczna ich wysokość będzie zależała od sytuacji na froncie. Kreml jednocześnie zaplanował wzrost nakładów na aparat represji (policję, FSB, Gwardię Narodową), co świadczy o tym, że zacieśniać będzie kontrolę nad społeczeństwem. O skali problemów może świadczyć to, że głównym żądaniem Kremla w rozmowach z USA jest złagodzenie sankcji, co poprawiłoby sytuacje gospodarczą Rosji. Kolejnym fundamentalnym ograniczeniem reżimu jest biologia. Członkowie putinowskiej elity są już po siedemdziesiątce. Stopniowo ograniczają oni swoją aktywność lub w ogóle odchodzą z systemu. Roszady kadrowe mogą prowokować napięcia, związane z obsadzaniem kluczowych instytucji przez nowe osoby. Dla nich wojna nie będzie konieczna, aby utrzymać się przy władzy i się bogacić.

Tylko – tak jak pani wcześniej mówiła – to nie jest coś, co można wiarygodnie prognozować i na tym opierać naszą strategię.

Dlatego nie możemy czekać, aż Kremlowi wyczerpią się pieniądze. Rosja wcale nie jest odporna. Jest silna naszą, Zachodu, słabością. Dlatego trzeba aktywnie działać. My, Zachód, nadal możemy znacznie przyspieszyć zakończenie tej wojny, jeszcze zwiększając presję sankcyjną na Rosję i mocniej wspierając Ukrainę, odbierając tym samym Kremlowi nadzieję na rychłe zwycięstwo. Czynnik psychologiczny w tej wojnie jest bardzo istotny. Jej przebieg bardzo mocno zależy od tego, jak rzeczywistość postrzega Władimir Putin. Dla nas najważniejsze jest to, aby uznał, że dla utrzymania przez niego władzy konieczne jest skoncentrowanie się na wewnętrznych problemach w Rosji, a nie na imperialnych mirażach. Niestety Zachód nie demonstruje determinacji i gotowości do obrony własnych interesów. Dysponujemy znacznie większymi środkami niż Rosja, ale nie wykorzystujemy tego potencjału. W zamian pokazujemy swoją słabość. W Europie pojawiają się sygnały gotowości do rozmów z Putinem, mimo iż jego żądania się nie zmieniły. Dodatkowo atakowani jesteśmy przez rosyjskie drony i stajemy się ofiarami sabotażystów. W efekcie Kreml uważa, że jego dotychczasowa polityka przynosi rezultaty.

Iwona Wiśniewskaod 2000 roku analityczka Ośrodka Studiów Wschodnich. W latach 2014–2016 kierowniczka Wydziału Ekonomicznego Ambasady RP w Moskwie. Na stronie OSW można regularnie przeczytać jej analizy dotyczące stanu gospodarki i finansów publicznych Rosji.

Udział