
Po pierwszym dniu turnieju kwalifikacyjnego do finału Billie Jean King Cup, gospodynie nie miały powodów do zadowolenia. Oba mecze singlowe zostały przez Polki przegrane. Magda Linette nie poradziła sobie z Martą Kostiuk, natomiast Katarzyna Kawa była słabsza od Eliny Switoliny. W obu przypadkach były to przegrane po dwusetowych meczach.
Stało się zatem jasne, że Polki w perspektywie przedłużenia rywalizacji z Ukrainkami, muszą sobotę (tj. 11 kwietnia) rozpocząć od wygranego debla. Inaczej zrobiłoby się 0:3 i kwestia awansu do turnieju finałowego Billie Jean King Cup, byłaby rozstrzygnięta.
Billie Jean King Cup: Polskie deblistki dzielnie walczyły. Ukraina lepsza w Gliwicach
Wyzwanie było jednak wcale nie łatwiejsze, aniżeli miało to miejsce w piątek (tj. 10 kwietnia). Polski debel musiał się bowiem mierzyć z siostrami Kiczenok. Zgranym duecie, cenionym na arenie międzynarodowej. Dość napisać, że jedna z sióstr – Ludmyła – była swego czasu trzecią deblistką świata. A na swoim koncie ma sukcesy w postaci wielkoszlemowego finału (Australian Open 2024) czy wygrany turniej Wielkiego Szlema (US Open 2024).
Kapitan polskiej drużyny Dawid Celt dokonał zmiany względem wcześniej zakładanego układu i Katarzynę Kawę zastąpiła Martyna Kubka. Tym samym naprzeciwko ukraińskiemu duetowi stanął do gry zestaw Polek, z tego samego rocznika, tj. 2001. W tym też roku urodziła się Iga Świątek. Niestety, w przypadku najlepszej polskiej tenisistki, tej zabrakło w Gliwicach, o czym poinformowała kilka dni przed rozpoczęciem rywalizacji w BJKC.
Co więcej, Polki nie mogły również skorzystać z drugiej najlepszej singlistki w rankingu WTA – Magdaleny Fręch.
Trzeba sobie jednak radzić w takich warunkach, jakie są, więc duet Kubka/Chwalińska ruszył do ambitnej walki z siostrami Kiczenok. I trzeba przyznać, że to był kawałek solidnego, deblowego meczu. Polki mogą żałować niewykorzystanych szans w trakcie spotkania, zwłaszcza w końcówce pierwszej partii. Przy stanie 5:4 duet gospodyń miał bowiem trzy piłki setowe. Ostatecznie jednak zamiast 6:4, zakończyło się na… 5:7 na niekorzyść Polski.
Podobna sytuacja miała miejsce w drugiej odsłonie. Ukrainki przełamały w 11 gemie partii na 6:5, ale po chwili zrobiło się 0:40 na niekorzyść naszych wschodnich sąsiadek. Polki dały się dogonić na wynik 40:40, ale przy jeszcze jednej szansie na brejka, tym razem skutecznie zakończyły akcję, doprowadzając do tie-breaka (6:6).
Po dwóch godzinach i trzynastu minutach (67 minut trwała sama druga odsłona) twardego grania polskie deblistki wyrównały jednak stan meczu na 1:1, wygrywając tie-breaka 7:4. Stało się zatem jasne, że rozstrzygnięcie zapadnie w trzecim, pełnowymiarowym secie.
Ostatnia odsłona miała zupełnie inny przebieg niż wcześniejsze. Przede wszystkim przestał funkcjonować serwis na wysokim poziomie, z czego wzięły się dużo częstsze przełamania. Polki rozpoczęły od 1:0 z przełamaniem, następnie wyszły na 3:2 – ponownie z brejkiem (wcześniej wyrównanie Ukrainek na 2:2 przy serwisie gospodyń). Ukrainki na pierwsze prowadzenie w secie wyszły dopiero po… 44 minutach(!) grania wychodząc z opresji na 4:3.
Co gorsza, dla Polek, po kilku kolejnych akcjach zrobiło się 5:3 z przełamaniem dla ukraińskich bliźniaczek. Tego prowadzenia faworytki już nie wypuściły z rąk, zamykając swój mecz na 2:1 oraz przekonujące 3:0 w starciu Ukrainy z Polską. Kibice zgromadzeni w PreZero Arenie w Gliwicach nie mogli jednak narzekać na brak emocji – na przestrzeni trzygodzinnej bitwy. Gospodynie mocno postawiły się faworytkom. Decydujące o porażce okazały się w głównej mierze porażki singlowe – oraz słabszy skład reprezentacji Polski – w trakcie gliwickiego turnieju.
Najlepszym wynikiem w historii startów Polek w rozgrywkach Billie Jean King Cup pozostaje zatem półfinał osiągnięty z 2024 roku.












