
Marta Kurzyńska, Interia: Czy wróży pan sukces Ryszardowi Petru i jego koncepcji „Konfederacji Light”?
Paweł Śliz, szef KP Polska 2050: – Nie wróżę temu pomysłowi żadnego sukcesu. Ryszard Petru miał już swoją szansę i pokazał, że nie do końca potrafi ją wykorzystać. Pamiętamy przecież, co zostało po Nowoczesnej – głównie długi.
Czyli to inwestycja wysokiego ryzyka?
– Zdecydowanie nie zapisałbym się do partii budowanej przez Ryszarda Petru, zwłaszcza opartej na retoryce Konfederacji. Ta argumentacja zupełnie do mnie nie trafia.
Może pan tak mówi, bo nie jest wam już po drodze?
– Nie o to chodzi. Myślę, że Ryszard Petru, reprezentując interesy najbogatszych, nie zagospodaruje na scenie politycznej takiej przestrzeni, która przyciągnęłaby wyborców na poziomie pozwalającym na wejście do Sejmu.
Wy też nie jesteście ostatnio ekspertami od przyciągania wyborców. W kolejnych sondażach odnotowaliście wyniki grubo poniżej progu.
– Potrafię czytać sondaże i mam pełną świadomość, że 2,2 proc. to wynik poniżej progu wyborczego.
W tym dla Polsat News macie 0,8 procent poparcia.
– Wiem, ile pracy przed nami. Jednak proszę pamiętać o jednym: bez wyrazistego centrum Polskę przejmie brunatna siła dwóch Konfederacji – Korony Polskiej oraz tej głównej – wraz z PiS-em. To najgorszy scenariusz dla kraju, do którego nie chcemy dopuścić.
Może po prostu jesteście zbyt mało wyraziści? A wyborców znudziło straszenie PiS-em?
– Musimy bardzo ciężko pracować, by przekonać obywateli, że w Polsce konieczne jest centrum, które dostrzega ludzi i ma inną wrażliwość niż Koalicja Obywatelska. Tę wrażliwość staramy się pokazywać, ale nasi koledzy z KO również muszą zrozumieć, że jest im ona potrzebna, by zachować władzę i powstrzymać Prawo i Sprawiedliwość.
Ale wasi koledzy z Centrum mówią, że to oni są prawdziwym centrum. Może problem tkwi w klęsce urodzaju?
– Trudno dostrzec u kolegów z Centrum jakikolwiek konkretny pomysł na własną działalność.
A wy jaki macie pomysł? Bo wydaje się być mało skuteczny.
– My stawiamy na twardą pracę legislacyjną. Polska 2050 złożyła do laski marszałkowskiej najwięcej ustaw ze wszystkich klubów parlamentarnych, z czego kilkanaście to już obowiązujące prawo.
– Pracujemy nad projektami bliskimi ludziom: od pełnomocnictwa pocztowego, przez reformę tymczasowego aresztowania i turystykę leśną, aż po jawność cen mieszkań. Walczymy o regulację rynku kryptowalut, by zabezpieczyć Polaków, czy o zakaz używania smartfonów w szkołach – choć to ostatnie stało się teraz projektem rządowym.
Czyli daliście się wykiwać?
– Nie. Bo to Polska 2050 od początku za tym lobbowała.
Skoro składacie najwięcej projektów, a wchodzi tylko kilkanaście, to coś tu nie gra. Kto was blokuje? Marszałek Czarzasty? Premier Tusk?
– Napotykamy na pewne trudności w postaci „mrożenia” projektów, które uważamy za dobre. Przykładem jest choćby projekt senioralny Agnieszki Buczyńskiej czy ustawa o podwyższeniu drugiego progu podatkowego. Ten ostatni projekt czeka w Sejmie i mimo naszych starań nie został poddany dalszym pracom.
– Chcemy pomóc klasie średniej, która wpada w drugi próg podatkowy już w październiku czy listopadzie, tracąc pieniądze wtedy, gdy są one najbardziej potrzebne. Jesteśmy gotowi do rozmów – zaprosiliśmy ministra finansów na spotkanie klubu, by omówić szczegóły.
Może problemem są relacje? Mówi się, że minister Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz nie ma „przelotu” z premierem, co odbija się na sprawczości waszej partii.
– Jeśli minister finansów nie chce rozmawiać z szefową partii, ma możliwość rozmowy ze mną jako szefem klubu.
A nie chce rozmawiać z waszą szefową?
– Jak ktoś ma chęć, to może rozmawiać z każdym. My nie obiecujemy „gruszek na wierzbie”. Pokazujemy racjonalnie, skąd wziąć 9 miliardów złotych na podwyższenie progu podatkowego.
Skąd?
– Z podwyższenia akcyzy na alkohol i podatku od Big Techów. To pomogłoby 2,5 miliona ludzi, a ta grupa rośnie z roku na rok. Widzę, że przebicie się z tymi pomysłami jest trudne.
To kwestia relacji personalnych?
– Nie wiem, czy to kwestia relacji personalnych pani minister. Czasami mam wrażenie, że to brak dostrzeżenia świata poza wojną PiS-u z Platformą. Ludzie mają już dość ciągłych kłótni o Trybunał Konstytucyjny czy KRS.
Michał Gramatyka przyznał ostatnio, że obawia się, by po Polsce 2050 nie zostały tylko te projekty ustaw. Czujecie frustrację w klubie?
– Nie nazwałbym tego frustracją. Uważam, że należy po prostu pokazywać twarde liczby i korzyści dla obywateli. Mam nadzieję, że minister Domański zacznie nie tylko słuchać, ale i słyszeć nasze propozycje. W samym klubie nastroje są bardzo dobre.
Jest jak w tym dowcipie „jest dobrze, ale nie beznadziejnie”?
– Nie. Łączą nas relacje przyjacielskie, a nie interesy.
Ale partia to nie dyskusyjny klub przyjaciół.
– Ale przyjaźń w niczym nie przeszkadza. Współpracujemy, popieramy swoje inicjatywy, a jeśli się nie zgadzamy, to robimy to w sposób racjonalny. Mamy świetnych posłów: Bartosza Romowicza, Kamila Wnuka – ludzi z ogromną inicjatywą w obszarach mieszkalnictwa, ochrony przyrody czy pożarnictwa.
Może gdybyście wcześniej nie musieli gasić tylu partyjnych pożarów, które doprowadziły do rozłamu, byłoby inaczej?
– Myślę, że od tego czasu dużo się zmieniło. Zbyt cicho o tym mówimy, ale nasza praca u podstaw, jak choćby spotkania z notariuszami w sprawie pełnomocnictw, pokazuje, że wreszcie ktoś myśli o zwykłych problemach obywateli.
Czy Polska 2050 przetrwa samodzielnie, czy szuka już pan „szalupy ratunkowej” na listach Koalicji Obywatelskiej?
– Weszliśmy do polityki po to, by pokazać, że istnieje coś poza Platformą i PiS-em. Decyzja o tym, jak wystartujemy, będzie decyzją ogółu.
Czyli nie mówi pan nie?
– Za wcześnie na takie rozważania.
Dotąd pokazywaliście się trochę jak wewnętrzna opozycja.
– Nie jesteśmy i nie będziemy „wewnętrzną opozycją” w obozie władzy, ale potrafimy stanąć z boku i spojrzeć na sprawy z dystansu.
Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz nie raz nie szczędziła gorzkich słów premierowi.
– Czasami trzeba mocniej tupnąć nogą, jak w małżeństwie, by zostać usłyszanym.
Działają tylko argumenty siły?
– W dialogu chodzi o to, żeby druga strona chciała słuchać.
Premier nie chce?
– Każdy może wyciągnąć swoje wnioski z różnych sytuacji.
Boi się pan powiedzieć wprost, że chodzi o premiera?
– Boję się, że jeśli znikniemy, do władzy wróci PiS z ludźmi, którzy potrafią deptać flagę Unii Europejskiej, a tego byśmy bardzo nie chcieli.
Może wyjściem jest „Trzecia Droga 2.0”? Władysław Kosiniak-Kamysz sugeruje powrót do wspólnej listy. Wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki?
– W polityce nauczyłem się, że nigdy nie mówi się „nigdy”. Projekt Trzeciej Drogi był świetny i pozwolił odsunąć PiS od władzy. Czy będzie tak samo w 2027 roku. Ciężko dziś ocenić. Na razie skupiamy się na pracy.
– Przed nami wybór Rzecznika Praw Obywatelskich. 14 lipca zrobimy wysłuchanie publiczne kandydatów, co jest tradycją zapoczątkowaną przez marszałka Hołownię. To pokazuje naszą transparentność i otwartość na ruchy obywatelskie.
Afera w Szpitalu Południowym to dla was szansa, by przejąć rozczarowanych wyborców KO?
– To, co wydarzyło się w Szpitalu Południowym, to skandal. Legitymacja partyjna nigdy nie powinna być żadnym „fast trackiem”. Sprawa prosektorium jest dla mnie przerażająca – ktoś chciał zarobić na ludzkiej tragedii i bólu. Nie patrzę na to przez pryzmat politycznych zysków. Chcę, by zło zostało wypalone do cna.
Oczekiwałby pan wyciągnięcia także politycznej odpowiedzialności. Chociażby wobec Rafała Trzaskowskiego?
– Jeśli politycy wiedzieli o nieprawidłowościach, powinni ponieść konsekwencje polityczne. Organy ścigania muszą działać niezwłocznie, a osoby odpowiedzialne za zdarzenia w prosektorium nigdy nie powinny wrócić do zawodu.
Macie pomysł jak zagospodarować rosnące nastroje antyukraińskie?
– Najgorsze jest to, że prezydent dla 3 proc. poparcia podjął kroki, które rozbudziły negatywne emocje, sprzyjające tylko Konfederacji. Polacy ucierpieli na Wołyniu, to dla nas fundamentalna rana, która wciąż krwawi. Jednak rozwiązaniem jest rozmowa, a nie unikanie spotkań. Wiemy, że do planowanych rozmów prezydentów nie doszło, a Kancelaria Prezydenta nie umiała wyjaśnić, dlaczego.
Tłumaczyła, że strona ukraińska zerwała kontakt.
– To świadczy o nieskuteczności Kancelarii Prezydenta. To Karol Nawrocki powinien ugasić ten pożar.
A może to po prostu brak dobrej woli z drugiej strony? Prezydent Zełenski znów posypał ranę solą.
– Mimo że Zełenski posypał tę ranę solą, cieszę się, że do Polski przyjeżdża minister Sybiha. To dobry znak. Wierzę, że przez dialog jesteśmy w stanie uporządkować nasze trudne relacje historyczne.
Rozmawiała Marta Kurzyńska.












