– Są różni artyści. Ty byłeś artystą wielkim i, jak to się mówi, z łaski Bożej. Niespodziewanym, kapryśnym, niekonwencjonalnym. Grałeś, jakbyś oddychał, skakałeś po górach z lekkością i zawracałeś kijem Wisłę, kiedy grałeś, a na koniec wydawało się, że tego nie zauważasz – mówiła Krystyna Janda w trakcie ceremonii pogrzebowej.
– Nie wiedział, jak jest wspaniały. To naprawdę rzadkie (…). Janku, twoje niezbędne minimum, jak zwykłeś mówić, to było życie na wietrze, sztormie, w wiecznym szukaniu schronienia i ukojenia. Choć przez ostatnie lata wydawało się, że znalazłeś i spokój i pogodziłeś się ze sobą, Bogu dzięki. Słyszę twój śmiech. Bez twojej przekory, poczucia humoru będzie naprawdę smutniej. Na szczęście zostawiłeś po sobie dużo, bardzo dużo. To będzie trwało – podkreśliła Krystyna Janda.
Pogrzeb Jana Frycza. „Aktor, który potrafił wszystko”
Jak podkreślił z kolei reżyser Jan Klata, z Janem Fryczem kojarzy mu się określenie „nienasycony”. – Był nienasyconym artystą, ale i nienasyconym człowiekiem – powiedział, dodając, że Frycz był także „nieprawdopodobnie uroczy”.
– To nie tylko był aktor, który potrafił wszystko. Ale z tego, że potrafił wszystko, wyciągał wniosek, że istnieje „jeszcze więcej” niż wszystko, że chciałby spróbować czegoś jeszcze. W tym poszukiwaniu ciągle nowych rzeczy był nieprawdopodobnie żarliwy, bezwzględny w żarliwości, bardzo mocno wymagający – zaznaczył.
Klata określił Frycza jako człowieka błyskotliwego, nie tylko dowcipnego, ale także obdarzonego poczuciem humoru. – Poczucie humoru mają ludzie, którzy mają dystans do siebie, potrafią się z siebie śmiać. To było coś nadzwyczajnego – zaznaczył dyrektor Teatru Narodowego.
„Rozentuzjazmowany chłopiec i sceptyczny starszy pan”
– Uważałem się za zawodowego starszego brata Jana Frycza. Myślę, że to była świadomość jednostronna – on nigdy nie czuł się ode mnie młodszy. Bardzo trudną jest rzeczą dla starszego brata stwierdzić, że młodszy jest zdolniejszy. Wielokrotnie tego doświadczyłem – mówił aktor Jan Englert, wieloletni dyrektor Teatru Narodowego w Warszawie.
W swoim przemówieniu podkreślił, że mówimy o „fenomenie aktorstwa Jana Frycza”. – Janek był jednocześnie rozentuzjazmowanym chłopcem i zgorzkniałym, sceptycznym starszym panem. Te dwie postaci mieszkały w nim nieustannie. Nie było wiadomo, czy dziś będę rozmawiał z Fryczem, który biega z jego modelem samolotu i chce, żeby pofrunął, czy z tym, który uważa, że wszystko jest okropne, przestarzałe i trzeba od nowa zacząć. Uczył mnie tego, że nic nie jest nam dane na zawsze – dodał.
– Nigdy nie wiedziałem, co mnie spotka ze strony Janka. To było fantastyczne. Nie wiedziałem, co zaproponuje. Czasami, jak już graliśmy przedstawienia, nie wiedziałem, co zagra: czy będzie dzisiaj zgorzkniałym starcem, czy entuzjastą młodości. Wymykał się kategoriom – wspominał Jan Englert.
„Pozostał człowiekiem teatru do końca”
Podczas uroczystości odczytano także list napisany przez ministerkę kultury i dziedzictwa narodowego Martę Cienkowską. Szefowa resortu podkreśliła, że „trudno żegnać aktora, którego głos, twarz i sposób bycia zapisały się tak mocno w naszej pamięci”.
„Przez niemal pięć dekad wychodził na scenę, stworzył dziesiątki niezapomnianych ról. Pracował z najwybitniejszymi polskimi reżyserami. Był obecny w teatrze, kinie i telewizji. Ale liczby i tytuły nie mówią o nim najważniejszego, bo Jana Frycza nie dało się pomylić z nikim innym” – wskazała.
Jak zaznaczyła, Frycz miał „niezwykłą sceniczną obecność, potrafił z ciszy zrobić scenę, z jednego spojrzenia – całą historię człowieka”. „Nie grał po to, żebyśmy podziwiali aktora. Grał po to, żebyśmy zobaczyli człowieka. Jego bohaterowie często byli trudni, niejednoznaczni, czasem mroczni, ale zawsze prawdziwi” – podkreśliła.
„Jan Frycz pozostał człowiekiem teatru do końca. Jego ostatnią rolą był Król w »Termopilach polskich« Jana Klaty na scenie Teatru Narodowego. Niedługo przed śmiercią uczestniczył jeszcze w próbach kolejnego spektaklu – »Oresteja«”=- przypomniała Cienkowska.
Jan Frycz nie żyje
Aktor zmarł 15 sierpnia w wieku 72 lat. W ostatnich latach zmagał się z ciężką chorobą, ale pozostawał aktywny zawodowo. W ubiegłym sezonie stworzył kreację króla Stanisława Augusta Poniatowskiego w „Termopilach polskich” w reżyserii Jana Klaty w Teatrze Narodowym w Warszawie.
Jan Frycz urodził się 15 maja 1954 r. w Krakowie. Jak sam podkreślał, zawsze pragnął wymknąć się z szarej, PRL-owskiej rzeczywistości, a teatr postrzegał jako przestrzeń wolności. Stąd decyzja o zdawaniu do Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej im. Ludwika Solskiego w Krakowie. W 1978 r. – momencie ukończenia studiów – zadebiutował w „Damach i huzarach” wg Aleksandra Fredry w reż. Mikołaja Grabowskiego w tamtejszym Teatrze im. Juliusza Słowackiego.
W latach 1982-1983 i od 2006 r. był związany z Teatrem Narodowym w Warszawie. W latach 80. można go było oglądać również na scenie Teatru Polskiego w Warszawie. W 1989 r. dołączył do zespołu Starego Teatru w Krakowie, którego podporą pozostawał przez wiele lat, grając m.in. w spektaklach Andrzeja Wajdy, Jerzego Jarockiego oraz Jerzego Grzegorzewskiego.
Na ekranie zaczął pojawiać się pod koniec lat 70. Stworzył niezapomniane kreacje nieszczęśliwie zakochanego młodego pisarza w „Pożegnaniu jesieni” i porucznika Jefimowa w „Łagodnej” Mariusza Trelińskiego. Był Józefem w „Pestce” Krystyny Jandy, apodyktycznym ojcem w „Pręgach” Magdaleny Piekorz, bezwzględnym pułkownikiem Wasiakiem w „Różyczce” Jana-Kidawy Błońskiego, a także mecenasem Wilczkiem w „Bezmiarze sprawiedliwości” Wiesława Saniewskiego. W ostatnich latach zagrał również głośne role Daria w serialu „Ślepnąc od świateł” Krzysztofa Skoniecznego i więźnia „Starego” w filmie „25 lat niewinności. Sprawa Tomka Komendy” Jana Holoubka.
Źródło: PAP













