Śmieci, które trafiają do Zakładu Unieszkodliwiania Odpadów w Szczecinie, nikt nie nazwie „bezwartościowymi”. – Są wręcz wiele warte, a ich wartością jest energia, którą można z nich wyprodukować – mówi Anna Folkman z „ZUO”.
To właśnie w Zakładzie Unieszkodliwiania Odpadów zaczyna się proces, który kończy się w tramwajowej trakcji i którego efekty ma odczuwać miejska kasa. W ramach umowy podpisanej przez dwie zależne od miasta jednostki – Zakład Unieszkodliwiania Odpadów oraz Tramwaje Szczecińskie – ta pierwsza dostarczy drugiej ponad 8 tys. megawatogodzin.
– Pozwoli to pokryć 40 proc. zapotrzebowania na energię w najbliższych 10 miesiącach – mówi Krzysztof Ufland z „Tramwajów Szczecińskich”.
Szczecin. Tak śmieci zmieniają się w prąd. „Jest taniej”
Anna Folkman tłumaczy Interii, jak ze śmieci może powstać prąd.
– Odpady zmieszane zamiast na wysypisko trafiają do spalarni. Są spalane, a gorące spaliny podgrzewają wodno-parową część naszych kotłów. Powstała para wodna trafia do turbiny połączonej z generatorem energii – opisuje Folkman.
I dodaje, że „energia wyprodukowana w instalacji jest tańsza niż ta z rynku”. – A w dodatku to dobre, gdy miasto staje się w pewien sposób niezależne energetyczne, czyli jeżeli jesteśmy w stanie wyprodukować własny prąd, tym bardziej z odpadów – zauważa Ufland.
Tę „niezależność energetyczną” urzędnicy nazywają pionierskim pomysłem, a profesor Jarosław Korpysa – ekonomista z Uniwersytetu Szczecińskiego – „obiegiem zamkniętym, który zapewnia przewidywalność dostawy prądu”.
– To również realna oszczędność, nawet do 20 proc. na zakupie energii. Koszt wytworzenia ostatnio wzrasta, m.in. przez sytuację geopolityczną, a więc im więcej będziemy generować z własnych zasobów wykorzystując źródła energii odnawialnej, tym koszt pozyskania będzie niższy. I zapewni przewidywalność w dostawie i warunkach umowy – mówi prof. Korpysa w rozmowie z Interią.
Bo – jak dodaje – „trudno sobie wyobrazić, aby nagle jedna spółka miejska drugiej znacząco podniosła stawki„.
Prąd ze śmieci trafiający do tramwajowej trakcji to część strategii „Energia Miasta Szczecin”. Od kilku lat władze stolicy Pomorza Zachodniego przekonują, że są w stanie dojść do samowystarczalności m.in. dzięki ZUO, ale także biogazowni czy farmom fotowoltaicznym.
– Wyprodukowany przez miasto prąd zasila m.in. latarnie uliczne, a ciepło trafia do domów mieszkańców – czytamy na oficjalnej stronie miasta. W tym samym miejscu urzędnicy chwalą się: – 72 proc. energii produkujemy sami!
Anna Folkman zauważa, że „Tramwaje Szczecińskie” to kolejna miejska instytucja, która skorzysta z prądu produkowanego w miejskiej spalarni. Już wcześniej energia trafiała do spółki zajmującej się komunikacją miejską oraz do parku technologicznego.
A według prof. Korpysy cena jest tylko jedną z zalet. – To jest dobry kierunek pod względem ekonomicznym, ekologicznym jak i społecznym – komentuje.
Przydałaby się też własna ropa. „Płacimy o półtora miliona więcej niż planowaliśmy”:
Tymczasem samorządowcy od dawna – a szczególnie głośno od początku wojny na Bliskim Wschodzie – alarmują, że szybujące ceny surowców paraliżują miejskie budżety.
– Jest duży ból głowy jak poskładać budżet na 2027 rok – przyznaje rzecznik prezydenta Szczecina, Łukasz Kolasa.
– Nasze spółki komunikacyjnie wyjeżdżają miesięcznie 500 tys. litrów paliwa. Każdego miesiąca płacimy 1,5 mln zł więcej niż planowaliśmy. Z niepokojem patrzymy w przyszłość. Będzie trzeba dokonywać przesunięć w budżecie – opisuje.
Dodaje, że „podwyżka cen biletów to ostateczność i nie ma jej w planach„, ale zaznacza, że „miejskie budżety nie są z gumy”.
Według prof. Korpysy akurat skutki wewnętrznej umowy między miejskimi instytucjami na prąd ze śmieci mieszkańcy powinni zauważyć.
– Mam nadzieję, że gdy inne miasta będą zmuszone drastycznie podnosić ceny biletów komunikacji miejskiej, to Szczecin tej podwyżki nie zrobi – komentuje prof. Korpysa.
Umowa warta niemal cztery miliony złotych między spalarnią śmieci i Tramwajami Szczecińskimi obowiązuje do końca lipca 2027 roku. – Na razie to 40 proc., ale czekamy, aż prąd ze śmieci pokryje 100 proc. zapotrzebowania – komentuje prof. Korpysa.
Tobiasz Madejski













