Bez blasku fleszy, wielkiej konferencji prasowej albo chociaż serii pompatycznych wpisów na platformie Truth Social. Podpisanie przez Donalda Trumpa w drugiej połowie września „Lindsey O. Graham Sanctioning Russia and Iran Act of 2026”, zwanego też w skrócie „ustawą Grahama” od nazwiska zmarłego w lipcu tego roku republikańskiego senatora, przebiegło wyjątkowo cicho i skromnie.
Zważywszy zwłaszcza na to, jak rozległe i poważne kompetencje dokument składa w rękach prezydenta Stanów Zjednoczonych. To właśnie ten fakt budził ostry opór kongresmenów i senatorów Partii Demokratycznej, którzy nie chcieli oddawać całej władzy w ręce Trumpa.
Co więcej, nie chcieli, żeby Trump przy pomocy „ustawy Grahama” mógł de facto obejść linię orzeczniczą Sądu Najwyższego, który w pierwszej połowie kadencji zastopował zapędy amerykańskiego prezydenta do wojny celnej z resztą świata.
– Trump toczy na arenie krajowej rozgrywkę o swoje uprawnienia do nakładania ceł na państwa trzecie – przypomina w rozmowie z Interią mecenas Tomasz Włostowski.
Ekspert od sankcji ekonomicznych oraz polityki handlowej Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych podkreśla, że jako człowiek uparty Trump jednak „ciągle szuka innych podstaw prawnych”.
– Tutaj dostał idealną podstawę prawną do nakładania ceł na niektóre państwa – dodaje.
Dociśnięcie Putina. Trump ma w ręku wszystkie karty
Ustawa, nad którą prace trwały przez niemal półtora roku i która w kuluarach Kapitolu nazywana była od początku „młotem na Rosję”, wprowadza do gry poważne argumenty po stronie Stanów Zjednoczonych.
Podczas swojego niedawnego wystąpienia na forum ONZ z satysfakcją podkreślił to zresztą sam Donald Trump.
– W zeszłym tygodniu, ku czci senatora Lindseya Grahama, podpisałem nowe, potężne prawo uchwalone przez Kongres, dające mi ogromne uprawnienia celne, z których w razie potrzeby będę musiał skorzystać. Czas położyć kres zabijaniu -zapowiedział amerykański prezydent.
Chociaż Trump znany jest z dosadnych hiperboli i kwiecistego języka, tym razem nie koloryzował, mówiąc o „potężnym prawie” i „ogromnych uprawnieniach”. Jeśli zajrzeć w zapisy uchwalonej ustawy, zakres możliwości, które dają one amerykańskiemu prezydentowi, robi piorunujące wrażenie.
Niektóre restrykcje weszły jednak w życie już w momencie podpisania ustawy, niezależnie od decyzji głowy państwa.
Biały Dom może obłożyć karnymi cłami do wysokości 100 proc. wszelkie towary sprowadzane z krajów należących do pierwszej piątki importerów rosyjskiej ropy naftowej i gazu.
Ten sam środek może zostać zastosowany wobec państw pomagających Rosji omijać sankcje. Ważna jest też lista państw, które mogłyby znaleźć się na celowniku Ameryki: Chiny, Indie, Turcja, Węgry, Słowacja, Azerbejdżan, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Kazachstan, Singapur.
Jednak nie tylko partnerzy Rosji mają się czego obawiać. „Ustawa Grahama” daje też możliwość bezpośredniego uderzenia w samą Rosję.
Amerykański prezydent może nałożyć na wszystkie towary importowane do Stanów Zjednoczonych cła do wysokości 500 proc. Ponadto, dokument daje też możliwość wprowadzenia całkowitego zakazu importu rosyjskiego uranu.
Niektóre z postanowień tej ustawy są jak broń atomowa i mogą być zbyt potężne, żeby ktokolwiek chciał jej użyć. (…) wszystko będzie zależeć od woli jednej osoby, czyli prezydenta Stanów Zjednoczonych
Amerykański prezydent dostaje też narzędzie do rozprawienia się z osławioną „flotą cieni”, za pomocą której Kreml obchodzi zachodnie sankcje na swój sektor energetyczny.
W myśl „ustawy Grahama” zamrażane byłyby aktywa i nakładane zakazu wizowe na właścicieli, operatorów, kapitanów, a nawet ubezpieczycieli statków przewożących rosyjską ropę z pominięciem limitów cenowych. Restrykcje mogłyby objąć również zagraniczne porty zezwalające na ich dokowanie.
– Wszystko zależy więc od woli prezydenta – mówi Interii mecenas Tomasz Włostowski.
– Ustawa zapewnia jednak bardzo konkretne i rozszerzone instrumentarium na wypadek tego, gdyby prezydent Trump zechciał mocno przycisnąć Rosję i Putina – kontynuuje ekspert od sankcji ekonomicznych oraz polityki handlowej UE i Stanów Zjednoczonych.
Nie tylko Trump. Sankcji na Rosję ciąg dalszy
Warto jednak zaznaczyć, że pewne obostrzenia wobec Rosji weszły w życie już w momencie podpisania ustawy i nie zależą od decyzji prezydenta.
Najmniej efektowne jest z pewnością skodyfikowanie wszelkich dotychczasowych sankcji w formie ustawowej. – Wchodzi też jednak kilka istotnych nowych sankcji – podkreśla mecenas Tomasz Włostowski.
I wylicza: – Zakaz przelewu środków na rzecz rządu rosyjskiego oraz firm państwowych, zakaz nowych inwestycji podmiotów amerykańskich w Rosji (w tym w sektor energetyczny), zakaz eksportu nośników energii do Rosji, a także zakaz nabywania przez podmioty amerykańskie instrumentów dłużnych rządu rosyjskiego i firm rządowych.
Ekspert podkreśla też, że trzeci typ sankcji przewidziany w „ustawie Grahama” to restrykcje zależne od Komisji Papierów Wartościowych i Giełd (SEC). Jej zadaniem jest nadzorowanie rynku kapitałowego i ochrona inwestorów. Zapewnia też ona uczciwe i przejrzyste działanie giełd oraz spółek publicznych.
W kontekście Rosji Komisja może zadecydować o odcięciu rosyjskich papierów wartościowych emitowanych przez tamtejszy rząd bądź firmy państwowe od handlu na giełdach w Stanach Zjednoczonych.
Mecenas Włostowski zwraca uwagę, że od wszystkich sankcji są wyjątki (np. dotyczące rolnictwa, żywności czy sprzętu medycznego), a także możliwość wyłączenia danego obszaru czy podmiotu „ze względu na interes Stanów Zjednoczonych”. O tym interesie decyduje już jednak głowa państwa.
„Młot na Rosję” uderzy w sojuszników Ameryki?
Chociaż amerykański prezydent dostał do ręki wszystko, czego mógł sobie tylko zażyczyć, żeby siłą doprowadzić Władimira Putina do stołu negocjacyjnego, sytuacja daleka jest od idealnej.

Dlaczego? Za dużo władzy jest skupionej w rękach samego Donalda Trumpa, a jego podejście do Rosji trudno nazwać tak „jastrzębim” jak chociażby pomysłodawcy omawianej ustawy – republikańskiego senatora Lindseya Grahama.
– Niektóre z postanowień tej ustawy są jak broń atomowa i mogą być zbyt potężne, żeby ktokolwiek chciał jej użyć – analizuje w rozmowie z Interią mecenas Tomasz Włostowski.
Podkreśla przy tym, że „wszystko będzie zależeć od woli jednej osoby, czyli prezydenta Stanów Zjednoczonych”.
– W przypadku Donalda Trumpa, patrząc na jego dotychczasowe działania i wypowiedzi, nie wydaje mi się, żeby bardzo pragnął uderzyć w Rosję. Trzeba się mocno łudzić, żeby uważać inaczej. Nie widzę w jego postawie żadnych śladów, żeby miał zaostrzyć kurs wobec Rosji – dodaje prawnik.
Co więcej, kompetencje, które głowie państwa przyznaje „ustawa Grahama”, dają możliwość nacisku nie tylko na Rosję, ale też na szereg państw trzecich. To de facto reaktywacja zainicjowanej przez Trumpa na początku jego drugiej kadencji ofensywy celnej przeciwko całemu światu.
Prezydentem Stanów Zjednoczonych nie zawsze będzie Trump. (…) Inny prezydent to inna polityka, być może dużo ostrzejsza wobec Rosji. A jeśli tak, to nowy prezydent będzie mieć niesamowity repertuar narzędzi, żeby z Kremlem się rozprawić
– Trump podpisał tę ustawę przede wszystkim dlatego, że daje mu ona ewidentne prawo nakładania dodatkowych ceł – nie ma złudzeń Włostowski.
Wskazuje, że wśród pierwszej piątki państw importujących rosyjską ropę są Chiny i Indie, a „ustawa Grahama” daje amerykańskiemu prezydentowi potężne narzędzie negocjacyjne w rozmowach z Pekinem i Delhi.
– Ten bat na Chińczyków z pewnością mocno przemówił do wyobraźni amerykańskiego prezydenta, który przecież przegrał sprawę przed Sądem Najwyższym o możliwość wprowadzania ceł jako sankcji. Ta ustawa mu te uprawnienia właśnie daje – podkreśla ekspert.
Nie tylko Chiny mają się jednak czego obawiać. Ustawa daje też możliwość ostrego nacisku na importerów rosyjskiego gazu. A tutaj na pierwszy plan wybijają się państwa Unii Europejskiej, zwłaszcza Francja i Hiszpania.
– Trump ma z nimi mocno na pieńku i teraz zyska nowe narzędzie nacisku – zauważa mecenas Włostowski.
Dodaje, że Trump może też pokusić się o zastosowanie odpowiedzialności zbiorowej dla całej Unii Europejskiej. Jak? Sumując zakupy rosyjskiego gazu dokonywane przez państwa członkowskie UE, co sprawiłoby, że Unia znalazłaby się w pierwszej piątce kontrahentów Kremla w obrocie tym surowcem.
– Wówczas prezydent może uznać, że w interesie Stanów Zjednoczonych jest nałożenie na UE sankcji w postaci dodatkowych ceł. Późniejsze odkręcanie tego prawnie – kolejne instancje, wyroki, apelacje – to miesiące czy nawet lata, podczas gdy sankcje realnie uderzałyby w Unię – analizuje nasz rozmówca.
Na tym jednak nie koniec. „Ustawa Grahama” daje też możliwość ostrego ekonomicznego nacisku na państwa wspierające działalność rosyjskiej „floty cieni”.
Tu pojawiają się Zjednoczone Emiraty Arabskie (ZEA), Turcja i Kazachstan.
Zwłaszcza dwa pierwsze są warte odnotowania. ZEA to ważny sojusznik w regionie Bliskiego Wschodu, a Turcja to jedno z najsilniejszych państw NATO.
Mecenas Włostowski dostrzega jednak światełko w tunelu, jeśli chodzi o wykorzystanie „ustawy Grahama” zgodnie z zamysłem jej pomysłodawcy.
– Prezydentem Stanów Zjednoczonych nie zawsze będzie Trump. Jego kadencja szybko zbliża się do półmetka, więc powoli zacznie rozkręcać się nowy wyścig do Białego Domu – zauważa.
I dodaje: – Inny prezydent to inna polityka, być może dużo ostrzejsza wobec Rosji. A jeśli tak, to nowy prezydent będzie mieć niesamowity repertuar narzędzi, żeby z Kremlem się rozprawić.
Łukasz Rogojsz













