
– To wszystko, co się wydarzyło, jest niepokojące – o wycofaniu amerykańskich żołnierzy z Polski mówi nam wysoki rangą przedstawiciel MON. – Po rozmowach w Ameryce będziemy wiedzieć, czy jest niepokojące przez sposób wykonania, czy przez strategiczne decyzje drugiej strony – dodaje.
Inne z naszych źródeł w resorcie: – Dla nas kluczowe jest, żeby liczebność wojsk amerykańskich w Polsce pozostała na podobnym albo wyższym poziomie. W ostatnich latach, w zależności od rotacji, było to między 6 a 10 tys. żołnierzy. Każde wycofanie wojsk amerykańskich z Europy powinno martwić, ale nam w pierwszej kolejności zależy na ich obecności w Polsce.
Niemcy „zawiniły”, Polska oberwała? „Będziemy to wyjaśniać”
Kluczowe w tej sprawie są słowa o tym, czy niepokojący jest „sposób wykonania”, czy „strategiczne decyzje drugiej strony”.
Z rozmów Interii z osobami znającymi kulisy sprawy wstrzymania amerykańskiej rotacji, a także całego dialogu Warszawy z Waszyngtonem w tym temacie, wynika, że… mogło dojść do pomyłki. Chociaż zważywszy na wagę sprawy i konsekwencje dla relacji dwustronnych brzmi to niedorzecznie, w polskim rządzie jest to scenariusz bardzo poważnie brany pod uwagę.
– Dopuszczamy wszystkie możliwości. Będziemy wyjaśniać to w tym tygodniu – zapewnia nas jeden z rozmówców z resortu obrony. I dodaje: – Po poważnych rozmowach będziemy wiedzieć więcej. To jest absolutnie fundamentalna sprawa.
Na czym strona polska opiera swoje stanowisko? Przede wszystkim na tym, że decyzja zaskoczyła kluczowych amerykańskich dowódców, na czele z gen. Christopherem LaNevem, dowódcą sił lądowych Armii Stanów Zjednoczonych, oraz gen. Alexusem Grynkewichem, szefem Dowództwa Sił Zbrojnych Stanów Zjednoczonych w Europie (EUCOM) i Naczelnym Dowódcą Sił Sojuszniczych w Europie (SACEUR).
Nasze źródła w MON twierdzą, że gdy Polacy skontaktowali się z gen. Grynkewichem już po opisaniu przez amerykańskie media sprawy wstrzymania rotacji wojsk do naszego kraju, ten zapewnił ich, że „decyzja nie dotyczy zmniejszenia liczby amerykańskich żołnierzy w Polsce”.
Również w Pentagonie MON usłyszał, że decyzja o redukcji amerykańskiej obecności w Europie miała nie dotknąć Polski. – Strona amerykańska oficjalnie nie przesłała żadnych informacji poza komunikatem od gen. Grynkewicha, że sprawa nie dotyczy Polski – zapewnia nas jedno ze źródeł w MON.
Osoby zaznajomione z kulisami polsko-amerykańskich rozmów zwracają też uwagę na zeszłotygodniowe wysłuchanie gen. LaNeve’a oraz sekretarza ds. sił lądowych Dana Driscolla w Izbie Reprezentantów.
Odpowiadając na liczne pytania kongresmenów, wojskowy stwierdził m.in. że „podczas przeglądu rozmieszczenia naszych sił (decydenci – przyp. red.) doszli do wniosku, że moglibyśmy wycofać jedną z brygad, które są w rotacji” i że decyzja polityczna zapadła „w ciągu ostatnich dwóch tygodni”.
Kluczowa jest tu chronologia. Wspomniane dwa tygodnie to czas, gdy prezydent Donald Trump zapowiedział wycofanie 5 tys. amerykańskich żołnierzy z Niemiec. Miał to być rodzaj kary dla naszych zachodnich sąsiadów za krytykę poczynań Trumpa na Bliskim Wschodzie ze strony kanclerza Friedricha Merza.
W rzeczywistości sprawy wyglądają nieco inaczej. Rozmówcy Interii z MON zdradzają, że wątek redukcji amerykańskich sił w Europie pojawiał się od jakiegoś czasu, ale bez konkretów i sprecyzowanego harmonogramu. W trakcie tych rozmów strona amerykańska wskazywała, że najprostsze byłoby wycofanie części sił właśnie z Niemiec. W tym kontekście nigdy nie pojawiała się jednak Polska.
To prowadzi nas natomiast do konkluzji, o której dużo mówi się dzisiaj w MON, że kluczowi amerykańscy dowódcy źle zrozumieli polityczny rozkaz ze strony Białego Domu. – Z ich (gen. LaNeve’a i sekretarza Driscolla – przyp. red.) wypowiedzi wynika, że polecenie Trumpa zrozumieli jako wycofanie żołnierzy nie z Niemiec, tylko z Europy. A skoro z Europy, to najłatwiej było zablokować rotację do Polski, bo zdecydowana większość tych ludzi jeszcze nie wyjechała – zauważa wysoki rangą przedstawiciel Ministerstwa Obrony Narodowej.
Jeśli doszło do nieporozumienia, to będziemy szukać jakiejś kompensacji
I kontynuuje: – Uważamy, że jeżeli ta decyzja była realizacją rozkazu prezydenta – tak powiedział gen. LaNeve – to my słyszeliśmy, że rozkaz brzmiał inaczej, bo on był formułowany publicznie. Albo prezydent Trump nagle zmienił zdanie w sprawie Polski, albo ktoś źle go zrozumiał.
Amerykańscy żołnierze? Nie. Coś w zamian? Tak
Tę kluczową wątpliwość podczas spotkań na najwyższym szczeblu w Waszyngtonie mają wyjaśnić przedstawiciele kierownictwa MON. Do Stanów Zjednoczonych udali się wiceministrowie Cezary Tomczyk i Paweł Zalewski. Na liście instytucji, w których będą wyjaśniać całą sytuację są m.in. Biały Dom, Pentagon, Departament Obrony oraz Kongres.
Jeśli faktycznie okaże się, że po stronie amerykańskiej doszło do – przyznajmy, mocno kuriozalnej – pomyłki, strona polska zamierza podnieść w rozmowach kwestię rekompensaty dla naszego kraju. Szanse na ponowne rozlokowanie nad Wisłą wycofanej rotacyjnej brygady oceniane są bowiem w resorcie obrony jako niewielkie.
– Jeśli doszło do nieporozumienia, to będziemy szukać jakiejś kompensacji – słyszymy od dobrze zorientowanego w temacie polityka zbliżonego do rządu. Nasz rozmówca zaznacza, że rozmowy z Amerykanami nie dotyczą jedynie samych żołnierzy, którzy mieliby stacjonować w naszym kraju.
– Rozmawiamy też o innych, ważnych zdolnościach, które byłyby w Polsce. Rozmawiamy o współpracy polskiego i amerykańskiego przemysłu zbrojeniowego. Liczymy, że pewne kluczowe zdolności, które do tej pory były wytwarzane tylko przez Amerykanów, będą mogły być wytwarzane również w Europie, w tym w Polsce. Amerykanie zrozumieli i widzą to wyraźnie, że same zdolności amerykańskiego przemysłu nie wystarczą – nieco enigmatycznie przekazuje nasze źródło.
Gorszym dla strony polskiej scenariuszem jest, jeśli wstrzymanie rotacji amerykańskiej brygady nie było dziełem niefortunnej pomyłki czy błędów Amerykanów w komunikacji na najwyższym szczeblu. – Gdyby prezydent Trump zmienił zdanie i uznał, że można wycofać żołnierzy z Polski, to z naszego punktu widzenia byłaby decyzja bardzo istotna i bardzo daleko idąca – nie kryje obaw polityk z rządu.

Polski rząd uważa, że jest modelowym sojusznikiem Stanów Zjednoczonych i jednym z filarów NATO, o czym dopiero co mówił szef MON Władysław Kosiniak-Kamysz. Podczas konferencji prasowej w Dęblinie przy okazji uroczystego podpisania umowy na centrum serwisowe silników do czołgów Abrams wicepremier stwierdził, że choćby dlatego nasz kraj „zasługuje na szczerą rozmowę”.
– Trudno być zaskakiwanym przez tych, którym się najwięcej ufa i najwięcej się powierzyło. Wierzę, że wszystkie niedomówienia, bardziej szum medialny, zostaną w najbliższych dniach wyjaśnione – powiedział szef MON i prezes PSL.
Do końca tygodnia przekonany się, czy wiara polskiego MON ma wystarczająco silne fundamenty.













